środa, 24 maja 2017

DLACZEGO nie moczyć hybrydy w wodzie?


 
moje skromne zbiory hybrydowe - polecam szczególnie bazę Indigo i ,,lusterko" Silcare

Czasem zdarza się, że ktoś zadaje mi ciekawe i wnikliwe pytania dotyczące kosmetyków, których nie używam/używam rzadko albo z którymi nie mam zbyt wiele do czynienia. Tak właśnie jest w przypadku lakierów hybrydowych, hybrydowych preparatów do przedłużania paznokci czy żeli.
Sama miałam je na dłoniach zaledwie kilka razy i o ile efekt potrafi być imponujący, o tyle u mnie jest też na tyle krótkotrwały, by demotywować zarówno do regularnego robienia we własnym zakresie (czas) i u profesjonalisty (pieniądze ;).
Wróćmy jednak do tematu lakierów hybrydowych i ich moczenia w wodzie. Zdarza mi się usłyszeć lub przeczytać, że można z nimi robić dosłownie wszystko i nawet nie drgną, jak i liczne ostrzeżenia przed długotrwałym kontaktem z wodą. Moje doświadczenie wskazywałoby raczej na to, że długo moczyć absolutnie nie warto, ale koleżanka spytała mnie też ostatnio: ,,a niby dlaczego?"
Spójrzmy na to z punktu widzenia chemika:

Z czego zrobiony jest lakier hybrydowy
W przeciwieństwie do klasycznych lakierów do paznokci, za tworzenie powłoki i jej trwałość odpowiadają w hybrydzie głównie akrylany i metakrylany. Przemawia za tym fakt, że są tanie oraz pięknie i szybciutko polimeryzują w UV.
W lakierze mamy trochę większych, częściowo spolimeryzowanych (tłumacząc na polski: zbitych w dłuższy łańcuch powtarzających się fragmentów) cząsteczek i trochę małych, które mogą się z nimi połączyć.
Te większe nazwalibyśmy oligomerem. W popularnym Semilacu jest to oligomer uretano-akrylanu (podobne można pooglądać sobie w TYM patencie).
Teraz czas na mniejsze. Są bardzo ważne, bo to one ,,chwytają" długie, przesuwające się łańcuchy oligomerów i tworzą z nich pod wpływem światła trójwymiarową sieć.  Szczególnie popularny jest HEMA czyli 2-hydroksyetylo metakrylan.

Co to właściwie ma do wody? 
To, że zarówno akrylany, jak i metaktylany tworzą eleganckie hydrożele o dużej zawartości wody. Materiał uzyskany w wyniku polimeryzacji HEMA na ten przykład, potrafi nagromadzić aż 38% wody. Niestety, po wciągnięciu jej, ma znacznie gorsze właściwości mechaniczne. To znaczy, gorsze, jeśli malujemy nimi paznokcie. Polimer HEMA jest bowiem dość dobrze poznany ze względu na to, że produkuje się z niego miękkie soczewki kontaktowe. Nasza ozdoba paznokcia, po wymoczeniu w wodzie staje się do nich coraz bardziej podobna: coraz miększa, coraz łatwiejsza do rozerwania, coraz bardziej giętka. Im więcej jest wody w polimerze, tym łatwiejsze przenikanie jonów, wody i gazów przez lakier.
Nie dziwi więc, że większe jest ryzyko tego, że hybryda po prostu zacznie odchodzić płatami lub wręcz się odklejać od płytki paznokcia.


A może primer? 
Jeśli chodzi o samo wiązanie samej wody, to niewłaściwy trop ;) Primer zawiera najcześciej kwas metakrylowy, który, jak się okazuje... pozwala nagromadzić jeszcze więcej wody w polimerze. Dodatek kwasu metakrylowego do polimeryzacji poprawia jednak właściwości mechaniczne wielu polimerów, więc są one, ogólnie mówiąc, bardziej wytrzymałe. Lakier leżący na nieco twardszym primerze i częściowo z nim zespojony może dłużej utrzymać się na paznokciu.
Mimo wszystko jednak, całość jest znacznie słabsza po zażyciu sporej dawki wilgoci. Przy sprzątaniu lepiej więc sięgnąć po rękawiczki, zmywarkę i innych mieszkańców naszego domu, a dłonie moczyć tylko na basenie i nad morzem. Skoro lakier odpadnie, to przynajmniej w miłych okolicznościach ;)

wtorek, 23 maja 2017

30 dni dla włosów - podsumowanie

Moim kwietniowym głównym celem stało się, jak wspominałam w poprzednim wpisie, porządne dociążenie włosów. Drugim celem, który miałam zamiar zrealizować już od jakiegoś czasu, ale bez akcji motywacja była dość słaba, było doprowadzenie do porządku skóry głowy.

