środa, 16 sierpnia 2017

Podwójny nagietek: macerat i myjadło dla leniwych

Sezon na nagietki powoli dobiega końca i pogania, żeby coś jeszcze z nich wycisnąć. Czy warto? Oczywiście! Nagietek jest bogaty nie tylko w przeciwutleniacze, ale przede wszystkim świetnie działa na gojenie się ran i wpływa na odnowę naskórka. Można potraktować go w sposób tradycyjny, smażąc bogate maści, ale o tym innym razem. Dziś przychodzę z przepisami bardzo prostymi, które wymagają minimum czasu i umiejętności.



Macerat nagietkowy na zimno

Potrzebujemy do niego dwóch składników:

-kwiatów nagietka
-oleju słonecznikowego (lub innego rafinowanego - moja cera lubi ten)

To właściwie najłatwiejszy do zrobienia z moich ukochanych kosmetyków. Kwiaty nagietka wrzucamy do słoika i zalewamy olejem słonecznikowym (olej musi przykryć kwiaty). Odstawiamy na parapet i dwa razy dziennie porządnie wstrząsamy. Olej będzie stopniowo nabierał pomarańczowego koloru, a wraz z nim, wielu cennych dla cery substancji. Po dwóch tygodniach odcedzamy kwiaty za pomocą sitka, a olej zlewamy do ciemnej butelki i przechowujemy w lodówce. Można go używać samodzielnie albo przyrządzić na jego bazie krem.

UWAGA: Najwięcej dobroci uzyskamy krojąc nagietek na drobne części. Ja jednak pozostawiłam kwiaty w całości, żeby wykorzystać je w kolejnym przepisie do dekoracji.

Żelo-pianko-galaretki do mycia

Do ich wykonania potrzebne będą:

-kwiaty nagietka
-żelatyna (2 łyżki) lub agar
-żel pod prysznic (lub samodzielny detergent np. Coco glucoside lub ,,czym chata bogata")
-woda (3/4 szklanki)

Zaczynamy od przygotowania foremek. W każdej z nich układamy na dnie kwiatek (przodem do dołu).
Żelatynę lub agar rozrabiamy w rondelku w wodzie (ja robię to w ten sposób, że żelatynę w proszku wrzucam do zimnej wody, czekam 5 minut, aż lekko napęcznieje, tworząc grudkowaty żel i dopiero wtedy lekko ogrzewam na palniku - rozpuszcza się znaacznie szybciej niż we wrzątku). Później dodaję 3-4 łyżki żelu pod prysznic i dokładnie mieszam (a właściwie robi to moja córcia, która kwiatowe galaretki wprost uwielbia: zarówno przyrządzać, jak używać). Lekko spieniamy zawartość naczynia. Do każdej foremki staramy się wlać trochę klarownego płynu i trochę pianki. Odstawiamy w chłodne miejsce aż wystygnie i stężeje, a następnie wyjmujemy i możemy się myć.
Nawiasem mówiąc, przepis na te galaretki jest bardzo wdzięczny przy dzieciakach, które lubią robić i dekorować myjadełka, ale niespecjalnie radzą sobie z masą mydlaną.




sobota, 12 sierpnia 2017

Co zrobić z nielubianym balsamem? Prosta zmiana i wymarzony efekt na lato.

Są kosmetyki przy których można wyzionąć ducha (bez obaw, w przenośni ;) zanim dotrze się do denka. Wydają się nigdy nie kończyć, a dla mnie osobiście najgorsze jest to, gdy są wyjątkowe w swojej nijakości.

Co z takim zrobić?
Ja robię to:



Balsam, który fenomenalnie wygładza, zmniejsza cellulit i pomaga opanować rogowacenie przymieszkowe

Tuning balsamu jest prosty wprost banalnie. Potrzebujemy czegoś do mieszania i dwóch składników (opcjonalnie trzech).
Szykujemy sobie kawę rozpuszczalną w saszetce (lub w wersji na bogato - kofeinę) oraz mocznik.
Mocznik, obecny w sporym stężeniu ułatwi usunięcie zrogowaciałego naskórka - szorstkie łokcie czy kolana nie mają z nim szans, łagodzi zmiany na skórze związane z rogowaceniem przymieszkowym (czyli charakterystyczne kropki-górki), zmniejsza też tendencję do wrastania wydepilowanych włosów. Dodam, że gładkość i miękkość skóry jest przy jego regularnym używaniu wręcz imponująca.
Kawa w naszym balsamie będzie źródłem kofeiny pobudzającej krążenie. Więcej możecie poczytać o niej tutaj. Dzięki jej obecności możliwe jest pobudzenie krążenia, a więc zmniejszenie cellulitu oraz usunięcie opuchlizny z nóg.
Można też pokusić się o odrobinę błysku. Połyskująca delikatnie mika (lub nawet cień czy rozświetlacz, który Wam się pokruszył, byle nie przeterminowany) sprawi, ze balsam będzie przy okazji takim bb-oszustem, dzięki któremu skóra wyda się jeszcze gładsza.

Do wykonania potrzebujemy:

-balsamu, który się nie spisuje (200ml)
-małej saszetki kawy rozpuszczalnej (lub 0,5g kofeiny)
-2 łyżek stołowych mocznika
-miki lub połyskującego cienia czy rozświetlacza (5g)

-coś do wymieszania, wystarczy metalowa łyżeczka



Jak się za to zabrać?

Ja zaczynam od dokładnego pokruszenia łyżeczką cienia lub rozświetlacza (oczywiście robicie to, jeśli się na niego zdecydujecie). Ten składnik miesza się z balsamem najgorzej, ale drobno rozkruszony i wstępnie wymieszany z niewielką ilością balsamu, bez problemu połączy się już z resztą.
Dalej wsypujemy mocznik. Całość balsamu pewnie zrobi się wtedy chłodna i trochę rzadsza. Dzieje się tak dlatego, że mocznik dość mocno wpływa na wiązania wodorowe obecne w rozmaitych koloidach, wiec zmiana struktury nie obędzie się bez zmiany konsystencji. Dalej czas na kawę. Jeśli mamy większe granulki, to po wsypaniu polecam poczekać dłuższą chwilę (np. kwadrans) - zmiękną i będzie je łatwiej wmieszać. Mieszamy do momentu, kiedy całość stanie się jednolita.

Mnie jest znacznie łatwiej doczekać teraz do denka. A jakie są Wasze sposoby na nielubiany balsam?




sobota, 22 lipca 2017

Pojedynek Fructis Oil Repair 3 Butter vs Nivea Hairmilk vs Botanicals Fresh Care. Szczera opinia.

Zazwyczaj w przypadku koncernowych kosmetyków mam tak, że stoję, myślę i nic mnie nie urzeka, ostatnio jednak w drogeriach pojawiły się trzy serie, których bardzo chciałam spróbować. Garnier, L'Oreal i Nivea wprowadziły wprawdzie więcej nowości, wybrałam jednak te przeznaczone z definicji do suchych, problematycznych włosów: szampon i maskę Fructis Oil Repair 3 Butter, szampon i balsam Botanicals Fresh Care z olejem z krokosza oraz szampon i odżywkę Nivea Hairmilk w wersji do cienkich włosów. Z tą ostatnią pozycją to właściwie dopasowanie połowiczne - moje włosy mają zróżnicowaną grubość. Te przy twarzy i z przodu, aż do czubka głowy to cieniutkie, słabe i przezroczyste niteczki, natomiast za uszami i nad karkiem - prawdziwe druty. Uznałam, że te pierwsze są większym wyzwaniem i... chyba faktycznie są ;)



Przedstawię pokrótce każdą serię, swoje oczekiwania i to, co dzieje się na włosach.

Zacznijmy od...

Nivea Hairmilk

Obietnice krążą wokół regeneracji bez obciążania i pielęgnacji pełnej protein mleka. Jak to zwykle bywa, INCI widzi sprawę nieco inaczej:

Aqua, Cetyl Alcohol, Myristyl Alcohol, Dimethicone, Cetrimonium Chloride, Stearamidopropyl Dimethylamine, Lanolin Alcohol (Eucerit®), Hydrolyzed Milk Protein, Panthenol, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Coco-Betaine, Sodium Chloride, C12-15 Pareth-3, Cocamidopropyl Betaine, Lactic Acid, Phenoxyethanol, Limonene, Linalool, Geraniol, Benzyl Alcohol, Citronellol, Alpha-Isomethyl Ionone, Parfum.

emolienty 
antystatyki i substancje kondycjonujące
substancje pomocnicze (modyfikują konsystencję, pH, zapach, konserwują) 
proteiny
humektanty
inne substancje czynne

Mamy odżywkę ze sporą ilością emolientów, kondycjonerów oraz jednym rodzajem protein i panthenolem. Całość jak najbardziej zgodna z filozofią włosową Nivea ;) Włosy powinny być po niej miękkie i zdysyplinowane. I u mnie tak właśnie jest, ale nawet nie rozważm opcji, żeby używać tej serii co mycie.
Czemu?
Jeśli te kosmetyki są faktycznie dopasowane do cienkich włosów, to wersja do grubych musi dostać tytuł ,,Obciążenie roku 2017". Nie twierdzę, że odżywka jest zła: dałabym jej mocne 4, bo ładnie wygładza i dyscyplinuje, co przy zniszczonych lub wysokoporowatych włosach potrafi się przydać. Włosy są po niej bardzo gładziutkie i mięciutkie, prostują się i trudniej łapią kształt po np. koczku czy warkoczu. Dyskutowałabym może, czy ucieszą się z niej cienkie kosmyki, ale w sumie nie trzeba nakładać jej wysoko, a można wręcz na same końce. Ale szampon wywołuje taki facepalm, że dosłownie ręka przyrasta mi do twarzy! Jeśli nawet moje supersuche włosy po nim klapnęły, zmniejszyły objętość i przetłuściły się po jednym dniu, to każde inne tym bardziej...

Fructis Oil Repair 3 Butter

Fructis ze swoim hasłem: ,,mocniejsze, miękkie i lśniące włosy aż po same końce" zawsze trafiał prosto w sedno moich wysokoporowatych marzeń. I chociaż jeśli chodzi o estetykę opakowań, najchętniej trzymałabym je w piwnicy, poza zasięgiem wzroku, to niejedną butelkę Fructisa w życiu zużyłam i wychodzi na to, że niejedną zużyję ;) Trafia do mnie zapach, trafia do mnie łatwiejsze rozczesywanie, super dostępność i to, że lubi się z intensywnymi kolorami koloryzacji zmywalnej (niebieski ani róż nie blakną przy nim ani nie szarzeją). Szampon jest w porzadku, moim zdaniem niczym nie różni się od dowolnego Fructisa, jakiego używałam (bo wszystkie są bliźniaczo podobne).

