środa, 15 marca 2017

Dlaczego cukier, miód i skrobia nawilżają skórę?

Zastanawialiście się kiedyś, czemu babcine sposoby pielęgnacji urody zalecają dodać do maseczki miód lub skrobię?

Odkrycie pewnej słodkiej tajemnicy cukrów
Cukry należą do tzw. humektantów, czyli nawilżaczy. Większość składników nawilżających skórę ma to w swojej naturze dzięki budowie cząsteczki. Utarło się mówić, że przeciwieństwa się przyciągają. Jest to oczywiście szczera prawda, ale co do wzajemnej ,,sympatii" cząsteczek istnieje take inne określenie - podobne rozpuszcza się w podobnym. Oba powiedzonka się nie wykluczają, co więcej, uzupełniają się i pozwalają zrozumieć czemu cukier może nawilżać skórę.

Słabość do wody
Niektóre substancje po prostu lubią wciągać wodę z otoczenia, zbijając się w grudki, inne tworzą wolno wysychające żele. W przypadku soli nieorganicznych przyczyną tego zjawiska najczęściej jest to, że potrafią wiązać się z wodą z powietrza w kompleksy nazywane hydratami.  W związkach organicznych, jakimi są np. cukry odpowiadają za to tzw. wiązania wodorowe. Wiązanie wodorowe łączy sąsiadujące cząsteczki i polega na tym, że dodatnio ładujące się elementy cząsteczki ustawiają się obok fragmentów ładujących się ujemnie. Tym ujemnym fragmentem u cukrów (i wody również), są atomy tlenu, który lubi przywłaszczać sobie elektrony sąsiada, natomiast elektrododatnim - atomy wodoru. Trochę jak z zabawkami u rodzeństwa - niby wspólne, ale zawsze jakby trochę bardziej należą do tego silniejszego ;)
Jeżeli zaczęlibyśmy analizować zdolności cukrów do zatrzymywania wody w naskórku, to po zerknięciu na wzór glukozy (główny składnik miodu) widzimy takich tlenów i wodorów dużo:



glukoza według Wikipedii (po lewej) i mojej czteroletniej córeczki (po prawej)
znajdźcie podobieństwa i różnice ;)

Z wodą wygląda to w sposób pokazany poniżej:


wiązania wodorowe są zaznaczone żółtą, postrzępioną linią

 a że wiązania wodorowe (mimo, że nie są wiązaniem chemicznym, a oddziaływaniem fizycznym) są silne, to mamy do czynienia ze względnie trwałym wciąganiem wody i wprowadzaniem w naskórek. Teraz już tylko ochronić wprowadzoną wodę przed wyparowaniem (w przeciwnym razie miodek wyciągnie wodę z głębszych warstw naskórka, co odczujemy jako nieprzyjemne ściągnięcie) i mamy przepis na... nawilżoną cerę. Aha, jak to w przepisie, warto z cukrem nie przesadzić. Prawdopodobnie każda osoba o wrażliwej cerze zna to uczucie, kiedy nakłada krem nawilżający, a skóra niemiłosiernie szczypie. Nadmiar substancji nawilżających, paradoksalnie, nie tylko nie nawilży (bo wyciągnie wodę z głębszych warstw skóry), ale tez naruszy barierę hydrolipidową, co rzadko wychodzi na zdrowie. 

Co z cukrem i skrobią?
Kiedy przyjrzymy się budowie sacharozy i skrobii, również zobaczymy charakterystyczne pierścienie ,,obładowane" grupami -OH. Wniosek? 
Kiedy uważasz, że maska do włosów działa kiepsko, a maseczka do twarzy też się nie sprawdza, parę kryształków cukru lub szczypta skrobi także pomoże. 

sacharoza, czyli cukier kuchenny [Wikipedia]



amyloza, jedna ze struktur w skrobi [Wikipedia]



amylopektyna, jedna ze struktur w skrobi [Wikipedia]


Każdy z tych związków ma oczywiście inne właściwości, ponieważ różnią np. się rozmiarami cząsteczki, a przez to także rozpuszczalnością w wodzie. Zasadniczo sacharoza jeszcze częściowo wniknie w naskórek, ale skrobia już utworzy na jej powierzchni hydrolifilową warstewkę.