Zacznijmy od skóry - problem, przyczyna i lekarstwo ;) 




Jakiś czas temu wpadł mi w ręce szampon ziaja. Zasadniczo, kosmetyki tej marki potrafią być genialne, ale straciłam do nich zaufanie po tym, jak kilka razy doświadczyłam po ich użyciu masakry na oczach i cerze W lutym udało mi się również doświadczyć masakry na głowie.
Używałam już maski i serum z serii, więc nie spodziewałam się żadnych przykrych niespodzianek, może poza tą, że szampon nie będzie moim ulubieńcem. A tu trach, koncertowy świąd i suchość skóry, a potem już tylko łojotok. Nigdy nie miałam problemów ze skórą głowy! Używałam bezkarnie szamponów ze SLES przy każdym myciu i nic, ale od czasu przygody z Ziają zaczęły się problemy. Przetłuszczanie i drobny łupież ciągnęły się za długo, stąd do akcji w kwietniu wkroczyła domowa mikstura złuszczająca i serum VisPlantis z dziegciem. Poza tym, stosowałam wcierkę, regulującą wydzielanie sebum i kojącą skórę głowy. Można powiedzieć, że się udało - skóra głowy jest zadowolona, przetłuszcza się mniej, a ja nie myję już włosów codziennie, tylko co dwa dni i myślę, że wkrótce zejdę do trzech, jak dawniej.

Mycie - ostrożnie i łagodnie
W zasadzie nie widzę dużej różnicy dla włosów pomiędzy łagodnymi, a mocnymi detergentami, może poza tym, że po łagodnych ciężej się rozczesać. Skóra głowy jednak zdecydowanie lepiej reagowała na glukozydy i cocamidopropyl betaine niż SLES, więc przez cały miesiąc skrupulatnie trzymałam się mycia szamponem bez siarczanów. Moja technika mycia to nic wymyślnego - ok. łyżeczkę szamponu rozrabiam w kubeczku z wodą i polewam skórę, a pianą traktuję włosy. Przyznam jednak, że kwiecień ciężko było mi wytrzymać i chociaż cierpliwie rozplątywałam i ostrożnie czesałam włosy po wyschnięciu, to coś jednak zostało mocno nadszarpnięte - moja cierpliwość. Włosy tęsknią za SLESem i powróci do użycia zaraz po udobruchaniu skóry głowy.

Odżywianie i dociążanie

W tym temacie niewiele się zmieniło, a lista stosowanych odżywek jest nadal aktualna. Ostatnio używam ich tylko po myciu, bo włosy lepiej wyglądają, a poza tym przed myciem mam na głowie zazwyczaj olej. W kwietniu zdecydowanie królował ten z orzechów włoskich. Bardzo lubią go moje włosy i cera.

Rewolucja: porządna suszarka z jonizacją (nareszcie!)
Wraz z koniecznością mycia włosów codziennie, a potem co półtora dnia (śmiesznie to brzmi - mam na myśli to, że myłam raz wieczorem, raz rano ;) i totalnie niewiosenną pogodą, potrzeba posiadania suszarki z zimnym, szybkim nawiewem i jonizacją okazała się olbrzymia. Zachwalany Philips z czujnikiem nawilżenia, popularne BaBylissy i Rowenta Silence albo nie odpowiadały mi do końca albo temperaturą nawiewu albo jego siłą albo ceną. Stanęło zatem na Fox Blue Eye i chociaż miałam wątpliwości jeszcze minutę przed otwarciem przesyłki, to okazało się, że jest super. Albo inaczej - ma bardzo mocny i bardzo zimny nawiew oraz jonizację, a właśnie o to mi chodziło. Jeśli szukasz suszarki, która nieelegancko powiedziawszy, ,,urywa głowę" swoim mocnym nawiewem, który jest superzimny, to bardzo ją propsuję. Raczej nie będę kusić się na pełną recenzję, ale dodam, że jest solidna, raczej ciężka i suszy szybciutko.