Skład maski przedstawia się następująco: 

Aqua/Water, Cetearyl Alcohol, Behentrimonium Chloride, Cocos Nucifera Oil/Coconut Oil, Cetyl Esters, CI 19140/Yellow 5, CI 15985/Yellow 6, Niacinamide, Saccharum Officinarum Extract/Sugar Cane Extract, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Hydroxypropyltrimonium Lemon Protein, Phenoxyethanol, Tridecet-6, Chlorhexidine Digluconate, Simmondsia Chinensis Seed Oil/ Jojoba Seed Oil, Limonene, Camellia Sinensis Leaf Extract, Linalool, Beznyl Alcohol, Beznyl Salicylate, Benzyl Cinnamate, Amodimethicone, Isopropyl Alcohol, Pyrus Malus Fruit Rextract/Apple Fruit Extract, Pyridoxine HCI, Geraniol BHT, Citric Acid, Cetrimonium Chloride, Butyrospermum Parkii Butter/ Shea Butter, Citronellol, Citral, Citrus Limon Peel Extract/Lemon Peel Extract, Coumarin, Prunus Amygdalus Dulcis Oil/Sweet Almond Oil, Leuconostoc/Radish Root Ferment Filtrate, Hexyl Cinnamal, Parfum/Fragrance (F.I.L. CI 191249/1)

emolienty 
antystatyki i substancje kondycjonujące
substancje pomocnicze (modyfikują konsystencję, pH, zapach, konserwują) 
proteiny
humektanty
inne substancje czynne 

Klasyczna baza emulgująco-kondycjonująca plus dociążające oleje, niacynamid (witamina B3), który łagodzi przeboje ze skórą głowy i ekstrakt z trzciny cukrowej, pod którym to pojęciem mamy zapewne ukryty cukier (ma właściwości nawilżające). Możecie nie zgadzać się z tym, że Hydroxypropyltrimonium Lemon Protein to według mnie kondycjoner, ale zawsze będę uważała, że sercem tworów tego typu jest czwartorzędowy kation amoniowy, który uwielbia włosy i chętnie się do nich przyłącza. Możecie się też zastanawiać po co o tym piszę, ale poza nerdowskim zacięciem jest to pozytywna informacja dla osób, których włosy nie lubią się z proteinami.


Może i moje pierwsze wrażenie jest niezłe. Po paru użyciach jednak czuję się trochę jak atakowana kokosem. Dokładnie tak:

Nie rozumiem fenomenu oleju kokosowego w kosmetykach do suchych włosów. Kiedy używam zbyt czesto, jest puch. Tu jest ten sam problem, choć ogólnie nowy Fructis to całkiem fajna maska jak na koncernówkę. Nie obciąża, ale dociąża, wygładza (stosowany z przerwami), zmiękcza. Smuci natomiast , że u mnie nici ze wspomnianego połysku (ale nie z kokosem takie numery). 

Botanicals Fresh Care, Bogate odzywienie, Balsam z krokoszem

Ooooo, ta seria mnie naprawdę zaciekawiła. Bardzo ładne etykiety (o ile Fructisy trzymałabym w piwnicy, o tyle dotychczasowo używane produkty L'Oreal bodaj w piwnicy sąsiada...), opakowania z tworzywa z recyklingu, obietnice pięknego zapachu... I jakie spektakularne rozczarowanie, chciałoby się rzec. To znaczy, rozczarowanie balsamem, bo szampon to typowe myjadło L'Oreal, całkiem niezłe. 
Ale zacznijmy od początku. Spójrzmy na skład balsamu: 


Aqua , Cetearyl Alcohol , Glycine Soja Oil / Soybean Oil , Behentrimonium Chloride , Cocos Nucifera Oil / Coconut Oil , Sodium Hydroxide , Benzoic Acid , Pentaerythrityl Tetra-Di-T-Butyl Hydroxyhydrocinnamate , Linalool , Linum Usitatissimum Seed Oil / Linseed Seed Oil , Isopropyl Alcohol , Caprylyl Glycol , Carthamus Tinctorius Seed Oil / Safflower Seed Oil , Hexyl Cinnamal , Glycerin , Parfum / Fragrance . (F.I.L. C191416/1)


emolienty 
antystatyki i substancje kondycjonujące
substancje pomocnicze (modyfikują konsystencję, pH, zapach, konserwują) 
proteiny
humektanty
inne substancje czynne 

Olej z krokosza  nazwy dumnie szoruje tyły składu ;) Skład jest typowo emolientowy, no i w przeciwieństwie do Fructisa olej kokosowy, który średnio mi pasuje, jest troszkę niżej w składzie. Powinno być fajnie, powinno być dociążenie, włosy połyskujące, ujarzmione. Ech, nic bardziej mylnego: nie ma w nich życia, układają się tak sobie, połysku brak. Rozczesywanie jest prostsze, a włosy miększe, ale nic poza tym. W dodatku na dłuższą metę alkohol izopropylowy podsusza mi włosy. Gdyby tego było mało, sprawia, że szybciej blaknie mi niebieska farba na końcówkach
Aha, jeszcze obiecany piękny zapach ;) Jak na L'Oreal nie jest źle, ale cudów się lepiej się nie spodziewać ;) 

To kto wygrywa? 

Według mnie najłatwiej wytypować przegranego ;) Szczerze powiedziawszy, Fructis i Nivea idą łeb w łeb. Fructis na pewno wygrywa, gdyby porównać też szampony, ale co do maski/odżywki, moje wiecznie suche, matowe i niedociążone włosy polubiły bardziej Nivea Hairmilk. 
A jakie nowości u Was?  

wtorek, 18 lipca 2017

Dlaczego kosmetyki rzadko bywają bezzapachowe?

Fenomen bezzapachowego kosmetyku jest naprawdę potężny. Z jednej strony, spytani o kosmetyki dla dzieci czy alergików jednym tchem powiemy, że ma być bezpieczny, najlepiej naturalny, nie zawierać kilku określonych składników i być bezzapachowy właśnie. Z drugiej, rzadko spotyka się kosmetyki bez dodatków zapachowych i chyba jeszcze rzadziej - takie, które nie pachną.
Postanowiłam napisać co nieco o przyczynach tego stanu rzeczy. Co sprawia, że kosmetyki mają zapach i po co właściwie dodaje się kompozycji zapachowej?

Źródła zapachu



Najbardziej oczywistym jest kompozycja zapachowa, w składzie kosmetyku występująca jako Parfum lub Fragrance. Co ciekawe, najczęściej nie służy przekształceniu neutralnego kosmetyku w przyjemnie pachnący. Może i dominuje nad pozostałymi źródłami zapachu, nie znaczy to jednak, że kosmetyk pachnie wyłącznie jej składnikami. Mało tego, czasem i tak bardziej zwracamy uwagę na to, co ma zamaskować ;) Co dokładnie? Przedstawię Wam pokrótce składniki kosmetyków, które wodzą nas za nos:

Oleje i masła - zwłaszcza nierafinowane

Oleje i masła to świetne emolienty, więc każdy chętnie wypatruje ich w składzie. Niektóre z nich mocno pachną. Bywa, że błogo i rajsko - np. olej kokosowy lub masło kakaowe, ale są i ciemne oblicza olejów. Zacznijmy łagodnie - olej konopny ma wyczuwalny trawiasty zapaszek. Ten z pestek dyni również pachnie charakterystycznie, kojarząc się lekko z nieświeżym pomieszczeniem. Mnie to osobiście ani trochę nie wadzi, ale... co np. zrobić z takim ,,śmierdzielem" jak olej rokitnikowy? Poza tym, że dostarcza skórze wielu cennych substancji, ma też inne unikalne cechy: jeśli idzie o woń, to jednym osobom kojarzy się z wymiocinami, a innym z rozpuszczalnikiem lub rozkładem.

Wyciągi ziołowe i soki 




Sprawa przedstawia się bardzo podobnie, kiedy zastanowić się nad wyciągami i olejkami z ziół. Bywa, że ich zapach jest obiektywnie bardzo przyjemny: sama bardzo lubię rumianek czy miętę. Pewnym wyzwaniem jest jednak komponowanie wyciągów i olejków ze sobą - zestaw, który fantastycznie uzupełnia się w pielęgnacji skóry, nie musi już wcale harmonijnie zgrywać się zapachem. Szczególnie, jeśli w kosmetyku mamy też inne składniki dostarczające wrażeń dla nosa.
Są też składniki o woni, która wprawdzie nie jest ani natarczywa ani przykra, ale zupełnie nie pasuje charakterem do kosmetyku.
Zwróciłyście kiedyś uwagę na charakterystyczny zapach soku z aloesu? Niejednokrotnie kosmetyki z jego zawartością zbierają cięgi za zapach - kwaskowy, lekko sfermentowany, czasem nawet obrywa się mu za ,,chemiczne" konotacje. Albo ekstrakt z brzozy, który ludzie określają jako ,,ziółka na przeczyszczenie", względnie ,,popołudnie spędzone z kosiarką". Pokrzywa, skrzyp, algi morskie... W zasadzie można wyliczać w nieskończoność, a każdy wskazałby swojego antyulubieńca ;)

Związki czynne wyodrębnione z ziół



To jeszcze inna liga. Jeśli destylujemy części roślin lub przyrządzamy z nich ekstrakt, w celu wydobycia jednego konkretnego związku, który ma interesujące pielęgnacyjne lub lecznicze właściwości, to otrzymujemy coś, co pachnie dziwnie i obco. W róslinie mamy wiele związków zapachowych, które mu wtórują, a kiedy jest sam i w znacznie większym stężeniu, potrafi zupełnie zaskoczyć. Konkretny, wydobyty z rośliny terpen potrafi zachwycić perfumeryjnym charakterem, ale też zrazić apteczną surowością. Warto być przygotowanym na to, że nie wszystko, co wzięte z natury urzeka łagodnością i naturalnością olfaktoryczną.

Hydrolizaty białek oraz aminokwasy i peptydy

A to już związki przy których przykry zapach to chleb powszedni. Gdyby jeszcze tak pachniały chlebem... ;) Ale nie, tutaj pojawi się szereg skojarzeń zwierzęcych: z potem, moczem i mięsem oraz nieco łagodniej: przyprawami lub świdrującym zapachem siarki. Do tego zapach jest intensywny, więc żeby zmniejszyć złe wrażenie trzeba się nieźle nastarać.

Konserwanty



Ale w moim osobistym rankingu składników wykręcających nos na samiutkim czele są konserwanty. Związki chemiczne są interesująco skonstruowane: wraz z właściwością zabijania drobnoustrojów, wysyłają też często komunikat zapachowy (w tej książce czytałam o badaniach, które dowiodły występowania związku między ilością pachnących przypraw w tradycyjnych daniach, a średnią temperaturą w kraju ich pochodzenia). Istnieją konserwanty naturalne, szczególnie olejki eterycze - ich zapach przeważnie odbieramy jako przyjemny. Jest też ciemniejsza strona konserwowania kosmetyków - cała reszta. Konserwanty śmierdzą. Śmierdzą tak, że laik od razu użyje sformułowania ,,sama chemia" wąhając którykolwiek z nich ;) W dużym uproszczeniu, czy na warsztat pójdą wyjątkowo nielubiane obecnie parabeny, czy darzony lepszym postrzeganiem alkohol benzylowy lub fenoeksyetanol, poczujemy coś, co porównamy do benzenu (czyli znowu wiele osób określi je ,,rozpuszczalnikiem"). Do tego już w małym stężeniu są wstrętnie intensywne. Wyjątków mamy niewiele, do głowy przychodzi mi w zasadzie tylko sorbinian potasu, z którego chętnie korzysta też przemysł spożywczy, sól i alkohol etylowy. Niestety, mają też wady, które w kosmetykach mocno dają o sobie znać (sorbiniany podrażniają, a sól i alkohol wysuszają skórę). A ponieważ konserwowany jest każdy kosmetyk, zamaskowanie zapachu substancji konserwującej jest bodaj najtrudniejszym zadaniem przed którym staje producent.

Nie pachnieć, czyli...