Ciekawostka:
Zobaczcie, jak wygląda kwas hialuronowy - trochę przypomina słodkich krewniaków, prawda?











czwartek, 16 lutego 2017

Co oznacza pojęcie ,,oleje schnące"?

Jestem fanką olejów - i kosmetyczne i spożywcze upływają mi tak szybko, jak czas ;)
Do mojej ulubionej grupy należą oleje schnące: kocha je cera (a przynajmniej jej tłusta część), włosy i samopoczucie.



Skąd w zasadzie wzięła się nazwa ,,oleje schnące"? 
Spieszę z wyjaśnieniem.
Myślę, że nazwa ,,oleje schnące" może być nieco myląca. Nie chodzi o coś takiego jak tzw. suchy olejek (dry oil). Różnicę wyczuje tu przede wszystkim cera. Dry oil to umowne określenie kosmetyku o konsystencji olejku, który aż tak wiele naturalnych olejków z definicji zawierać nie musi.
Olej schnący to po prostu olej zawierający kwasy tłuszczowe o nienasyconych wiązaniach między atomami węgla.


kwas linolowy [źródło Wikipedia]

Schnięcie to właściwie z punktu widzenia konsumenta wcierającego lub konsumującego sygnał, że olej się podpsuł lub zaczyna psuć. Objawia się w ten sposób, że zamiast tłustej plamy, olej pozostawia twardą, a w każdym razie stałą warstewkę, która wygląda, jakby zaschnął.
Dzięki obecności wiązań podwójnych, tłuszcz zbudowany z reszt kwasów nienasyconych zawiera fragmenty, które chętnie wchodzą w reakcje chemiczne. Najpierw cząsteczka tłuszczu/kwasu tłuszczowego zmienia się w rodnik, a następnie kilka takich cząsteczek reaguje tworząc związki o większej masie cząsteczkowej, które nie są już płynne*. Mamy więc do czynienia z grubsza z czymś takim, jak produkcja polimeru katalizowana przez światło. Najlepiej o oleju schnącym świadczy to, że  najszybciej się psuje i butelka robi się lepka wokół korka i trudno ją umyć ;) Oczywiście nie ma co się obawiać, że coś podobnego zdarzy się na skórze - oleje schnące zdecydowanie ograniczają blokowanie porów skóry.
Do wspomnianej grupy należy np. olej lniany, z dzikiej róży, z konopi, maku orzechów włoskich czy kukurydzy.

Dla dociekliwych: przypuszcza się, że tworzenie najpierw następuje wolnorodnikowy atak na reaktywne allilowe atomy wodoru, wolnorodnikową reakcję polimeryzacji łańcuchowej, a następnie poprzeczne sieciowanie za pomocą mostków tlenowych, trochę podobne do sieciowania kauczuku siarką. Oczywiście, wszystko to jest wersją przybliżoną, bo nie do końca poznano przemiany, które tam zachodzą. [źródło: Morrison, Boyd, Chemia Organiczna 2, str. 280)




piątek, 3 lutego 2017

Czy maseczka w płachcie jest lepsza od zwykłej? Czy maseczka hydrożelowa działa skuteczniej?

Popularność ,,maseczkowych" filmów na YouTube w poprzednim roku zadziwia. Testy Glamglow albo maski magnetycznej - całkiem do zrozumienia, ale żeby nakładać na twarz klej z poli(alkoholu winylowego) w imię usunięcia zaskórników? Z drugiej strony, co kto lubi, istnieją wszakże skóry niewrażliwe i pancerne ;) 
Moją uwagę przykuła jednak znacznie większa niż kilka lat temu popularność maseczek - płacht materiału i maseczek hydrożelowych. Są właściwie wszędzie, a sporo osób pyta mnie o to:

Czy maseczka na płachcie materiału lub hydrożelowy płat są skuteczniejsze od zwykłej, nakładanej na twarz? 
Na to pytanie, jak domyśla się bardziej otrzaskany w temacie składów konsument, nie ma jednoznaczniej odpowiedzi. Maseczka na płachcie materiału to nic innego jak po prostu okład, chociaż można go zwać na różne sposoby.