Podsumowanie

Skóra powraca do normy, więc wcierka i łagodny szampon zostają. Z serum rezygnuję, kończy mi się opakowanie, a nie potrzebuję go już tak bardzo. W maju wkroczę z szamponem ze SLESem (jak zawsze rozcieńczonym).
Jeśli chodzi o pielęgnację włosów, zaczynam dojrzewać do tego, że olej musi być co mycie, a Kallosy czy inne formuły oparte na kondycjonerach, bez dużej ilości aktywnych składników po prostu nie są dla mnie.
Z suszarki natomiast jestem stuprocentowo zadowolona. Włosy wyglądają o niebo lepiej niż po wysuszeniu wysłużonym Philipsem Salon Dry.

Na koniec przypomnę tylko, że przepisy na peeling i wcierkę są tutaj.

czwartek, 18 maja 2017

Mój ulubiony sposób na oczyszczanie twarzy: krem-żel olejkowy



Mam cerę mieszaną. Młodą i trądzikową bym jej już nie nazwała (chociaż drobne niespodzianki od czasu do czasu się zdarzą), ale dojrzałą jeszcze też nie ;) Bywają okresy czasu, że jest totalnie bezproblemowa i zmierza w stronę skóry normalnej. Bywa za to, że strefa T niemiłosiernie świeci, pory są zapchane po wszystkim, a suche policzki szczypią, kiedy nakładam na nie jakikolwiek krem.
Ostatnio, całe szczęście, są te dni dobrej passy. Zwykle udaje się ją dość długo utrzymać, kiedy stosuję głównie samodzielnie zrobione kosmetyki lub wybieram te gotowe przygotowane na bazie olejków. Mimo to nie stosuję klasycznej metody OCM do oczyszczania twarzy. Powody są dwa: jeden to niewygoda, a drugiemu na imię ,,makijaż".

Jak używać olejków, by łatwo i szybko móc zmyć je wodą? 
Zmieszać je z detergentem. Można użyć czystego, kupionego w sklepie z półproduktami (łatwiej trafić na łagodny), skorzystać z gotowego, pieniącego się żelu albo od razu wybrać olejkowy krem w sklepie.
Atutem takiego kremu jest to, że można być twarz tak prosto jak klasycznym żelem (po prostu nakładam na zwilżoną cerę, masuję i spłukuję wodą), ale jakość oczyszczenia jest nieporównywalna. Zwężone pory, mniej niespodzianek, mniej przesuszenia w suchych partiach cery. Bez szmatek i ściereczek. Ostatnio lubię go bardziej niż domowe mydło.

Mój ulubiony gotowiec to krem Organic Surge. W składzie ma sporo masła shea i jest bardzo gęsty i kremowy, ale oczyszcza wspaniale. Jedyny minus to zapach - geranium :/


Ale przygotowanie kremu olejkowego z żelem też jest banalnie proste, a efekty jeszcze lepsze, bo można dodać najbardziej lubiany przez cerę olej. Jak widać, po prostu miesza się olej z żelem w proporcjach pół na pół. Zależnie od tego, jakiego żelu użyjemy, konsystencja może być doskonale jednolita i kremowa albo tworzyć lekkie ,,kłaczki", ale nawet wtedy nie rozdziela się ponownie na olejek i żel.


Kiedy używamy czystego detergentu, można go dodać trochę mniej, powinien stanowić 1/4 mieszaniny (czyli np. 1 łyżka coco glucoside i 3 łyżki oleju).



A jak jest u Was? Najczęściej używacie mydła, oleju, czy płynu micelarnego? A może oczyszczacie Twarz jeszcze inaczej?

poniedziałek, 15 maja 2017

Mikstura peelingująca do skóry głowy i normalizująca wcierka

Nigdy nie miałam olbrzymich problemów ze skórą głowy, ale jeden z użytych jeszcze zimą kosmetyków sprezentował mi podrażnienie, lekki łupież i łojotok. Czekałam trochę czasu w nadziei, że samo przejdzie, ale w kwietniu postanowiłam zakasać rękawy i coś zrobić.