...zrezygnować z wielu składników? Nie chcę od razu stwierdzić, że tak właśnie jest, ale lwia cześć kosmetyków, które nie pachną, to w telegraficznym skrócie miks parafiny i silikonów, ewentualnie lekko doprawiony masłem shea (tak, piję do marek aptecznych o francuskim pochodzeniu ;) Nie mówię, że nie używam takich kosmetyków, przeciwnie, kilka bardzo sobie chwalę. Podobnie jak chwalę sobie niektóre koncernówki, kosmetyki niszowe, naturalne i z własnej kuchni. Ale jeśli chodzi o zapach, przyznam, że nie umiem się przemóc i wolę jego brak niż kakofoniczny atak olejków eteryczych albo z innej beczki: budyniowej czekolady. Każdy ma jednak inny gust i myślę, że kluczem w podejściu do zapachów jest świadomość skąd one się biorą i że nie każdy z ich świadczy o czymś podejrzanym (np. zepsuciu kosmetyku czy sztucznych dodatkach).




Co jednak lubię najbardziej?
Ano, umiar. Szczególnie umiar w kombinowaniu. Jeśli używam kremu ziołowego, nie musimy robić z niego perfum, niech sobie tymi ziołami (i nawet rokitnikiem ;) pachnie, chciałoby się rzec, na zdrowie ;)

A Wy lubicie zapach czy jego brak? Jaki kosmetyk najbardziej z tego względu lubicie, a który przyprawia Was o ciarki?


poniedziałek, 10 lipca 2017

Kosmetyki z Portugalii (do włosów :)

Wycieczki są fajne same w sobie, ale zawsze doceniam dwa bonusy: jedzenie i kosmetyki. O ile z jedzeniem bywa tak, że stołuje nas ktoś, kogo nastawienie na turystę pozostawia trochę do życzenia, o tyle w drogerii zawsze jestem dobrze obsłużona i jest mnóstwo uśmiechu i śmiechów, nawet (albo i szczególnie) jeśli nie znam języka ;)

W Lizbonie, w której byliśmy na początku czerwca, też postanowiłam sprawić sobie mały zestaw. Kusiły mnie wprawdzie niedostępne w Polsce serie kosmetyków NaturVital (słonecznikowa oraz dla brunetek) , Tressemme i Ultra Doux, ale zwyciężyła ciekawość tego, co lokalne. Kosmetyki, które wybrałam to niskobudżetowe, nie udające koncernówek i profesjonalnych serii produkty wytworzone w Portugalii. I ciekawe są faktycznie, chociaż może nie do końca dopasowane do moich włosów ;)



Oleju ze słodkich migdałów obszernie przedstawiać nie będę, napomknę za to, że on akurat nie pochodzi z drogerii, a z marketu (Pingo Doce, 1 euro ;).
Szampon to łagodne myjadło z glikozydem laurylowym (tj. kokosowym) w roli głównej. Są jeszcze dwa detergenty (ale bez Cocamidopropyl betaine, co jest małym fenomenem), a tuż po nich wyciąg z alg. Pieni się słabo, ale myje nieźle. Olej mu niestraszny, podobnie, jak sebum, co najwyżej nie ruszyłby stylizatorów. Do tego producent postarał się, żeby zapach był naturalny, ale nie naturalistyczny. Jest dobrze, następnym razem nastawiam się na kilka portugalskich szamponów ;) Poniżej dorzucam zdjęcie składu:




Odżywka natomiast trochę mi podpadła i nie chodzi o silikony, których nie unikam, tylko o znienawidzony alcohol denat. Wiem, że sporo osób nie zauważa różnicy, ale sama mam od urodzenia włosy specjalnej troski, więc nałożyłam ją dosłownie na pięć minut. Na tyle, by ułatwić roczesywanie i trochę dociążyć wystarczyło. Poniżej skład:



Ale to nie koniec ;) Bo wzięłam jeszcze magiczną ampułkę z ,,totalnie nawilżającym" serum.



Serum skład ma może nie porywający, ale wygładza i zmiękcza przecudnie. Jak się po tym zestawie mają włosy?

po lewej - z lampą, po prawej - bez lampy

Odczuwalnie nie jest źle, ale izopropanol i tak daje w kość, więc trochę brakuje nawilżenia, szczególnie ,,puchatym" końcom. Rozczesać się dają (co przy wysokiej porowatości w parze z łagodnym detergentem nie jest aż tak oczywiste), są gładkie i miękkie. Nie widzę przy tym śladu obciążenia, wręcz zyskały na objętości. Najbardziej przeszkadza mi w sumie brak połysku i trochę zbuntowane końcówki.

A czy Wy lubicie ,,kosmetyczną" turystykę?

środa, 5 lipca 2017

Na czym polega tytanowy manicure?

Jak pisałam już kilkukrotnie, mam słabiutkie paznokcie i długie kolorowe pazurki oglądam z przyjemnością tylko u innych kobiet. Czasem wywiązuje się z tego jakaś rozmowa i tak ostatno usłyszałam o tytanowym manicure i obiecałam mały wpis o tym, czy faktycznie jest taki, jak o nim piszą. A piszą bardzo chwytliwymi hasłami! O tytanowym manicure można poczytać, jako o metodzie naturalnej, bezpiecznej i nad wyraz trwałej. Rozgryziemy więc dziś, czy ów tytan ma cokolwiek wspólnego z niebywałą wytrzymałością i czy jest to naturalny manicure ,,bez chemii". Zapraszam.



Tytanowy czyli...

wytrzymały? Zawierający tytan? Inspirowany Tytanem z mitologii? ;)
Typuję, że pierwsze skojarzenie, to trwardość i odporność na pękanie i odpryskiwanie. Bardzo słuszny krok marketingowy, bo dodatek tytanu sprawia, że stal jest jeszcze mocniejsza, do tego sam metaliczny tytan waży niewiele, a sprawuje się pod tym względem godnie. W manicure tytanowym próżno jednak szukać metalicznego tytanu, mamy za to jego związek: Tlenek tytanu TiO2. Z właściwościami metalicznego tytanu nie ma wspólnego nic poza faktem, że jest w nim... pierwiastek tytan. Zerknijmy na jegomościa:



Mhm, to taki niepozorny biały proszek, przypominający nieco transparentny puder albo zasypkę do pupy niemowlaka. Bardzo miękki nie jest (ma twardość szkła), ale za żadne skarby nie utworzy sam z siebie na paznokciach jednolitej, gładkiej, twardej powłoczki. Dzieje się tak właśnie dlatego, że jest bardzo trwały i odporny - mam jednak na myśli trwałość chemiczną i odporność na działanie innych związków: nie rozpuszcza się ani w wodzie ani etanolu ani acetonie. Do tego topnieje w ponad 1800oC, a i same jego reakcje z innymi związkami trochę temperatury potrzebują, co delikatnie mówiąc, przy manicure odpada ;)
A jakieś plusy?
Bieli jak szalony, dlatego chętnie używa się go w kosmetykach kolorowych (i farbach) - świetnie wydobywa jaskrawość koloru, wszystkie barwy wyglądają w jego towarzystwie żywo i o wiele lepiej kryją. To spory atut, bo można używać cieńszej warstwy.
A skoro już jesteśmy przy warstwie, to pora przedstawić głównego kompana tlenku tytanu. Jest to substancja powszechnie znana i lubiana nie od dziś, mianowicie proszek akrylowy. Polimer akrylu to główny składnik proszku, w którym zanurzamy posmarowany bazą paznokieć. Manicure tytanowy jest więc tak naprawdę jedną z akrylowych metod proszkowych.

A jednak nic nowego

Zasadniczo sporo jest w przyrodzie sposobów, w jaki używa się akrylu. Metody proszkowe nie są szczególnie popularne w Polsce, ale nie znaczy to, że nieznane. Panokieć pokrywa się specjalną bazą (monomer z dodatkami), pudruje proszkiem polimeru i dodatków, znowu pokrywa wartwą monomeru z dodatkami do polimeryzacji i voila! Mamy paznokieć twardy jak... pleksi ;)
Akryl oczywiście ma swoje plusy: jest twardy i niezawodny. Sam mani tytanowy także być może prezencję ma dobrą i długo się trzyma, ale podkreślmy: jest to nadal akryl, tylko wykonany inną techniką. Co to ma do ochrony przyrody i wyjątkowej delikatności dla paznokcia? To już chyba wiedzą tylko osoby od reklamy ;)
 
Faktem jest, że zbiór chemii, jaką mamy w lakierach, akrylach i żelach, uczulić może każdego i o każdej porze dnia i nocy - są wszak polimery, monomery, barwniki, stabilizatory UV, aktywatory, inicjatory polimeryzacji i całe masy wszelkich dodatków. Są osoby, które źle tolerują zwykłe lakiery, takie z uczuleniem na hybrydę i takie, którym nie służy jeszcze co innego - nie da się obiecać z góry, że produkt tego typu będzie bezpieczny (spotyka się przecież nawet uczulenia na plomby, protezy i soczewki kontaktowe, które wykonywane są z tej ,,rodzinki"polimerów)

,,Naturalność" manicure tytanowego pozostawię bez komentarza. Nasuwa mi się za to jedynie jedno porównanie: do stwierdzenia, że silikony to czysta natura uzyskiwana z wody i piasku ;) Owszem, całkiem nieprawdziwe to stwierdzenie nie jest, ale z rzeczywistością wspólnego ma raczej niewiele.

wtorek, 27 czerwca 2017

Przyszłość kosmetyków i moje rozkminy :)

Nie wiem, czy kiedykolwiek pisałam Wam o tym, jak bardzo lubię czytać stare książki i artykuły poświęcone kosmetykom. Z jednej strony ciekawią mnie same receptury (poza walorami użytkowymi, niektóre są naprawdę śmieszne* albo i trochę straszne), z drugiej - same trendy kosmetyczne. Weźmy podejście do cery trądzikowej - 30 lat temu lansowano podejście oparte na intensywnym odtłuszczeniu skóry (zupełnie, jak szorowanie tłustego naczynia), później zwrócono uwagę na rolę bakterii i walkę z nimi przy użyciu substancji antybakteryjnych (ostra dezynfekcja), jeszcze później zaczął dominować trend na intensywne, niemal ciągłe złuszczanie (jakby część naszej skóry była czymś zupełnie zbędnym), teraz bardziej zauważa się, że skóra żyje, więc próbuje się jakoś ją normalizować. Co będzie dalej? W pewnym stopniu każda osoba zastanawia się nad przyszłością, no i jeśli chodzi o przyszłość życia codziennego, im bardziej śmiałe prognozy snujemy, tym bardziej trafiamy (jako ludzkość) kulą w płot ;) Nie przeszkadza mi to jednak w żaden sposób amatorsko pofilozofować na ten temat, zapraszam więc do świata swoich wrażeń:


Surowce roślinne 2.0

Według mnie fala mody na naturalne składniki wcale nie osłabnie, ale będą to raczej składniki II generacji niż te, które znamy obecnie.
Ekstrakty z roślin są naprawdę doskonałym surowcem, ale ciągle obchodzimy się z nimi w dość prosty sposób - wyciągamy z rośliny, co się da, rozpuszczając to w wodzie, etanolu lub inym prostym rozpuszczalniku, odparowujemy go i ładujemy ekstrakt do kosmetyku. Problem jest taki, że otrzymujemy w ten sposób dość wąskie spektrum związków, i co tu dużo kryć - czasem wszystkim dobrociom towarzyszy też przysłowiowa łyżka dziegciu - związek podrażniający skórę, o wyższej toksyczności niż pozostałe albo często uczulający.
Być może w przyszłości zaczniemy rozdzielać mieszaniny związków obecnych w roślinach, wzbogacając jedne kosmetyki w związki wzmacniające naczynka, drugie - w te ograniczające produkcję sebum, natomiat jeszcze inne - w te o działaniu przeciwstarzeniowym? Możliwa jest też wersja całkiem przeciwna - wyciągniemy z ziół to, co rozpuszczalne w etanolu, wodzie, CO2, niepolarnym rozpuszczalniku i połączymy to w jednym kosmetyku, wykorzystując lepiej potencjał roślin.
Być może pozbawimy olejki eteryczne związków, które stwarzają największe ryzyko podrażnienia skóry i zaczniemy używać ich we większych stężeniach? A może to metody biotechnologiczne posłużą nam do wyhodowania roślin o jeszcze większej zawartości składników aktywnych, a mniejszej - tych niezbyt pożądanych?