Jest przypadek, kiedy wilgotny okład, szczególnie taki, który długo utrzymuje wilgoć, ma większy sens od zwykłej maseczki. Jest tak wówczas, kiedy chcemy dać głębszym warstwom naskórka substancje nie rozpuszczające się w tłuszczach np. niektóre przeciwutleniacze rozpuszczalne w wodzie (jak antocyjany lub polifenole). Zwykle warstwa rogowa naskórka jest dla nich barierą nie do pokonania. 
Materiał w okładzie ma za zadanie jak najdłużej zatrzymać wilgoć i ciepło, przydatne, kiedy chcemy zwiększyć przepuszczalność wierzchniej warstwy naskórka. Dzieje się tak ze względu na to, że martwe komórki warstwy rogowej, jak na komórki zbudowane z białek przystało, pęcznieją pod wpływem długotrwałego działania wody i w strukturze warstwy rogowej powstaje pewne ,,zamieszanie". Bariera naskórka wzbogaca się nie tylko w wodę, ale przy okazji w pożądane przez nas, substancje aktywne. Podobnie jest z hydrożelem - bardzo długo utrzymuje wilgoć, pod której dłuższym wpływem naskórek robi się bardziej przepuszczalny, szczególnie, kiedy w składzie maski znajdzie się też np. glikol propylenowy lub alkohol. Także - jeśli wysoko w składzie mamy ekstrakt z wina, kawy, nagietka lub zielonej herbaty - można używać życia, maska-okład to dla nich świetna forma stosowania w domowym zaciszu. Zwróćmy przy okazji uwagę na zestaw konserwantów i wybierzmy maseczkę, którą jest w stanie zaakceptować nasz rozsądek - okład zwiększa też przenikalność niepożądanych składników.
Bardzo fajnie w maskach hydrożelowych działa kwas hialuronowy czy kolagen- już niewielkie stężenie, razem z woda dokładnie zwilżającą naskórek, cudownie wygładza skórę. Wprawdzie kwas i kolagen świetnie wygładzają także w zwykłych warunkach, kiedy na przenikanie nie ma szans, jednak jeśli tylko dostaną się odrobinę głębiej (z akcentem na ,,odrobinę" ;), efekt jest znacznie bardziej spektakularny.

Myślę jednak, że są też substancje czynne, które sprawdzą się tak samo lub lepiej w klasycznej maseczce nakładanej na twarz i spłukiwanej wodą. Lepiej nie pokładać nadziei w doskonalszym działaniu masek hydrożelowych i płatów, w których substancjami czynnymi mają być:
- oleje np. słonecznikowy lub masło shea - w zwykłej maseczce, zadziałają tak samo
- glinki - do uzyskania oczekiwanego efektu wystarczy im sama woda, ponieważ najwięcej dobrego robią w ujściu gruczołu łojowego
- pantenol - i bez specjalnego wspomagania ma dobrą przenikalność
- gliceryna - jest jednym z nielicznych składników, które również radzą sobie z barierą naskórka




niedziela, 22 stycznia 2017

Jak zrobić balsam ochronno-regenerujący do ust - przepis

Pomadki do ust, to zaraz po kremach do rąk, kosmetyki, który oceniam najsurowiej. Szczerze powiedziawszy niewiele produktów jest w stanie mnie zadowolić: a to nie chronią, a to nie regenerują, a to zużywają się w ekspresowym tempie... Mam dość suche usta, bo ciągle używam intensywnej szminki, a do tego sporo mówię, co pomaga pomadkom się ścierać, a ustom - przesuszać ;) Na domiar złego, wcale nie mam zamiaru testować nowości, szczególnie ze względu na zapach - nienawidzę mdłych aromatów, które pałętają się dosłownie pod samym nosem.