Peeling do skóry głowy

Sporo można poczytać w blogosferze o Cerkogelu. Przyznaję bez bicia, że to on był główną inspiracją do umieszania płynu peelingującego - ma bowiem w składzie 30% mocznika jako głównej substancji złuszczającej (przypominam, że w niewielkich stężeniach mocznik głównie nawilża, natomiast w dużych skutecznie usuwa martwy naskórek). O Cerkogel kiedyś się pokuszę, ale na test tego stężenia wolałam przygotować płyn. Sprawa jest banalnie prosta, nie trzeba go nawet konserwować.

Potrzebujemy:
- 30g mocznika (białe kryształki)
- 70g wody

Mocznik rozpuszczamy w wodzie, przelewamy do butelki, naciągamy kilka ml do strzykawki i smarujemy skórę głowy. Posiadaczkom cienkich, bardzo wrażliwych włosów, lub takich, które po prostu są suche lub zniszczone, polecam uważać, by płyn znalazł się tylko na skórze. Wszystkie substancje, które działają keratolitycznie na martwe komórki naskórka, mogą trochę naruszyć same włosy. Na pocieszenie dodam jednak, że moje może tylko odrobinkę się zmatowiły i uniosły przy nasadzie, ale nadal są miękkie i (o co bałam się niesamowicie) dalej są na głowie. Częste używanie i brak uwagi mogłyby trochę je podniszczyć, ale sądzę, że włosy o średniej porowatości już by tego wcale nie odczuły.

Wcierka normalizująca

Wychodzę z założenia, że skóra, której nie brak nawilżenia i której bariera hydrolipidowa nie jest naruszona, jest skórą szczęśliwą i mniej problematyczną. Dlatego pierwsze i najważniejsze to nawilżenie - stąd kwas mlekowy. Do tego odświeżająca i przyspieszająca porost mięta. I łagodząca podrażnienia oraz również przyspieszająca wzrost włosów witamina B3. Nie konserwowałam wcierki i trzymałam ją w lodówce. Wytrzymuje w ten sposób spokojnie tydzień.



Przygotowanie jest również bardzo proste. Miętę (duża ilość) zalewamy wrzątkiem, ubijając łyżką. Swoją porcję przygotowywałam w filiżance o pojemności 100ml, z czego wychodziło mi ok. 40ml miętowego naparu. Do tego płaska łyżeczka witaminy B3 i pół łyżeczki kwasu mlekowego. Mieszamy i gotowe. Używałam jej 2 razy dziennie, aplikując za pomocą strzykawki i wcierając palcami w skórę głowy aż do wyschnięcia. Włosy schną mi szybko, więc bez wielkiego poświęcenia, uzyskałam przy okazji w ten sposób lekkie usztywnienie i uniesienie, chociaż gdybym pozostawiła nasadę mokrą, włosy raczej by ,,siadły".
Muszę przyznać, że wcierka bardzo, bardzo przypadła mojej skórze do gustu. Uspokoiła się, podrażnienie minęło, a po regularnym miesiącu ograniczyła przetłuszczanie. Żałuję tylko, że zapomniałam zmierzyć włosy albo chociaż cyknąć ich zdjęcie do porównania.

piątek, 12 maja 2017

Subiektywnie - jakich tutoriali unikam

Tekst będzie długi - i zdaję sobie sprawę, że dość ciężki. Myślę jednak, że przy dobrej herbacie da się dotrwać do końca i stać się albo bardziej świadomym producentem kosmetyków w skali mikro albo po prostu bardziej świadomym konsumentem.

Ogółem lubię DIY i zakręcone pomysły osób robiących tutoriale.
Wiecie, płatki na zaskórniki z żelatyny, mieszanie hybrydy i zwykłego lakieru i setki rzeczy, które ktoś wypróbował i pokazał, żeby inni wiedzieli, że jest taka możliwość. Nie, nie mówię teraz, że wszystko to czyste złoto, tylko, że wiele z nich coś przydatnego podpowiada.
Ale czy tylko ja mam wrażenie, że po sieci krąży też mnóstwo bullshitu, na który pomysłów lepiej nie zapożyczać? I wcale nie chodzi tu o zdjęcia robione kalkulatorem albo kiepski efekt końcowy. Być może gdybym była radykalną estetką zwróciłabym uwagę właśnie na to. Mnie jednak razi dramatyczna niewiedza, która dotyczy konsekwencji użycia... no właśnie...czego?