Kosmetyk na zamówienie - spora nisza

Mówi się, że personalizacja to trend przyszłości. Mi jednak wydaje się, że takiemu pełnemu dopasowaniu kosmetyku do osoby stoi na drodze dwóch potężnych wrogów - pieniądze i prawo. Unikalny krem na zamówienie to raczej sprawa dla osób, które mogą bardzo dużo zapłacić - testy i ocena bezpieczeństwa są obowiązkowe i płatne dla każdego kosmetyku o odrębnym składzie. Póki co, prawo dotyczące kosmetyków jest w Europie na tyle restrykcyjne, że musielibyśmy mieć do czynienia z co najmniej kilkoma stopniowymi zmianami (które, bądźmy szczerzy, wiążą się z regresem, jeśli chodzi o bezpieczeństwo), by dojść do sytuacji, że wykonanie kosmetyku na zamówienie stanie się opłacalne i zarazem dostępne cenowo dla zwykłego zjadacza chleba. Dlaczego tak sądzę? Koszt wprowadzenia jednego kosmetyku na rynek (chodzi mi tylko o badania i certyfikację, bez kosztów sprzętu, opłacenia osoby, która tworzy recepturę, opakowania etc.) to około 2-4 tysięcy złotych. Biorąc pod uwagę, że produkujemy masowo - żadne pieniądze. Biorąc pod uwagę, że przerzucamy cenę na pojedynczego klienta - spore ryzyko. Biorąc pod uwagę coś jeszcze lepszego - czyli, że płacimy tyle za krem? No właśnie - oto odpowiedź ;) Dodajmy, że przy większych problemach ze skórą zwyczajowo na zamówienie wykonuje się leki (zazwyczaj tanie).
Jak by jednak nie patrzyć, spore nadzieje są w częściowej personalizacji. Załóżmy, dwa kosmetyki o bardzo podobnym składzie - możesz wybrać czy wolisz myjadło w kostce czy żelu. Czy bardziej odpowiada Ci zapach róży czy ziół (a może ma nie pachnieć wcale) albo czy chcesz, by krem miał kolor biały czy zielony. Opcja wyboru jest ograniczona, ale masz na coś wpływ.
Myślę też, że coraz więcej marek zauważa, że ludzie zaczynają lubić robienie czegoś samemu. Zgadza się, że można nie mieć do tego wiedzy, ochoty lub sprzetu, ale i na to jest sposób: dostarczamy bazę, do której oferujemy kilka składników aktywnych do wyboru, jakoś zapach, pigment, trochę substancji zagęszczającej. Wystarczy szpatułka, butelka i łyżeczka. Wieszczę temu rozwiązaniu masową popularność i produkcję przez koncerny w rodzaju L'Oreal. Dlaczego? Spójrzmy: dla naszych rodziców luksusem było kupić meblościankę, która przyjechała do domu już złożona. Nasze pokolenie woli poskładać samemu mebelek z Ikea, ale mimo wszystko jeszcze nie piłujemy w domu desek ani nie wyrównujemy ich szlifierką, kiedy chcemy mieć stolik (do czego można porównać robienie kosmetyków od podstaw). Spece od marketingu wiedzą, że dobrze jest sprzedawać rozwiązania, które przypominają zabawę i nie ma przy nich ryzyka niepowodzenia (nikt przecież nie lubi płacić za grudki w kosmetyku i kiepski zapach).

Rewolucja opakowaniowa

Lubimy efektowne opakowania, ale też jesteśmy w miarę świadomi, co dzieje się z plastikowymi pudełeczkami, butelkami i tubami. Ta świadomość rośnie wraz z nowym pokoleniem, stąd sądzę, że w kwestii opakowań zapowiada się większa zmiana. Załóżmy, że do wyboru mamy polimery biodegradowalne, papier i szkło. Z papierem jest łatwo, o ile pakujemy suche produkty. Wtedy wystarczy zwykły, trochę bardziej wytrzymały karton. Gorzej, kiedy mamy do czynienia z balsamami czy tonikami - niestety, kartoniki typu Tetrapack, w które ładuje się mleko lub sok, do łatwych w recyklingu nie należą. Mamy jednak do dyspozycji szkło, które nie reaguje ze składnikami kosmetyków, łatwo je stłuc, umyć i wykorzystać ponownie. Albo nie tłuc, tylko przyjść z nim do sklepu po nową porcję kosmetyku i sądzę, że to właśnie stanie się to coraz bardziej popularne rozwiązanie.
Drugą ścieżką stają się opakowania jednorazowe, których podstawą są polimery biodegradowalne, do tego wyprodukowane z odnawialnych surowców jak np. polilaktydy lub biopoliestry. Coraz bardziej dopracowane, będą miały szansę przetrwać czas życia kosmetyku, ale łatwo rozpadną się, kiedy przyjdzie na to czas: na wysypisku, po dodaniu przyspieszających rozkład bakterii.

Zmierzch ery emulsji? 

To najbardziej śmiała prognoza. Zwykle ze słowem ,,kosmetyk" kojarzy nam się krem. Od czasu do czasu sięgamy po żel, serum lub olejek, ale krem to coś, co na stałe wrosło w naszą świadomość - łatwo się aplikuje, szybko wchłania, wdzięcznie da się manewrować jego wyglądem (dodając barwników lub modyfikując konsystencję). Śmielej mówiąc, kremy to mali oszuści percepcji - dzięki nim potrafimy nałożyć na skórę składniki, których z osobna byśmy nie użyli w obawie, że są za tłuste, że zapchają, wysuszą, podrażnią. Jest jednak pewien problem z kremami, który dostrzegają szczególnie osoby z wrażliwą lub atopową skórą. To obecność emulgatorów. Standardowy krem to jego statystyczny producent, który woli dołożyć więcej emulgatorów, by emulsja się nie rozwarstwiła i trzymała fason przez długie lata. Pomyślcie sami, z ręką na sercu, co myślicie o rozwarstwionym kremie ;) Emulgatory są jednak substancjami powierzchniowo czynnymi i nasza skóra ich nie lubi, bo emulgują i ułatwiają usuwanie ochronnej warstwy lipidowej. Jeśli więc zastanawiasz się dlaczego Twoja skóra źle toleruje np. krem do rąk i po jego użyciu masz uczucie jeszcze większej suchości, to być może jest to kwestia emulgatora (np. Cetyl alcohol, Stearyl alcohol, Coco glucoside) na drugim czy trzecim miejscu w składzie?
Dobrze, ale jeśli nie emulsja, to co? Są inne sposoby ;) Najprostszy to preparat dwufazowy. Trzeba wstrząsnąć przed użyciem, nanieść na twarz i efekt jest ten sam, a unikamy całego szeregu nieporządanych składników, które lądują do ,,ładniejszej" emulsji. Czy zyska popularność? Myślę, że szansa jest duża, bo atopia i nadwrażliwość zaczynają występować coraz powszechniej.
A może niemal całkowicie pozbyć się matrycy kosmetyku? Całe działanie przejmują substancje aktywne przymocowane słabym oddziaływaniem ze stałym podłożem. Załóżmy, że tym podłożem jest cienka, ,,żelowa" warstwa przewodzących prąd polimerów, która przypomina znane nam hydrożelowe maski. Różni się od nich tym, że jest wyposażona w czujniki chemiczne (diagnozujące np. nawiżenie czy obecność stanów zapalnych), a do tego sama wprowadza do skóry właściwe substancje i to z efektywnością, jaką dają profesjonalne zabiegi. Ponieważ jest to w zasadzie hybryda urządzenia elektronicznego i kosmetyku, zapmiętuje nasze wybory, np. wydziela zapach, który lubimy, ogrzewa lub schładza naszą twarz, a jak przystało na nowoczesny wynalazek, sama czerpie i magazynuje energię słoneczną. Domyślam się, że brzmi to wszystko bardziej jak sen niż przypuszczenie, ale uprzedzałam, że zacznę wybiegać w przyszłość, prawda?

Na zakończenie dorzucam jeszcze krótki, amatorski filmik własnego autorstwa, który przygotowałam dawno temu na konkurs poświęcony rozwojowi technologii w codziennym życiu. Możecie pooglądać na nim właśnie tę ostatnią koncepcję :)



A jak Wy wyobrażacie sobie przyszłość kosmetyków i kosmetyki przyszłości?

*pamietam lekturę książki, w której autor (lub autorka) z przejęciem opisywała żółwiowy tłuszcz jako perspektywiczną metodę walki ze strzeniem się skóry

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Moja ulubiona odżywka drogeryjna

Moi drogeryjni ulubieńcy, jeśli chodzi o odżywki, to od dłuższego czasu świetnie wszystkim znane klasyki w rodzaju Oil Repair, żółtego Gliss Kur i olejkowego Timotei. Od jakiegoś czasu dołączył do nich jednak jeszcze jeden produkt - odżywka L'Oreal Elseve Magiczna Moc Olejków. I to właśnie on jest odżywką drogeryjną po którą sięgam najcześciej. Dlaczego?




Skład i działanie
Z pewnością skład nie jest tu głównym powodem. Mimo szumnej nazwy (bo jak widzicie, tak naprawdę powinien brzmieć: Magiczna moc gliceryny i silikonów" ;), skład wygląda raczej skromnie:

Aqua, Cetyl Alcohol, Glycerin, Amodimethicone, CI 77891, CI 77491, CI 15985, CI 19140, Chamomilla Recutita Extract, Mica, Cocos Nucifera Oil, Hydroxyethylcellulose, Stearyl Alcohol, Behentrimonium Chloride, Trideceth-6 Chlorhexidine Digluconate, Helianthus Annuus Seed Oil, Nelumbium Speciosum Extract, Linum Usitatissimum Flower Extract, Isopropyl Alcohol, Dipalmitoylethyl Hydroxyethylmonium Methosulfate, Caprylic/Capric Triglyceride, Myristyl Alcohol, Caramel, Gardenia Tahitensis Flower Extract, Rosa Canina Flower Extract, Bisabolol, Cetyl Esters, Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, BHT, Citric Acid, Glycine Soja Oil, Parfum

Określiłabym go jako humektantowo-silikonowy ;) Za złe można mu mieć przede wszystkim to, że oleje są dalej niż silikon i barwniki (i to głównie kokos, którego moje włosy za bardzo nie lubią), samych barwników jest mnóstwo (wszystkie te CI cyferka), pojawia się alkohol izopropylowy...