Przedstawiam swoją ulubioną pomadkę, czy raczej balsam, który stosuję szczególnie w trakcie zimy. Nie jest może idealny, ale za to skutecznie regeneruje, doskonale zatrzymuje nawilżenie i prawie nie pachnie. Potrzebne są tylko dwa składniki:

Lanolina - myślę, że sformułowanie, że to najlepsze, co można wziąć z owcy jest trochę na wyrost (szczególnie jeśli używa go wieczny zmarzlak i miłośnik wełnianych swetrów ;), ale lanolina to jedna z najtrudniejszych do pokonania barier, jaką można umieścić na skórze. Jeśli coś nie dopuszcza do zmoczenia owczego futerka i nie pozwala zimnemu deszczowi ziębić skóry owieczki, to równie dobrze ochroni skórę przed utratą wilgoci do powietrza. Świetne właściwości lanolina zawdzięcza temu, że jest czymś więcej niż tłuszczem. Zawiera jedne z obecnie najbardziej niedocenianych, a zgodnych ze skórą (są składnikiem błony komórkowej każdej komórki człowieka) i skutecznych substancji:
Sterol [Wikipedia]

Głównym sterolem lanoliny jest, jak podpowiada nazwa, lanosterol, któremu zawdzięcza niezwykłe zdolności ochronne i zdolność do tworzenia emulsji typu W/O (woda w oleju).
Stosuję ją na ręce, usta i pod oczy zupełnie solo, ale tylko na noc. Kto miał do czynienia z lanoliną, z pewnością wie czemu - jest niesamowicie lepka. Ale balsam nie będzie się lepił, bo mamy jeszcze drugi składnik, który utrudni lanolinie tworzenie

Masło shea - zawiera głównie tłuszcze będące triglicerydami kwasu oleinowego i stearynowego, chociaż miewa naprawdę zmienny skład. Ze względu na stały stan skupienia dobrze ,,trzyma się" ust, szczególnie na mrozie. Dzięki niemu balsam nie będzie się kleić.

Przygotowanie będzie bajecznie proste. Oprócz składników przyda się gorąca woda, miseczka, coś do mieszania i mały metalowy kubeczek lub dowolne niewielkie naczynko, które ma cienkie ścianki (żeby łatwo się ogrzało).
Wrzątek wlewamy do miseczki, a w małym naczynku, w którym przyrządzimy balsam (u mnie to metalowy słoiczek) umieszczamy w proporcjach objętościowych pół na pół (wystarczy na oko, obie się z sobą znakomicie mieszają). Umieszczamy małe naczynko w misce z gorącą wodą (uważając, żeby nie nalała się do środka) i mieszamy:


Jak widać, idzie to wszystko łatwo i sprawnie. Oczywiście, można też podgrzewać bezpośrednio nad palnikiem, ja jednak uważam, że jeśli można coś zrobić bez ryzyka przypalenia, to warto korzystać ;)



Kiedy wygląda tak, jak na zdjęciu powyżej, jest gotowy. Ja wówczas wrzucam swój na kilka minut do zamrażarki (zakryty folią na wierzchu), żeby miał u góry ładną, błyszczącą taflę ;) Gotowy balsam jest na początku przezroczysty, po kilku godzinach zaczyna bardziej przypominać wyglądem masło shea. Jak już wspomniałam, nie ma konsystencji podobnej do czystej lanoliny i łatwiej ściera się z ust, za to się nie lepi.

A czego Wy używacie zimą na usta?


środa, 11 stycznia 2017

Ulubieńcy 2016 - kosmetyki do makijażu

2016 rok nie przyniósł jakiegoś trzęsienia ziemi - baza pielęgnacji i ukochane perfumy pozostają bez zmian ;) Ulubiony olejek do twarzy i odżywkę do włosów już mam, a idealnego kremu do rąk nadal nie udało mi się znaleźć. Za to kolorówka to u mnie prawdziwa rewolucja - idealny rozświetlacz, tusze, dobry eyeliner za 2,79zł i kolorowa szminka, która nawilża i pielęgnuje.
Uprzedzam, że ze względu na ilość, skupię się raczej na krótkiej charakterystyce niż pełnej recenzji ;)



Usta
Nie należę do osób malujących się często i mocno, ale jest jeden kosmetyk do makijażu bez którego czuję się co najmniej dziwnie: szminka. Intensywny kolor zdecydowanie dodaje mi energii i po prostu dobrze wygląda (jestem jedną z tych osób, dla których beże i delikatne róże to gwarancja pytań w stylu: ,,dobrze się czujesz?", ,,jesteś chora" itp.) Do tej pory nie sięgałam jednak po ciemne odcienie - aż skusiłam się na odcień 03 Golden Rose Matte Lipstick Crayon - kolor wina. Mam go krótko, ale jest super, jeśli chodzi o trwałość i głębię, no i przy okazji, o kieszeń. Ale absolutnym ulubieńcem ulubieńców jest i tak Creamy Color Lovely - najbardziej komfortowa ze wszystkich kolorowych pomadek, których używałam. Jeśli kogokolwiek do koloru zraża wysuszanie ust, powinien zacząć od tego produktu (chociaż wymagania mu się podniosą ;) To jedyna kolorowa pomadka, o której mogę powiedzieć, że zarazem nawilża i chroni. Mój kolor to złamana czerwień, ciemniejsza od naturalnego koloru ust.