Przemyśl dwa razy, czego używa autor tutorialu
Zapominanie, że artykuł papierniczy, artystyczny czy chemia gospodarcza nie są surowicem kosmetycznym, to moim zdaniem błąd dyskwalifikujący tutorial. Rzekomo ma być taniej i lepiej dla zainteresowanego (i całej Ziemi przy okazji), bo nie wyrzuca, a używa. Jednak, jest pewien truizm: wykorzystać te rzeczy można niekoniecznie do skóry.
Ostatnio wpadłam na przepis użycia kredki świecowej do balsamu do ust i kleju opartego na poli(alkoholu winylowym) w roli maseczki. Sporo osób lubuje się także w barwieniu kredkami np. mydła czy kul kąpielowych. Cóż w tym takiego zdrożnego? Prześledźmy opcję: kredka w kosmetyku.



Dlaczego nie barwić mydła/kul/balsamów kredkami?

Zastanówmy się, czy bloger/jutuber ma wiarygodną listę składników, z których kredka się składa? Niestety, śmiało idę o zakład (o bardzo dobre piwo albo i najnowszą paletkę TooFaced), że osoby odpowiedzialne za ten dość popularny tutorial i jego klony, nie mają o tym zielonego pojęcia. Podobnie, jak bardzo mgliste o prawie w swoim kraju i w kraju, w którym wyprodukowano kredkę. Uargumentuję pokrótce, skąd wziął się mój tok myślenia.

Pisacz tutorialu oznajmia nam z patosem godnym obrońcy świata, że w kosmetykach jest mnóstwo szkodliwej chemii, a tanio, prosto i bezpiecznie możemy użyć kredki, która w przeciwieństwie do ,,chemii", jest nietoksyczna (przecież napisano to na opakowaniu, a tak wgl. to te kredki są dla dzieci, więc szkodliwe być nie mogą).
Zajmijmy się ,,chemią". W kosmetykach, jak rzecze statystyczny użytkownik sieci, mnóstwo jest dziś ,,chemii", włączając pomadki do ust. Z tym się zgadzam, chemia jest wszędzie, bo jest to nauka o substancjach: dalekich i bliskich też ;) Jemy chemię, składamy się z chemii i tak się składa, że jedyna strefa naszego życia wolna to od chemii to życie duchowe.

Czy jest to chemia szkodliwa, o tym można podyskutować, najlepiej mając jakieś dowody. Nie czepiając się już dłużej języka potocznego, w którym ,,chemia" tożsama jest z tym, co najczęściej truje lub uczula, czy też szkodzi w inny sposób. W fachowy sposób ujęlibyśmy to prawdopodobnie jako konserwanty, stabilizatory, barwniki czy aromaty.  Konserwantów i aromatu w kredce nie znajdziemy, ale barwnik i stabilizator (chroni przed blaknięciem barwnika na słońcu) już tak.
Idźmy dalej i zabierzmy się więc za to, jaki to barwnik i czy z taką pewnością możemy nazwać go nieszkodliwym.
Trudno bronić kredki, która różni się od ,,chemii" w kosmetykach tym, że ma na opakowaniu napis ,,non-toxic". Toksyczność to w uproszczeniu taka cecha związku, która polega na powodowaniu zaburzeń funkcji lub śmierci komórek żywych/organizmów po dostaniu się w ich pobliże. Związek toksyczny może dostać się do organizmu przez wdychanie, połknięcie lub przez skórę. Nie jest to jedynie potoczne określenie, ale także konkretna, mierzalna wartość. Określa się ją, podając po jakiej ilości związku (mg tajemniczej substancji / kg masy ciała) połowa osób z próby przypuszczalnie umrze. Toksyczny, to ściśle rzecz biorąc, taki, któremu wystarczy 25-200mg/kg masy ciała, a szkodliwy obejmuje substancje, których organizm zniesie trochę więcej, pomiędzy 200-2000mg/kg masy ciała. Tłumacząc to na polski, substancja, która formalnie toksyczna nie jest, może uśmiercić nas, kiedy połkniemy jej, załóżmy, lekko powyżej 10g (dla osoby ważącej 50kg). Jak więc widzimy, niekoniecznie stwierdzenie, że coś jest nietoksyczne, oznacza też, że jest korzystne dla zdrowia i nie stanowi dla niego żadnego ryzyka.
To byłby pierwszy powód, dla którego myję ręce po skończeniu działań artystycznych i nie nakładam kredek na swoją skórę (ale nie jedyny).
Warto dodać, że wymagania prawne wobec kosmetyków są znacznie ostrzejsze - dopuszcza się do użytku niewiele z substancji szkodliwych, a tym, które trafią do kosmetyku, ogranicza się (aktem prawnym) zawartość, dopasowując ją do norm, które ma spełniać żywność (!).