A jednak! Nie zaliczyłam po tej odżywce ani jednego Bad Hair Day. Włosy są po jej użyciu nawilżone, ale nie na tyle, by się puszyć, a przede wszystkim gładkie i miękkie. Nawilżenie jest ,,zamknięte" we włosach warstewką silikonu i olejków na tyle, że nie przesuszają się do następnego mycia. Odżywczej maski oczywiście nie zastąpi, a na dłuższą metę dostatecznie nie dociąża, ale z drugiej strony - od odżywki oczekuję przede wszystkim tego, żeby włosy wyglądały na zadbane.
Odżywkę można  nałożyć na bardzo krótko - dziesięć minut czy minutę - efekt będzie taki sam. Właśnie dlatego tak ją lubię: kiedy nie mam czasu na cięższą maskę, olej czy żel lniany, ,,Magiczna Moc Olejków" ujarzmia suche i niesforne włosy, nie obciąża, i wymaga naprawdę minimalnej ilości czasu. 

piątek, 16 czerwca 2017

Mydło ,,na gorąco" z glinką - przepis

Uwielbiam robić kosmetyki. W przeciwieństwie do emulsji, które w laboratorium wychodzą świetnie, a w domu różnie bywa, mydło wychodzi mi zawsze. To jest: zawsze nadaje się do użycia i zawsze sprawdza się (przynajmniej do twarzy) nie gorzej od dobrego kosmetyku, który kupię gotowy.
Tym razem postanowiłam połączyć to, co dobre z tym, co... równie dobre i dodałam do mydła glinki ;) A właściwie dwóch: czarnej i różowej. Czy jestem zadowolona z tej mikstury dowiecie się później, ale jedno jest pewne - sama metoda produkcji mydła na gorąco (czyli z gotowaniem) spodobała mi się i z pewnością ją jeszcze wykorzystam.



Kwestia produkcji mydła to temat rzeka. Sympatycy tej czynności wyróżniają metodę zimną i gorącą. Dotąd zazwyczaj korzystałam z zimnej, czekając kilka tygodni, aż reakcja zmydlania zajdzie niemal w całości. PTym razem postanowiłam jednak skusić się na metodę gorącą, ponieważ:

  • mydło jest gotowe tego samego dnia
Kiedy już szczęściwie znajdę ochotę na dokładnie wysprzatanie swojego kącika zabaw kosmetycznych, mogę jednego dnia przygotować masę, uformować i ozdobić ją oraz od razu używać.
  • łatwiej jest dodać aktywne lub dekoracyjne dodatki
Nie warto dodawać większości dodatków, gdy mydło jest niedojrzałe. NaOH (KOH także to dotyczy) między innymi denaturuje białka, zmienia strukturę cukrów (zarówno prostych, jak i złożonych), zobojętnia kwasy i strąca wodorotlenki z wielu rozpuszczalnych soli. Ułatwia też zajście wie(eee)lu reakcji między poszczególnymi składnikami, stąd w największym skrócie - nie polecam.

Weźmy tytułową glinkę jako przykład - sporo minerałów obecnych w kaolinie reaguje z NaOH. Dlatego jeśli chcielibyśmy zrobić mydło z jej dodatkiem na zimno i cieszyć się równie dobrym efektem, musielibyśmy poczekać aż masa mydlana dojrzeje, rozdrobnić ją, przetopić i dopiero dosypać glinki. Kiedy stosujemy metodę na gorąco, masę mamy od razu w naczyniu i od razu bez grudek, czyli łatwo mieszającą się.
  • można sobie pozwolić na więcej zabawy z dziećmi
To dla mnie główny atut. Pierwszą część robię sama, ale kiedy jest już prawie gotowe (czyli nie żrące, a gorące), zapraszam do działania córeczkę.
Tutaj domyślam się, że zdania w temacie dzieci+gorąco i dzieci+chemikalia mogą być podzielone, więc nie nakłaniam, tylko piszę, że jest taka opcja. Młoda chemiczka ma kontakt z gotowaniem w domu i przedszkolu, mam na nią oko, jest w okularach, a używane substancje są bezpieczne, o ile się ich nie zjada. Jeśli ktoś ma wątpliwości co do dzieciaka, chemii lub samego siebie, niech postepuje w zgodzie z przekonaniem, a nie tym, co piszę - koniec wstawki BHP ;)
Kończy gotowanie, sprawdza pH papierkiem, dosypuje dodatków i nakłada do foremek. Czy to lubi? Cóż, jako odpowiedź niech posłuży fakt, że sporo wolnych dni zaczyna się u nas pytaniem: ,,Mamusiu, a zrobiiiiimy dziś kosmetysie?"

Na czym polega robienie mydła ,,na gorąco"?

W największym skrócie na tym, żeby wykorzystać to, że w podwyższonej temperaturze cząsteczki mają większą energię, więc reagują szybciej i można uniknąć kilkutygodniowego leżakowania.
Pierwsza część wygląda identycznie, jak w metodzie zimnej (dlatego linkuję opis czynności)- jest roztwór NaOH, jest też olej. Mieszamy blenderem (robię to od razu w nierdzewnym garnku), ale zamiast wlewać do formy, stawiamy wszystko na gaz. Gotujemy, mieszając od czasu do czasu przez około godzinę (jeśli ogień będzie konkretny, to znacznie krócej).W tym czasie uzupełniamy małymi porcjami wyparowaną wodę, kiedy widzimy, że mydło zaczyna się łatwo przypalać.
Kiedy mydło jest gotowe? Pierwszy warunek to pH. Sprawdzamy na maleńkiej porcji mydła (czubek łyżki) wymieszanej z wodą (najlepiej przygotować sobie szklankę z boku). Kiedy pH będzie wynosić między 7 a 8,5,mydło można doprawić, czym uznamy za słuszne.



Ile czego użyć? Czy muszę mieć wagę?

Do obliczeń z miejsca polecę SoapCalc. Poniżej pokażę screeny, jakie to zmyślne cudo:


Wybieramy rodzaj oleju i wodorotlenku, a kalkulator oblicza, ile ługu musimy użyć na daną ilość oleju i podaje to w gramach. Jeśli jednak ktoś nie dysponuje wagą techniczną ani kuchenną też nie musi bardzo się przejmować. Możliwe jest przybliżone określenie proporcji objętościowych. Do swojego mydła użyłam oleju oliwnego (pomace), dokładnie litra. Gęstość olejów oliwnych (i większości olejów spożywczych) to według różnych źródeł 0,8-0,9 kg/l, czyli litr tej oliwy będzie ważył między 800g a 900g. Ponieważ nie sprawdzimy tego bez wagi, przyjmijmy wartość dokładnie pośrodku, czyli 850g i tą właśnie wpiszmy w kalkulator.
Teraz czas na wartość 'Super Fat'. Ustawiam ją zwykle odruchowo na 10%, ale przy ciepłej metodzie nie trzeba się nią aż tak bardzo przejmować - gdyby tłuszczu było za mało, łatwo dodać go w trakcie gotowania. Jeśli więc kilka razy pod rząd macie sytuację, że sprawdzacie pH mydła, a ono cały czas się nie obniża, spróbujcie dodać trochę jakiegokolwiek oleju. Prawdopodobnie było go za mało wcześniej.
Pozostała jeszcze ilość wodortlenku i wody. W pole 'Water as % of oils' wpisać możemy w zasadzie dowolną wartość i niezbyt się nią przejmować (jak widać, wpisałam 50, ale nie użyłam aż tyle) - wody musi po prostu być tyle, żeby wodorotlenek się rozpuścił. Jeśli mydło w czasie gotowania będzie zbyt gęste, można jej dodać, a jeśli zbyt rzadkie - odparować ją.
Teraz już pozostaje kliknąć, żeby kalkulator policzył, ile NaOH nam trzeba:




Wodorotlenek wyskakuje nam jako wartość podana w gramach. Ale na to też jest sposób! Na opakowaniu prawdopodobnie będzie podana taka wartość, jak gęstość nasypowa. Mój ma postać drobnych pastylek o ok. 2mm średnicy i jego gęstość nasypowa to 1,14 g/cm3. Centymetr sześcienny to inaczej ml. Wartość może być też podana w kg/m3. Teraz pozostaje tylko znaleźć gęstość nasypową swojego odczynnika, odczytać wartość z ,,mydlanego kalkulatora" i posłużyć się banalną proporcją, jak ta zapisana poniżej:

masa przypadająca na 1cm3 według gęstości nasypowej [w gramach]    -    1cm3
masa z przepisu z kalkulatora [w gramach]    -     x [w cm3]

czyli u mnie:

1,14g     -     1 cm3
102,55g      -      x cm3

x= (102,55 x 1)/1,14
x= 89,96 cm3

Jeśli mamy miarkę do odmierzania objętości (np. miarki do ciasta czy nakrętki z syropu) to 90 cm3 (czy jak kto woli ml) nie jest już żadnym problemem.

Pozostaje już tylko dodatek, czyli glinka. Ja użyłam po 50g różowej i czarnej glinki Fitocosmetic.

A jak z samym mydłem?

To chyba pierwszy raz, kiedy bardziej odpowiada mi wariant ,,biały", czyli mydło bez żadnych dodatków. Nie o to chodzi, że glinka się nie sprawdza na skórze. Sprawdza się właściwie bardzo fajnie, ale jest w niej sporo krzemionki, więc rysuje i paskudzi moją plastikową mydelniczkę. Za to kostka mydlana z glinką jest twardsza i wytrzymalsza, więc z tego względu można się skusić ;)

czwartek, 8 czerwca 2017

L.T.Piver: Cedre i Cuir

Moje zamiłowanie do klasycznych zapachów wcale nie maleje. Nie dziwi więc, że wprost przepadam za wszystkimi perfumami domu L.T.Piver. Gdybym miała porównać noszenie perfum, które wychodzą spod ich rąk (czy nosów, jak kto woli), do noszenia ubrań, to byłyby to przede wszystkim te uniwersalne, przyjemne dla skóry i nie rzucające się w oczy. Z doskonale wykończonymi i zabezpieczonymi szwami, które nie przekręcą się nawet po setnym praniu, ze szlachetnej bawełny, delikantnej wełny, pachnącej, połyskującej skóry... Wprawne oko dostrzeże kunszt wykonania, ale też osobom, które gustują w najnowszych krojach i ostentacyjnych detalach, wydadzą się po prostu nudne. To perfumy, które nosi się dla siebie, które nie będą uwierać swoją intensywnością w upale, z którymi przyjemnie się śpi i które naturalnie przenoszą do świata marzeń.

Doskonale skomponowane, z wyraźnym podziałem na trzy części kompozycji, umiarkowaną projekcją i perfekcyjnym (w niewymuszony sposób) wydźwiękiem każdego składnika, są moimi ulubieńcami, niezależnie od charakteru. Dziś na tapecie cedr i skóra - Cedre i Cuir. Niby niszowce, ale bardzo przystępne dla każdego nosa.



Cedr, słońce, herbata i łóżko
Cedre to kompozycja ciepła, ale nie w słodki, lecz słoneczny i leniwy sposób. Tytułowy cedr jest oddany w sposób przywodzący na myśl popołudnie. Jest to południe nie byle jakie: na południu Europy, leniwy dzionek, rozgrzane drzewa roztaczają swój aromat. Podczas spaceruju czujesz nie tyle igliwie, co właśnie drewno, do tego przyniesiony przez wiatr zapach łąki pełnej lawendy. Wracasz do domu i przesiadujesz na tarasie z aromatyzowaną, czarną herbatą (bergamotka i... paczula?). Jest jeszcze ciepło, ale czujesz już w powietrzu jesień. W domu czeka kominek, spory zapas drewna, niezaścielone przez cały dzień łóźko. I ten domowy nastrój, w którym domiuje pościelowe piżmo, trwa aż do końca. Zapach ucieka ze skóry po ok. 5 godzinach.