Oczy
Makijaż oczu przez lata ograniczałam do cieni. Tuszu do rzęs zaczęłam używać  po naprawdę długiej przerwie w tym roku i w dodatku znalazłam 2 maskary, na dzień i wieczór! Jeśli ktokolwiek zastanawia się czemu, spieszę z wyjaśnieniem: podrażniały mnie wszystkie tusze, których dotąd próbowałam. Po poszukiwaniach, postawiłam na kupno What's your type? Body Builder od TheBalm - i to jest absolutnie pierwszy tusz, który mnie wcale nie podrażnia i nie uczula. Formuła z drobnymi ,,włoskami" oblepia i ,,buduje masę" rzęs, chociaż całe szczęście jakoś bardzo ich nie skleja. Maluje tuż przy nasadzie, więc oko wygląda jak po zrobieniu tightliningu, a jeśli dorzucić do tego ekstremalną, totalnie matową czerń, od razu widać, że to killer na wieczór (choć nie mówię, że nie używam go też na dzień ;) Mam jednak bardziej dzienny tusz, który od razu przypadł mi do gustu - Volume Reveal Bourjois. Nie skusiłabym się na zakup, gdyby nie możliwość testowania na jednym z portali poświęconych kosmetykom. A tak, bardzo się cieszę, bo po raz kolejny podrażnień brak. Ładnie podkreśla cieniutkie i króciutkie włoski, więc rzęs wydaje się więcej. Nie oblepia przy tym, nie skleja i fajnie rozczesuje, a w dodatku ma na ściance opakowania lusterko. 
Eyeliner za 2,79zł? Tak, w Lidlu to możliwe. Wprawdzie podczas wyprzedaży, ale i cena regularna rozpieszcza, bo nie sięga nawet 5zł. Eyeliner Cien w kolorze Famous Brown jest, jak na moje oko, raczej czarny niż brązowy, chociaż istnieje też wersja kruczoczarna. Linera używam głównie do cienkiej kreski albo optycznego zagęszczenia linii rzęs. Ma sztywny, precyzyjny aplikator, łatwą do naniesienia konsystencję, trzyma się cały dzień i łatwo zmywa każdym produktem do demakijażu. Ten eyeliner naprawdę wprawia mnie w zadumę, jak bardzo jeszcze mogą się obniżyć ceny kosmetyków.
Paleta do brwi Freedom Makeup to cztery cienie, wosk i duże lusterko. Ostatnio tego rodzaju paletek zrobiło się sporo, ta wyróżnia się jednak właśnie woskiem - doskonale utrzymującym włoski na miejscu, lekko koloryzującym i nie dającym okropnego (według mnie) wrażenia wysmarowanych, sztucznych brwi, jak przy maskarze. Przynajmniej moje krzaczaste brwi trzymają się cały dzień uczesane tak, jak powinny, a blizna w jednej z nich jest dzięki temu prawie niewidoczna.