Dodajmy jeszcze coś: składniki kosmetyków badane są bardzo skrupulatnie pod kątem szkodliwości przez Komitet Naukowy do Spraw Bezpieczeństwa Konsumentów (SCCS). Uwzględnia się w niej np. działanie długofalowe i sceptycznie traktuje nowości. Dla kontrastu podam przykład ,,celebryty" wśród barwników - pięknego, nasyconego niebieskiego YInMn (nazwa pochodzi od itru, indu i manganu), który zsyntezowano w 2016 roku, a już w 2017 Crayola wypuści go na rynek w swoich kredkach.

Ciekawy jest też fakt, że w przypadku kosmetyków obowiązuje jawność składników, które zawiera produkt. W przypadku kredek, producent nie jest zobowiązany podać nam dokładnego INCI (przynajmniej nie w wielu krajach). Polegamy na tym, co ujawnia przy wprowadzeniu ich na rynek, pamiętajmy jednak, że opracowuje skład dla czegoś, co nie ma dłuższego kontaktu ze skórą i nie spełnia tych samych norm, jakie obowiązują dla kosmetyków. Stąd sądzę, że poznanie składu kredek aż łatwe nie będzie.
Załóżmy jednak, że nasz producent nie ma zamiaru niczego ukrywać i podał skład, był tak dobry, że przechodzimy z szyfru ,kolor-numerek" na numer CAS i na upragniony wzór chemiczny.
I tak bez większego wysiłku nie da się ,,od ręki" powiedzieć czegoś konkretnego o szkodliwości, tym bardziej komuś, kto nie ma dostępu do jakiejkolwiek naukowej bazy (czytanie artykułów naukowych dla osoby, która nie pracuje w tej branży, jest dość kosztownym hobby). Pewności nie mam, ale jakoś nie widzę, żeby tutorialowiec grzebał w sieci przez dwa dni, mając o temacie jakieś pojęcie i wiedząc, że szansa na niską szkodliwość jest niewielka. Na poparcie swojej tezy mam to, że w sumie nikt nie poleca konkretnej, bezpiecznej marki i linii kredek.

Gdyby tego było mało - jedynym dobrodziejcą, który zabierze się za sprawdzenie zgodności deklaracji kredek hulających po rynku będzie prawdopodobnie jakaś organizacja konsumencka. W przypadku kosmetyków bezpieczeństwo składu bada najpierw safety assesor, a warunki i same produkty nadzoruje się w miejscu ich wytwarzania oraz miejscu sprzedaży. Dla nas także sama dostępność informacji o składach oraz możliwości zgłoszenia działań niepożądanych są nieporównanie większe.






piątek, 5 maja 2017

Czy domowe sposoby działają? CYNAMON


Cynamonowi przypisuje się naprawdę sporo. Według popularnych stron możemy zwalczyć nim cellulit, przyspieszyć wzrost włosów oraz pokonać trądzik. Ale sami wiemy, ile ,,dobroci" można się tam czasem naczytać ;) Co na temat cynamonu mówią publikacje naukowe?