Cuir - tak pachną opowieści z przeszłości
Tak się teraz zastanawiam, czy z przystępnością dla każdego nosa, którą obwieszczałam we wstępie trochę w tym wypadku nie przesadziłam. Z jednej strony Cuir to skóra lekka, nie ma intensywnego, zwierzęcego (żeby nie powiedzieć: zapoconego ;) charakteru, jak się czasem w perfumach zdarza, z drugiej jednak, jest to kompozycja odczuwalnie w stylu retro. Otwarcie jest ostre, aż świdruje w nosie. Już od początku czujemy skórę, ale najciekawsza jest po dłuższej chwili, gdy traci na sile i dopuszcza do głosu ambrę i miód. Zapach jest charakterny, śpiewny, bogaty i (co zadziwia) taki... prawdziwy? Stajemy przed opowieścią w której nie ma pozerstwa, napięcia i patosu. Bo to nie jest żadna stylizacja na vintage, to jest zapach dawnych czasów. Więc wspominamy, a kompozycja podtyka nam pod nos to świeżość kardamonu, to słodycz neroli i cynamonu, to lekko tlące się labdanum i olibdanum... I jeszcze jedną ciekawą nutę, rzadko obecnie spotykany mech dębowy. Mimo, że podział perfum na damskie i męskie wcale mnie nie rusza, a 90% mojej kolekcji stanowią zapachy deklarowane jako męskie, to muszę przyznać, że mech faktycznie nawet mi od razu przywołuje na myśl faceta. Dlatego lubię Cuir i na skórze swojej i na skórze swojego męża i bez bicia przyznam, że lepiej pachnie na nim. U mnie jest dużo fajnych dymków i klimatów ogniska, ale u niego piękny miód, ambra, ugładzony mech, no i błyszcząca, starzejąca się z klasą skórzana teczka, buty, rękawice... Zapach jest całkiem trwały i wytrzymuje 7 godzin.

A czym Wy lubicie pachnieć?

sobota, 3 czerwca 2017

Po co alkohol w kosmetykach? Kilka powodów.


Bywa, że wątpliwy z naszego puntu widzenia składnik bardzo przyczynia się do polepszenia efektu działania kosmetyku. Wpływa albo na skuteczność albo chociaż na percepcję.
Bywa też, że kiepski skład kosmetyku pakuje się w luksusowe opakowanie i wzmacnia pożądanie wysoką ceną, słabszą dostępnością (np. tylko apteki) lub ciekawą reklamą.
Który z tych dwóch przypadków dotyczy etanolu i propanolu czyli składników określonego w składzie jako alcohol denat, ethanol, isopropanol lub isopropyl alcohol? Czy jest pożądany i konieczny, akceptowalny czy zbędny, a nawet szkodliwy? Sami zadecydujcie. Ja przedstawię kilka powodów, dla których producenci umieszczają go w swoich wyrobach.

,,Alcohol" to nie zawsze to, co nasuwa się na myśl, jako pierwsze
Pierwsze kosmetyczne skojarzenie ze słowem alkohol? Oczywiście spirytus salicylowy. Czyli wodnista, bardzo szybko odparowująca ciecz, wysuszająca skórę.

Jej głównym składnikiem jest oczywiście etanol (Ethanol, Ethyl alcohol, Alcohol Denat), ale prawie wszystko, co przeczytacie w dalszej części posta, dotyczy też izopropanolu (w kosmetykach jako: Isopropanol, Isopropyl Alcohol)

W produktach do pielęgnacji znajdziemy też mnóstwo innych alkoholi, m.in. : cetylowy (Cetyl Alcohol) , stearylowy (Stearyl Alcohol), ich mieszaninę (Cetearyl Alcohol), alkohol tłuszczowy z nasion kapusty (Brassica Alcohol), kokosa (Coco Alcohol), alkohol oleinowy Oleyl alcohol i inne, które mają duże cząsteczki. Wszystkie wyglądają podobnie po poniżej przedstawionego alkoholu oleinowego, czyli poza grupą hydroksylową, mają sporych rozmiarów łańcuch węglowodorowy.


W związku z taką budową, są najcześciej ciałami stałymi. Zalicza się je do alkoholi tłuszczowych i zgodnie z tą nazwą zachowują się raczej jak tłuszcz niż wspomniany spirytus. Używa się ich często jako emulgatorów, są też emolientami. Ale nie o nich dziś. W tym poście poruszymy temat kontrowersyjnych, ,,spirytusopodobnych" alkoholi ;)




Wydaje Ci się, że świetnie czujesz, jak Twój krem nawilża? A może to tylko alkohol?
Trick stary jak świat. Już przy aplikacji czujesz chłód, orzeźwienie, to, jak ,,spragniona skóra pije wodę". Jeśli chodzi o najpopularniejsze obecnie lekkie kremy, które zawierają 70 - 80% wody, naszą perepcję oszukuje w nich najczęściej etanol (czasem także dodatkowo mentol). Szybciutko odparowując ze skóry, delikatnie schładza jej powierzchnię i daje uczucie orzeźwienia. Jeśli macie około trzydziestki, być może pamiętacie wprowadzenie na rynek kremu Nivea Soft? Reklamowany był przez skojarzenie z letnim deszczem. Dziś, w czasach zwiększonej świadomości, skład wydaje się taki sobie. Ale uczucie ,,WOW! Ale nawilża!", które odczuwało się po aplikacji spowodowało, że stał się hitem i przez wiele lat utrzymał tą pozycję.

Lśniące włosy. Ale tylko raz.
Zazwyczaj włos porównuje się do rośliny. Jest cebulka, jest łodyga, sa łuski, które kojarzymy z otwieraniem się i zamykaniem się, jak u żyjącego kwiatu.  Zgrabny opis, ale jeśli chodzi o same łuski, nie do końca prawdziwy: samymi kosmetykami pielęgnacyjnymi nie jest wcale tak łatwo sterować ich przepuszczalnością (czyli mitycznym otwieraniem i zamykaniem się).
Ale do rzeczy. Łuski są bardzo odporne na wodę i chemikalia. Dlatego właśnie chronią miękki i chłonny rdzeń włosa przed zniszczeniem. Wyobraźmy je sobie, jak płytki na ścianie. Kiedy lśnią najbardziej? Wysmarowane czymś tłustym czy solidnie odtłuszczone i umyte? Tak właśnie działa etanol w kosmetykach nabłyszczających - odtłuszcza powierzchnię łusek i sprawia, że wszystko, co na nich pozostało, jest równomiernie rozprowadzone. Niestety, przy tym wysusza i stosowany częściej (szczególnie na włosach, w których naturalny kształt łuski i ich ułożenie nie do końca chroni rdzeń) może sprawić, że włosy będą suche i kruche. Podobnie z włosami zniszczonymi.

Czy alkohol przełamuje bariery? Barierę ochronną skóry na pewno
Jeżeli stosujemy na skórę jakiś wyciąg ziołowy lub płyn kosmetyczny/leczniczy z konkretnym składnikiem, który ma dotrzeć do głębszych, żywych warstw naskórka, to tak naprawdę walczymy trochę z własną barierą ochronną. Etanol w tym pomaga.
Skórę, która ma przyjąć aktywny składnik można również przygotować peelingiem, usuwając część warstwy rogowej (czyli martwych komórek zlepionych sebum). Nie rozwiązuje to jednak problemu całej bariery hydrolipidowej, którą cieżko sforsować. Można to trochę porównać do leczenia rany przez plaster. Lek aplikowany na plaster, a nie na ranę jest mniej skuteczny. Stąd w kosmetykach etanol, który rozluźnia nasz naturalny ,,plaster" i pomaga czynnej substancji przez niego przejść.
Ponieważ rana bez plastra jest znacznie bardziej narażona na niebezpieczeństwa, pojawiają się natychmiast inne pytania: Czy skóra jest wystarczająco chroniona przed czynnikami z zewnątrz? Czy bardziej jej taką kuracją pomagam czy szkodzę? Oczywiście, równocześnie do np. kuracji ziołowej z etanolem, można stosować kosmetyki, które pomogą odbudować barierę. Osoby z cerą wrażliwą, alergiczną lub atopową wiedzą jednak, że nie jest to takie proste. Osobiście sama skupiam się raczej na uszczelnianiu bariery lipidowej niż docieraniu z aktywnymi składnikami w głąb naskórka.

Bakterie nie przepadają za alkoholem
Alkohol wysusza skórę i narusza barierę ochronną, ale jedno trzeba mu przyznać - jest chyba najłagodniejszym i najbardziej nieszkodliwym dla człowieka konserwantem. To znaczy, ogranicza rozwój mikroorganizmów, bo np. substancji czynnych przed utlenieniem nie ochroni. Znacznie wyprzedza pod tym względem także naturalne olejki eteryczne, które zawierają sporo toksycznych substancji. Spójrzmy prawdzie w oczy: wątrobie szkodzi dopiero po regularnym używaniu dużej ilości (nawiasem mówiąc, wprowadzić się w stan upojenia alkoholowego można także drogą wziewną i przez skórę, ale kosmetyki nie stwarzają raczej ryzyka pod tym względem), nie kumuluje się w organizmie... Wada jest taka, że trzeba wlać go do kosmetyku na tyle dużo, że wpływa silnie na jego działanie.

Alkohol w bazie kosmetyku
Baza czyli to, co ma rozpuścić składniki i ułatwić ich połączenie. Alkohol rozpuszczalnikiem świetnym jest (to taka chemiczna parafraza: ,,Słowacki wielkim poetą był" ;). To, czego nie rusza sama woda, a niekoniecznie chcemy rozpuszczać to w tłuszczu, ma szansę polubić się z alkoholem.
Co na przykład? Roślinne substancje czynne (np. sporo terpenów), rozmaite olejki eteryczne i ogólnie związki zapachowe. Perfumy nie bez przyczyny są oparte na alkoholu - dzięki niemu udaje się zachować przejrzystość płynu i jednolity zapach bez konieczności wstrząsania flakonikiem. Podobnie z ziołowymi płynami antyseptycznymi, odstraszającymi owady czy pobudzającymi wzrost włosów - dzięki alkoholowi używa się ich łatwiej i stanowczo lepiej wyglądają.

Przyznam szczerze, że poza perfumami i mgiełkami na owady, raczej staram się unikać kosmetyków zawierających alkohol. Nie służą mojej dość wrażliwej cerze, nie mówiąc już nawet o włosach. Za to nie mogę się napatrzyć na zdrowe włosy mojej mamy potraktowane maseczką z zółtka i koniaku. A jak jest u Was?