Makijaż twarzy
I znowu testowy ulubieniec. Jak rzadko łapię się na testowania, tak na tonujący krem seboregulujący Oillan polowałam jak desperatka (no, może nie aż tak, ale bardzo mi zależało) i okazał się strzałem w dziesiątkę. Wyrównuje kolor, nie matowi (ale też nie rozświetla), jest przyjemny w noszeniu zarówno na suchych, jak i tłustych partiach cery, wygląda naturalnie i nie zapycha porów. A dodatkowo dobrze wygląda na mnie i latem i w zimie.
Rozświetlacz Bell Hypoallergenic to może nie produkt, którego używam codziennie, ale sięgam po niego często, bo to jeden z niewielu rozświetlaczy,który mnie nie uczula. Od prasowanego produktu tej samej marki różni się pięknym odcieniem - delikatny beżo-róż. Rozświetla przecudnie, dając wrażenie zwilżonej skóry.
Ale moim absolutnym ulubieńcem jest paleta Cargo Cosmetics o nazwie California Throwback. Upolowałam ją w TkMaxx, gdzie bywa dość często i początkowo myślałam, że to jakaś tańsza ,,inspiracja" TheBalm. Dopóki nie poznałam jakości i nie zobaczyłam ceny regularnej paletek Cargo - ani one gorsze od TheBalm ani tańsze ;) W mojej są 4 cienie do powiek: ciemny, matowy brąz, perłowy przygaszony turkus, cielisty, satynowy beż i metaliczna miedź, róż, bronzer i 4 błyszczyki. Cienie są idealne: mocno napigmentowane, miękkie, aksamitne, nakładają się bez żadnego osypywania i można je w nieskończoność rozcierać i blendować. Do tego rozświetlający róż w odcieniu brzoskwini i świetlisty bronzer idealnie imitujący opaleniznę. Nie zachwycam się jedynie błyszczykami - dwa odcienie odpadają, bo są bardzo ciepłe, a dwa pozostałe to trend przeszłości, jeśli chodzi o błyszczące drobinki. Ale poza ustami mogłabym się nią malować w nieskończoność. Jak ją kiedyś dorwę, to chyba kupię drugą ;)

środa, 28 grudnia 2016

Czy można myć włosy mydłem?

Dość popularne jest mycie włosów żelem do ciała albo płynem do higieny intymnej. Skład tych produktów jest na ogół zbliżony do składu szamponów (pomijając substancje kondycjonujące - nie każdą z nich można stosować na skórę na dużej powierzchni), niezniszczone czy niezbyt wysuszone włosy nie odczują zatem większej różnicy. Ale mydło (prawdziwe mydło, a nie żelowe wariacje z SLSem na pierwszym miejscu w składzie) budzi już większe emocje.


Inny środek myjący, inna konsystencja, wysokie (zasadowe) pH - słowem, można się zastanawiać:

Zaszkodzi włosom czy nie?
Przede wszystkim warto wspomnieć o roli pH kosmetyku. Bardzo popularne (i uważane za oczywistą prawdę) jest to, że zasadowe pH bardzo silnie rozchyla łuskę włosa. Jak to jednak czasem bywa z tego typu stwierdzeniami, prawdy jest w nich niewiele (super wpis na ten temat, ze źródłami, znajdziecie tutaj). Łuska włosa staje się ,,rozchylona", czyli bardziej przepuszczalna po prostu we wodzie, przy czym pH w przedziale 4-9 nie robi jej wielkiej różnicy.
Zasadowe pH nie jest jednak ulubionym środowiskiem keratyny - innymi słowy, zniszczonym włosom, mydło (szczególnie nałożone na dłużej) może pomóc zhydrolizować część wiązań w keratynie i zniszczyć się jeszcze bardziej.
Do tego, warto dodać, że prawdziwie mydło, o ile nie ma dodanej ekstra nadmiarowej porcji olejku, bardzo mocno wysusza, bo po prostu jest silnym detergentem.
Włosy umyte mydłem najprawdopodobniej będą też matowe, no, chyba, że używamy do mycia demineralizowanej wody. Produkt nie spłukuje się łatwo, a do tego w zwykłej, twardej wodzie, część mydła po prostu wymienia kation ze swoim otoczeniem i osadza się na włosach w postaci trwałych, nierozpuszczalnych w wodzie i trudnych do usunięcia soli wapnia lub magnezu. Osady te odbierają blask włosom i utrudniają czesanie.
Jeśli więc mydło, to tylko z miękką wodą, albo remedium - kwasową płukanką. Woda z kwaskiem cytrynowym, owocowym lub octem pomoże pozbyć się niechcianego osadu mydła wapniowego z fryzury.

Skoro tyle z tym zachodu, to po co kombinować z mydłem?
Myślę, że skoro tylu ludzi pyta i próbuje, to coś w tym musi być ;) Mnie osobiście mydełko nie kusi (suche włosy), ale rozumiem np. ból osób uczulonych na Cocamidopropyl betaine, składnik obecny w większości szamponów. Mydło jest znacznie prostsze w przyrządzeniu od szamponu, łatwiej też znaleźć gotowe o krótkim składzie.