Po pierwsze, antybakteryjny i przeciwgrzybiczy
Warto wiedzieć, że kora cynamonu zawiera sporo olejku oraz żywic. Olejek to kompozycja 13 związków, natomiast w żywicach znajdziemy ich już sporo więcej, ale tak w jednym, jak i drugim przypadku w przewadze mamy aldehyd cynamonowy. Związek wygląda tak:

Aldehyd cynamonowy [Wikipedia]


i odpowiada za sporą cześć przeciwgrzybiczch właściwości cynamonu. Ma na tyle dużą aktywność, a przy tym niską toksyczność, że stosuje się go nawet przy uprawach jako fungicyd.
W przypadku trądziku, bardziej niż zdolność do wybijania grzybów, ciekawiłaby nas aktywność przeciwbakteryjna. Jak się okazuje, zarówno olejek, jak i żywice kory (szczególnie żywice) są pogromcami bakterii, będąc bardziej aktywne np. od amplicyliny. Oczywiście, sama przyprawa, czyli sproszkowana kora aż tak silnego działania nie wykazuje, ale warto wspomnieć, że zawartość aktywnych żywic w korze sięga ok. 7-10%, a olejku ok. 2,5%. To całkiem dużo, ładując więc cynamon na twarz, możemy śmiało liczyć na zdziesiątkowanie bakterii.
Warto wiedzieć, że wśród związków o działaniu dezynfekującym, w cynamonie obecny jest także kwas salicylowy, który może być sprzymierzeńcem w walce z trądzikiem, ponieważ dodatkowo działa keratolitycznie, czyli lekko złuszcza martwy naskórek.

Po drugie, moc przeciwutleniaczy
Przyprawy są bogate na ogół nie tylko w aromat, ale także w związki o działaniu przeciwutleniającym (genialne połączenie - dodając jedzeniu smaku, przedłużamy zarazem jego czas przydatności do spożycia). Cynamon ma całkiem sporą zawartość przeciwutleniaczy, na poziomie 77mmol/100g, a w badaniach wybranych 27 przypraw zajął zaszczytne 4 miejsce. Czyni to z niego z ciekawy suplement (ale bez przesady, w nadmiarze zdrowiu nie posłuży), pozwalający zachować organizm, więc i skórę w dobrym stanie przez dłuższy czas, jak również materiał na maseczki anti-age. Co ciekawe, antyoksydacyjną aktywność wykazują nie tylko pieczołowicie przygotowane wyciągi czy olejek, ale również sama sproszkowana przyprawa.

Przeciwzapalny...
Cynamon może ciekawić posiadaczy cery trądzikowej z jeszcze jednego powodu - w różnych kulturach stosuje się go przeciwzapalnie, więc mógłby w ten sposób zadziałać również wobec zapalnych, czerwonych zmian na skórze.

...i szalenie podrażniający
Nie sposób jednak wobec tych wszystkich bonusów nie zauważyć sporej wady. ,,Szalenie" to może lekka przesada, ale zważywszy na to, że mówimy o twarzy, wypadałoby wspomnieć, że cynamon podrażnia. Aldehyd cynamonowy stwarza spore ryzyko podrażnienia dla naszych tkanek - na tyle, że wspomina się o nim w arkuszach bezpieczeństwa. Osoby pracujące w sortowniach lub paczkarniach przypraw i mające do czynienia z cynamonem, doświadczały alergii i podrażnień już od dawna - między innymi stąd ciemne strony działania cynamonu są tak dobrze znane. Wrażliwym cerom raczej nie sposób go polecać, podobnie jak podrażnionej i problematycznej skórze głowy.

Co z tym cellulitem?
Wydaje się, że to już raczej miejska legenda niż coś, co wynika z wiedzy (choćby tradycyjnej, zielarskiej). Z pewnością cynamon rozgrzewa i pobudza krążenie. Być może dzięki temu inne składniki, które się z nim łączy (np. kawa) mogą działać skuteczniej?

A z przyspieszeniem wzrostu włosów?
Co do przyspieszenia wzrostu, trzeba zaznaczyć, że ma cynamon trochę tych terpenów, terpenoidów i innych osobliwości... Żadnych konkretnych badań nie udało mi się nigdy wyszukać, chociaż jestem w stanie uwierzyć, że to może działać. Za to z pewnością nie zaszkodzi dodać cynamonu do maski lub przygotować płukankę. Zawartość polisacharydów, w tym tworzących śluzy, sprawia, że włosy są nawilżone i pokryte cienką warstwą zapobiegającą odparowaniu naturalnej wilgoci. Czyli innymi słowy: miękkie, gładkie, lśniące. Cynamonowa płukankę robiłam nie raz i efekt jest podobny do np. płukanki z lnu.