środa, 24 maja 2017

DLACZEGO nie moczyć hybrydy w wodzie?


 
moje skromne zbiory hybrydowe - polecam szczególnie bazę Indigo i ,,lusterko" Silcare

Czasem zdarza się, że ktoś zadaje mi ciekawe i wnikliwe pytania dotyczące kosmetyków, których nie używam/używam rzadko albo z którymi nie mam zbyt wiele do czynienia. Tak właśnie jest w przypadku lakierów hybrydowych, hybrydowych preparatów do przedłużania paznokci czy żeli.
Sama miałam je na dłoniach zaledwie kilka razy i o ile efekt potrafi być imponujący, o tyle u mnie jest też na tyle krótkotrwały, by demotywować zarówno do regularnego robienia we własnym zakresie (czas) i u profesjonalisty (pieniądze ;).
Wróćmy jednak do tematu lakierów hybrydowych i ich moczenia w wodzie. Zdarza mi się usłyszeć lub przeczytać, że można z nimi robić dosłownie wszystko i nawet nie drgną, jak i liczne ostrzeżenia przed długotrwałym kontaktem z wodą. Moje doświadczenie wskazywałoby raczej na to, że długo moczyć absolutnie nie warto, ale koleżanka spytała mnie też ostatnio: ,,a niby dlaczego?"
Spójrzmy na to z punktu widzenia chemika:

Z czego zrobiony jest lakier hybrydowy
W przeciwieństwie do klasycznych lakierów do paznokci, za tworzenie powłoki i jej trwałość odpowiadają w hybrydzie głównie akrylany i metakrylany. Przemawia za tym fakt, że są tanie oraz pięknie i szybciutko polimeryzują w UV.
W lakierze mamy trochę większych, częściowo spolimeryzowanych (tłumacząc na polski: zbitych w dłuższy łańcuch powtarzających się fragmentów) cząsteczek i trochę małych, które mogą się z nimi połączyć.
Te większe nazwalibyśmy oligomerem. W popularnym Semilacu jest to oligomer uretano-akrylanu (podobne można pooglądać sobie w TYM patencie).
Teraz czas na mniejsze. Są bardzo ważne, bo to one ,,chwytają" długie, przesuwające się łańcuchy oligomerów i tworzą z nich pod wpływem światła trójwymiarową sieć.  Szczególnie popularny jest HEMA czyli 2-hydroksyetylo metakrylan.

Co to właściwie ma do wody? 
To, że zarówno akrylany, jak i metaktylany tworzą eleganckie hydrożele o dużej zawartości wody. Materiał uzyskany w wyniku polimeryzacji HEMA na ten przykład, potrafi nagromadzić aż 38% wody. Niestety, po wciągnięciu jej, ma znacznie gorsze właściwości mechaniczne. To znaczy, gorsze, jeśli malujemy nimi paznokcie. Polimer HEMA jest bowiem dość dobrze poznany ze względu na to, że produkuje się z niego miękkie soczewki kontaktowe. Nasza ozdoba paznokcia, po wymoczeniu w wodzie staje się do nich coraz bardziej podobna: coraz miększa, coraz łatwiejsza do rozerwania, coraz bardziej giętka. Im więcej jest wody w polimerze, tym łatwiejsze przenikanie jonów, wody i gazów przez lakier.
Nie dziwi więc, że większe jest ryzyko tego, że hybryda po prostu zacznie odchodzić płatami lub wręcz się odklejać od płytki paznokcia.


A może primer? 
Jeśli chodzi o samo wiązanie samej wody, to niewłaściwy trop ;) Primer zawiera najcześciej kwas metakrylowy, który, jak się okazuje... pozwala nagromadzić jeszcze więcej wody w polimerze. Dodatek kwasu metakrylowego do polimeryzacji poprawia jednak właściwości mechaniczne wielu polimerów, więc są one, ogólnie mówiąc, bardziej wytrzymałe. Lakier leżący na nieco twardszym primerze i częściowo z nim zespojony może dłużej utrzymać się na paznokciu.
Mimo wszystko jednak, całość jest znacznie słabsza po zażyciu sporej dawki wilgoci. Przy sprzątaniu lepiej więc sięgnąć po rękawiczki, zmywarkę i innych mieszkańców naszego domu, a dłonie moczyć tylko na basenie i nad morzem. Skoro lakier odpadnie, to przynajmniej w miłych okolicznościach ;)

wtorek, 23 maja 2017

30 dni dla włosów - podsumowanie

Moim kwietniowym głównym celem stało się, jak wspominałam w poprzednim wpisie, porządne dociążenie włosów. Drugim celem, który miałam zamiar zrealizować już od jakiegoś czasu, ale bez akcji motywacja była dość słaba, było doprowadzenie do porządku skóry głowy.

Zacznijmy od skóry - problem, przyczyna i lekarstwo ;) 




Jakiś czas temu wpadł mi w ręce szampon ziaja. Zasadniczo, kosmetyki tej marki potrafią być genialne, ale straciłam do nich zaufanie po tym, jak kilka razy doświadczyłam po ich użyciu masakry na oczach i cerze W lutym udało mi się również doświadczyć masakry na głowie.
Używałam już maski i serum z serii, więc nie spodziewałam się żadnych przykrych niespodzianek, może poza tą, że szampon nie będzie moim ulubieńcem. A tu trach, koncertowy świąd i suchość skóry, a potem już tylko łojotok. Nigdy nie miałam problemów ze skórą głowy! Używałam bezkarnie szamponów ze SLES przy każdym myciu i nic, ale od czasu przygody z Ziają zaczęły się problemy. Przetłuszczanie i drobny łupież ciągnęły się za długo, stąd do akcji w kwietniu wkroczyła domowa mikstura złuszczająca i serum VisPlantis z dziegciem. Poza tym, stosowałam wcierkę, regulującą wydzielanie sebum i kojącą skórę głowy. Można powiedzieć, że się udało - skóra głowy jest zadowolona, przetłuszcza się mniej, a ja nie myję już włosów codziennie, tylko co dwa dni i myślę, że wkrótce zejdę do trzech, jak dawniej.

Mycie - ostrożnie i łagodnie
W zasadzie nie widzę dużej różnicy dla włosów pomiędzy łagodnymi, a mocnymi detergentami, może poza tym, że po łagodnych ciężej się rozczesać. Skóra głowy jednak zdecydowanie lepiej reagowała na glukozydy i cocamidopropyl betaine niż SLES, więc przez cały miesiąc skrupulatnie trzymałam się mycia szamponem bez siarczanów. Moja technika mycia to nic wymyślnego - ok. łyżeczkę szamponu rozrabiam w kubeczku z wodą i polewam skórę, a pianą traktuję włosy. Przyznam jednak, że kwiecień ciężko było mi wytrzymać i chociaż cierpliwie rozplątywałam i ostrożnie czesałam włosy po wyschnięciu, to coś jednak zostało mocno nadszarpnięte - moja cierpliwość. Włosy tęsknią za SLESem i powróci do użycia zaraz po udobruchaniu skóry głowy.

Odżywianie i dociążanie

W tym temacie niewiele się zmieniło, a lista stosowanych odżywek jest nadal aktualna. Ostatnio używam ich tylko po myciu, bo włosy lepiej wyglądają, a poza tym przed myciem mam na głowie zazwyczaj olej. W kwietniu zdecydowanie królował ten z orzechów włoskich. Bardzo lubią go moje włosy i cera.

Rewolucja: porządna suszarka z jonizacją (nareszcie!)
Wraz z koniecznością mycia włosów codziennie, a potem co półtora dnia (śmiesznie to brzmi - mam na myśli to, że myłam raz wieczorem, raz rano ;) i totalnie niewiosenną pogodą, potrzeba posiadania suszarki z zimnym, szybkim nawiewem i jonizacją okazała się olbrzymia. Zachwalany Philips z czujnikiem nawilżenia, popularne BaBylissy i Rowenta Silence albo nie odpowiadały mi do końca albo temperaturą nawiewu albo jego siłą albo ceną. Stanęło zatem na Fox Blue Eye i chociaż miałam wątpliwości jeszcze minutę przed otwarciem przesyłki, to okazało się, że jest super. Albo inaczej - ma bardzo mocny i bardzo zimny nawiew oraz jonizację, a właśnie o to mi chodziło. Jeśli szukasz suszarki, która nieelegancko powiedziawszy, ,,urywa głowę" swoim mocnym nawiewem, który jest superzimny, to bardzo ją propsuję. Raczej nie będę kusić się na pełną recenzję, ale dodam, że jest solidna, raczej ciężka i suszy szybciutko.



Podsumowanie

Skóra powraca do normy, więc wcierka i łagodny szampon zostają. Z serum rezygnuję, kończy mi się opakowanie, a nie potrzebuję go już tak bardzo. W maju wkroczę z szamponem ze SLESem (jak zawsze rozcieńczonym).
Jeśli chodzi o pielęgnację włosów, zaczynam dojrzewać do tego, że olej musi być co mycie, a Kallosy czy inne formuły oparte na kondycjonerach, bez dużej ilości aktywnych składników po prostu nie są dla mnie.
Z suszarki natomiast jestem stuprocentowo zadowolona. Włosy wyglądają o niebo lepiej niż po wysuszeniu wysłużonym Philipsem Salon Dry.

Na koniec przypomnę tylko, że przepisy na peeling i wcierkę są tutaj.

czwartek, 18 maja 2017

Mój ulubiony sposób na oczyszczanie twarzy: krem-żel olejkowy



Mam cerę mieszaną. Młodą i trądzikową bym jej już nie nazwała (chociaż drobne niespodzianki od czasu do czasu się zdarzą), ale dojrzałą jeszcze też nie ;) Bywają okresy czasu, że jest totalnie bezproblemowa i zmierza w stronę skóry normalnej. Bywa za to, że strefa T niemiłosiernie świeci, pory są zapchane po wszystkim, a suche policzki szczypią, kiedy nakładam na nie jakikolwiek krem.
Ostatnio, całe szczęście, są te dni dobrej passy. Zwykle udaje się ją dość długo utrzymać, kiedy stosuję głównie samodzielnie zrobione kosmetyki lub wybieram te gotowe przygotowane na bazie olejków. Mimo to nie stosuję klasycznej metody OCM do oczyszczania twarzy. Powody są dwa: jeden to niewygoda, a drugiemu na imię ,,makijaż".

Jak używać olejków, by łatwo i szybko móc zmyć je wodą? 
Zmieszać je z detergentem. Można użyć czystego, kupionego w sklepie z półproduktami (łatwiej trafić na łagodny), skorzystać z gotowego, pieniącego się żelu albo od razu wybrać olejkowy krem w sklepie.
Atutem takiego kremu jest to, że można być twarz tak prosto jak klasycznym żelem (po prostu nakładam na zwilżoną cerę, masuję i spłukuję wodą), ale jakość oczyszczenia jest nieporównywalna. Zwężone pory, mniej niespodzianek, mniej przesuszenia w suchych partiach cery. Bez szmatek i ściereczek. Ostatnio lubię go bardziej niż domowe mydło.

Mój ulubiony gotowiec to krem Organic Surge. W składzie ma sporo masła shea i jest bardzo gęsty i kremowy, ale oczyszcza wspaniale. Jedyny minus to zapach - geranium :/


Ale przygotowanie kremu olejkowego z żelem też jest banalnie proste, a efekty jeszcze lepsze, bo można dodać najbardziej lubiany przez cerę olej. Jak widać, po prostu miesza się olej z żelem w proporcjach pół na pół. Zależnie od tego, jakiego żelu użyjemy, konsystencja może być doskonale jednolita i kremowa albo tworzyć lekkie ,,kłaczki", ale nawet wtedy nie rozdziela się ponownie na olejek i żel.


Kiedy używamy czystego detergentu, można go dodać trochę mniej, powinien stanowić 1/4 mieszaniny (czyli np. 1 łyżka coco glucoside i 3 łyżki oleju).



A jak jest u Was? Najczęściej używacie mydła, oleju, czy płynu micelarnego? A może oczyszczacie Twarz jeszcze inaczej?

poniedziałek, 15 maja 2017

Mikstura peelingująca do skóry głowy i normalizująca wcierka

Nigdy nie miałam olbrzymich problemów ze skórą głowy, ale jeden z użytych jeszcze zimą kosmetyków sprezentował mi podrażnienie, lekki łupież i łojotok. Czekałam trochę czasu w nadziei, że samo przejdzie, ale w kwietniu postanowiłam zakasać rękawy i coś zrobić.