Podsumowując: 
Ciekawy przypadek z tego cynamonu. Tak wewnętrznie, jak i zewnętrznie stosowany ma potencjał, ale może działać odwrotnie niż sobie tego życzymy.


Ciekawostka: do czego cynamon pasuje najlepiej? 
Do miodu :) I bynajmniej, nie mam na myśli gustu kulinarnego: okazuje się, że razem skuteczniej zwalczają bakterie.

czwartek, 27 kwietnia 2017

Co zrobić z przeterminowaną szminką lub cieniem? Przepis na kolorowe świeczki

O ile zdarza mi się użyć przeterminowanych perfum, które wieki temu wyszły z produkcji i których zapach przywraca wspomnienia, o tyle stosowaniu przeterminowanej kolorówki czy pielęgnacji mówię stanowcze nie. Wiadomo, że ilu ludzi, tyle opinii, ale mnie osobiście do takich rzeczy jest w stanie przekonać tylko spektrometr;)
Wyjście kolorówki z terminu naprawdę rzadko mi się zdarza. Używam maksymalnie dwóch produktów z jednej grupy (najczęściej 1 na dzień i 1 na wieczór), lubię używać kosmetyków niezgodnie z przeznaczeniem (np. rozświetlacz jest też dla mnie cieniem do powiek i pyłkiem na paznokcie) i przede wszystkim nie gromadzę ich wiele. Mimo wszystko ostatnio zorientowałam się, że mam pomadkę, która nie powinna już lądować na ustach. Co zrobić z takim gagatkiem? Poniżej przedstawiam banalnie prosty, szybki i efektowny sposób na wykorzystanie go w domu.

Kolorowe świeczki - co jest potrzebne:
-biała świeca/wosk
-knot (ja wyciągnęłam je razem z metalową bazą z podgrzewaczy, łamiąc je na pół i znów na pół)
-silikonowa/plastikowa foremka (może być np. taka do ciastek)
-kosmetyki kolorowe, które za długo zalegają w zbiorach
-naczynko do stopienia całości (metalowy kubek lub szklana zlewka, które można postawić na palnik lub np. ramekin albo foremka do wsadzenia do piekarnika)
-coś do mieszania (łyżeczka, bagietka lub patyczek)

Przygotowanie:
Świeczkę kroimy lub łamiemy na kawałki i wsadzamy do zlewki (lub tego, czym dysponujemy ;). To samo robimy ze szminką. Kawałeczki nie muszą być bardzo drobne, ale pamiętajmy, że im drobniejsze, tym sprawniej i szybciej się stopią. Jeżeli mamy naczynko, które może powędrować do piekarnika, nastawiamy temperaturę na 100 stopni i patrzymy, kiedy składniki się stopią. Jeżeli wybieramy palnik kuchenki gazowej, ogrzewając, przez cały czas mieszamy.


Przygotowujemy także foremki. Silikonowych nie trzeba niczym smarować, plastikowe radzę leciutko pomiziać silikonową bazą pod makijaż lub serum do włosów, żeby łatwiej było wyjąć świecę.



Kiedy nasza mieszanka się stopi, jeszcze przed wlaniem całości, wylewamy na środek każdej foremki kropelkę wosku i kiedy zastyga mocujemy knot (nie będzie wówczas pływał po powierzchni masy). Później wlewamy resztę, do takiej wysokości, żeby przynajmniej centymetr knota wystawał ponad świeczkę.


Czekamy aż wystygną i stwardnieją (w tym ostatnim można wspomóc się zamrażarką). Następnie delikatnie wyciskamy świeczki. Gotowe!



Bardzo ładnie wychodzą też z perłowymi drobinkami, chociaż dodając cień, róż lub rozświetlacz, musimy zwrócić uwagę na kilka rzeczy. Pomieszajmy odrobinę dłużej, przy wlewaniu poczekajmy, aż wosk zacznie choć trochę gęstnieć i przyspieszmy krzepnięcie wstawiając całość do zamrażarki. Wówczas lśniące drobinki będą równo rozmieszczone.