Peeling do skóry głowy

Sporo można poczytać w blogosferze o Cerkogelu. Przyznaję bez bicia, że to on był główną inspiracją do umieszania płynu peelingującego - ma bowiem w składzie 30% mocznika jako głównej substancji złuszczającej (przypominam, że w niewielkich stężeniach mocznik głównie nawilża, natomiast w dużych skutecznie usuwa martwy naskórek). O Cerkogel kiedyś się pokuszę, ale na test tego stężenia wolałam przygotować płyn. Sprawa jest banalnie prosta, nie trzeba go nawet konserwować.

Potrzebujemy:
- 30g mocznika (białe kryształki)
- 70g wody

Mocznik rozpuszczamy w wodzie, przelewamy do butelki, naciągamy kilka ml do strzykawki i smarujemy skórę głowy. Posiadaczkom cienkich, bardzo wrażliwych włosów, lub takich, które po prostu są suche lub zniszczone, polecam uważać, by płyn znalazł się tylko na skórze. Wszystkie substancje, które działają keratolitycznie na martwe komórki naskórka, mogą trochę naruszyć same włosy. Na pocieszenie dodam jednak, że moje może tylko odrobinkę się zmatowiły i uniosły przy nasadzie, ale nadal są miękkie i (o co bałam się niesamowicie) dalej są na głowie. Częste używanie i brak uwagi mogłyby trochę je podniszczyć, ale sądzę, że włosy o średniej porowatości już by tego wcale nie odczuły.

Wcierka normalizująca

Wychodzę z założenia, że skóra, której nie brak nawilżenia i której bariera hydrolipidowa nie jest naruszona, jest skórą szczęśliwą i mniej problematyczną. Dlatego pierwsze i najważniejsze to nawilżenie - stąd kwas mlekowy. Do tego odświeżająca i przyspieszająca porost mięta. I łagodząca podrażnienia oraz również przyspieszająca wzrost włosów witamina B3. Nie konserwowałam wcierki i trzymałam ją w lodówce. Wytrzymuje w ten sposób spokojnie tydzień.



Przygotowanie jest również bardzo proste. Miętę (duża ilość) zalewamy wrzątkiem, ubijając łyżką. Swoją porcję przygotowywałam w filiżance o pojemności 100ml, z czego wychodziło mi ok. 40ml miętowego naparu. Do tego płaska łyżeczka witaminy B3 i pół łyżeczki kwasu mlekowego. Mieszamy i gotowe. Używałam jej 2 razy dziennie, aplikując za pomocą strzykawki i wcierając palcami w skórę głowy aż do wyschnięcia. Włosy schną mi szybko, więc bez wielkiego poświęcenia, uzyskałam przy okazji w ten sposób lekkie usztywnienie i uniesienie, chociaż gdybym pozostawiła nasadę mokrą, włosy raczej by ,,siadły".
Muszę przyznać, że wcierka bardzo, bardzo przypadła mojej skórze do gustu. Uspokoiła się, podrażnienie minęło, a po regularnym miesiącu ograniczyła przetłuszczanie. Żałuję tylko, że zapomniałam zmierzyć włosy albo chociaż cyknąć ich zdjęcie do porównania.

piątek, 12 maja 2017

Subiektywnie - jakich tutoriali unikam

Tekst będzie długi - i zdaję sobie sprawę, że dość ciężki. Myślę jednak, że przy dobrej herbacie da się dotrwać do końca i stać się albo bardziej świadomym producentem kosmetyków w skali mikro albo po prostu bardziej świadomym konsumentem.

Ogółem lubię DIY i zakręcone pomysły osób robiących tutoriale.
Wiecie, płatki na zaskórniki z żelatyny, mieszanie hybrydy i zwykłego lakieru i setki rzeczy, które ktoś wypróbował i pokazał, żeby inni wiedzieli, że jest taka możliwość. Nie, nie mówię teraz, że wszystko to czyste złoto, tylko, że wiele z nich coś przydatnego podpowiada.
Ale czy tylko ja mam wrażenie, że po sieci krąży też mnóstwo bullshitu, na który pomysłów lepiej nie zapożyczać? I wcale nie chodzi tu o zdjęcia robione kalkulatorem albo kiepski efekt końcowy. Być może gdybym była radykalną estetką zwróciłabym uwagę właśnie na to. Mnie jednak razi dramatyczna niewiedza, która dotyczy konsekwencji użycia... no właśnie...czego?

Przemyśl dwa razy, czego używa autor tutorialu
Zapominanie, że artykuł papierniczy, artystyczny czy chemia gospodarcza nie są surowicem kosmetycznym, to moim zdaniem błąd dyskwalifikujący tutorial. Rzekomo ma być taniej i lepiej dla zainteresowanego (i całej Ziemi przy okazji), bo nie wyrzuca, a używa. Jednak, jest pewien truizm: wykorzystać te rzeczy można niekoniecznie do skóry.
Ostatnio wpadłam na przepis użycia kredki świecowej do balsamu do ust i kleju opartego na poli(alkoholu winylowym) w roli maseczki. Sporo osób lubuje się także w barwieniu kredkami np. mydła czy kul kąpielowych. Cóż w tym takiego zdrożnego? Prześledźmy opcję: kredka w kosmetyku.



Dlaczego nie barwić mydła/kul/balsamów kredkami?

Zastanówmy się, czy bloger/jutuber ma wiarygodną listę składników, z których kredka się składa? Niestety, śmiało idę o zakład (o bardzo dobre piwo albo i najnowszą paletkę TooFaced), że osoby odpowiedzialne za ten dość popularny tutorial i jego klony, nie mają o tym zielonego pojęcia. Podobnie, jak bardzo mgliste o prawie w swoim kraju i w kraju, w którym wyprodukowano kredkę. Uargumentuję pokrótce, skąd wziął się mój tok myślenia.

Pisacz tutorialu oznajmia nam z patosem godnym obrońcy świata, że w kosmetykach jest mnóstwo szkodliwej chemii, a tanio, prosto i bezpiecznie możemy użyć kredki, która w przeciwieństwie do ,,chemii", jest nietoksyczna (przecież napisano to na opakowaniu, a tak wgl. to te kredki są dla dzieci, więc szkodliwe być nie mogą).
Zajmijmy się ,,chemią". W kosmetykach, jak rzecze statystyczny użytkownik sieci, mnóstwo jest dziś ,,chemii", włączając pomadki do ust. Z tym się zgadzam, chemia jest wszędzie, bo jest to nauka o substancjach: dalekich i bliskich też ;) Jemy chemię, składamy się z chemii i tak się składa, że jedyna strefa naszego życia wolna to od chemii to życie duchowe.

Czy jest to chemia szkodliwa, o tym można podyskutować, najlepiej mając jakieś dowody. Nie czepiając się już dłużej języka potocznego, w którym ,,chemia" tożsama jest z tym, co najczęściej truje lub uczula, czy też szkodzi w inny sposób. W fachowy sposób ujęlibyśmy to prawdopodobnie jako konserwanty, stabilizatory, barwniki czy aromaty.  Konserwantów i aromatu w kredce nie znajdziemy, ale barwnik i stabilizator (chroni przed blaknięciem barwnika na słońcu) już tak.
Idźmy dalej i zabierzmy się więc za to, jaki to barwnik i czy z taką pewnością możemy nazwać go nieszkodliwym.
Trudno bronić kredki, która różni się od ,,chemii" w kosmetykach tym, że ma na opakowaniu napis ,,non-toxic". Toksyczność to w uproszczeniu taka cecha związku, która polega na powodowaniu zaburzeń funkcji lub śmierci komórek żywych/organizmów po dostaniu się w ich pobliże. Związek toksyczny może dostać się do organizmu przez wdychanie, połknięcie lub przez skórę. Nie jest to jedynie potoczne określenie, ale także konkretna, mierzalna wartość. Określa się ją, podając po jakiej ilości związku (mg tajemniczej substancji / kg masy ciała) połowa osób z próby przypuszczalnie umrze. Toksyczny, to ściśle rzecz biorąc, taki, któremu wystarczy 25-200mg/kg masy ciała, a szkodliwy obejmuje substancje, których organizm zniesie trochę więcej, pomiędzy 200-2000mg/kg masy ciała. Tłumacząc to na polski, substancja, która formalnie toksyczna nie jest, może uśmiercić nas, kiedy połkniemy jej, załóżmy, lekko powyżej 10g (dla osoby ważącej 50kg). Jak więc widzimy, niekoniecznie stwierdzenie, że coś jest nietoksyczne, oznacza też, że jest korzystne dla zdrowia i nie stanowi dla niego żadnego ryzyka.
To byłby pierwszy powód, dla którego myję ręce po skończeniu działań artystycznych i nie nakładam kredek na swoją skórę (ale nie jedyny).
Warto dodać, że wymagania prawne wobec kosmetyków są znacznie ostrzejsze - dopuszcza się do użytku niewiele z substancji szkodliwych, a tym, które trafią do kosmetyku, ogranicza się (aktem prawnym) zawartość, dopasowując ją do norm, które ma spełniać żywność (!).

Dodajmy jeszcze coś: składniki kosmetyków badane są bardzo skrupulatnie pod kątem szkodliwości przez Komitet Naukowy do Spraw Bezpieczeństwa Konsumentów (SCCS). Uwzględnia się w niej np. działanie długofalowe i sceptycznie traktuje nowości. Dla kontrastu podam przykład ,,celebryty" wśród barwników - pięknego, nasyconego niebieskiego YInMn (nazwa pochodzi od itru, indu i manganu), który zsyntezowano w 2016 roku, a już w 2017 Crayola wypuści go na rynek w swoich kredkach.

Ciekawy jest też fakt, że w przypadku kosmetyków obowiązuje jawność składników, które zawiera produkt. W przypadku kredek, producent nie jest zobowiązany podać nam dokładnego INCI (przynajmniej nie w wielu krajach). Polegamy na tym, co ujawnia przy wprowadzeniu ich na rynek, pamiętajmy jednak, że opracowuje skład dla czegoś, co nie ma dłuższego kontaktu ze skórą i nie spełnia tych samych norm, jakie obowiązują dla kosmetyków. Stąd sądzę, że poznanie składu kredek aż łatwe nie będzie.
Załóżmy jednak, że nasz producent nie ma zamiaru niczego ukrywać i podał skład, był tak dobry, że przechodzimy z szyfru ,kolor-numerek" na numer CAS i na upragniony wzór chemiczny.
I tak bez większego wysiłku nie da się ,,od ręki" powiedzieć czegoś konkretnego o szkodliwości, tym bardziej komuś, kto nie ma dostępu do jakiejkolwiek naukowej bazy (czytanie artykułów naukowych dla osoby, która nie pracuje w tej branży, jest dość kosztownym hobby). Pewności nie mam, ale jakoś nie widzę, żeby tutorialowiec grzebał w sieci przez dwa dni, mając o temacie jakieś pojęcie i wiedząc, że szansa na niską szkodliwość jest niewielka. Na poparcie swojej tezy mam to, że w sumie nikt nie poleca konkretnej, bezpiecznej marki i linii kredek.

Gdyby tego było mało - jedynym dobrodziejcą, który zabierze się za sprawdzenie zgodności deklaracji kredek hulających po rynku będzie prawdopodobnie jakaś organizacja konsumencka. W przypadku kosmetyków bezpieczeństwo składu bada najpierw safety assesor, a warunki i same produkty nadzoruje się w miejscu ich wytwarzania oraz miejscu sprzedaży. Dla nas także sama dostępność informacji o składach oraz możliwości zgłoszenia działań niepożądanych są nieporównanie większe.