środa, 21 grudnia 2016

Garstka wspomnień

Dziś filozoficznie. Ostatnio było o nostalgii, dziś o wspomnieniach kosmetycznych. Blogi pełne linków afiliacyjnych, bilboardy - reklam, a centa handlowe wrzą tak, że wolę zapłacić dwa razy tyle i wybrać się do osiedlowego. Tymczasem ja wspominam przedmioty, których w większości dawno już nie ma i przy okazji czasy, które minęły. Dzieciństwo. Dorastanie. Pierwsze doświadczenia z kosmetykami. Zapachy. Opakowania. Naiwne odbieranie reklam, spełnione (albo i nie) obietnice. Może i przy okazji mocniej spojrzałam na to, że niegdysiejsze must-have dziś nic nie znaczy ;) 
Jakie kosmetyki zapamiętałam najmocniej? Rzecz jasna te, które najmocniej pachniały i miały najładniejsze opakowania lub najbardziej ,,wypasioną" reklamę ;)

Krem półtłusty Pani Walewska

Absolutnie pierwsze wspomnienie z dzieciństwa. Półeczka mojej mamy na początku lat 90-tych. Jest bardzo skromnie: pomadka Celia w intensywnie różowym kolorze (mama wyglądała w tej barwie autentycznie przepięknie), krem Nivea, szampon Eva Natura pokrzywowy... i właśnie Pani Walewska. Oczywiście nie używałam tego kremu, podobnie zresztą, jak moja mama, która ma wrażliwą skórę, ale produkt wrył mi się w pamięć jako przeogromny luksus. Najsilniej zadecydowało o tym prawdopodobnie piękne, jak na tamte czasy, opakowanie. Kobaltowe szkło, fikuśny słoiczek, wyczuwalnie ciężki, szczególnie w małej dłoni. Do tego, krem był wściekle, nieznośnie wręcz perfumowany. Jedynie to budowało we mnie jakiś hamulec do wypróbowania. W końcu jednak podebrałam, co skończyło się burą (wspinaczka po szafie) i wysypką. Moja mała główka przyswoiła wówczas raz, a dobrze, informację, że substancje, które silnie pachną powinny trzymać się z dala od twarzy ;)


Produkty Pond's

O ile się nie mylę, pierwsza marka, która tak mocno próbowała podkreślić zasadność zmywania makijażu mleczkiem zamiast wodą i mydłem. Do tego tonik. I krem. Oczywiście długo się z tak śmiałą wizją na polskim rynku nie utrzymali ;)
Pamiętam, jak mama dostała zestawik trzech produktów (zielona wersja) pod choinkę od taty. O ile mleczko i tonik nie przypadły jej do gustu, o tyle krem już tak. Opakowania były proste, lekkie, plastikowe, z taką urzekająco spójną i prostą (jak na tamte czasy) szatą graficzną. Mama już raczej się nie przerazi, kiedy publicznie przyznam się, że owszem, podbierałam i wspominam tonik, mleczko i krem jako delikatne, ,,normalne" produkty o całkiem ładnym, choć syntetycznym i silnym, zapachu. Ogólnie zastanawiam się, ile prawdy jest w stwierdzeniu, że kosmetyki pielęgnacyjne pachniały kiedyś (mam na myśli lata 90-te) znacznie mocniej. Być może po prostu mam dziś słabszy węch. Dzieciństwo to dla mnie jednak raczej wielkie morze zapachów, z których kosmetyki wybijają się z ogromną siłą, czasem przerażającą.

Dezodorant w sztyfcie Mennen
Wspomniałam już o przerażających zapachach. Tak się składa, że woda ,,Być może...", dezodorant ,,Currara" i popularne męskie wody po goleniu, odrzucały mnie w równym stopniu, co i moich rodzicieli. Ogólnie wszelkie wody i dezodoranty służyły w domu za ozdobę lub prezent przechodni ;) 
Jako, że po obojgu rodzicach odziedziczyłam wrażliwą skórę i raczej wybredny nosek, to wraz z rozwojem rynku pachnideł niskiego lotu, dość szybko wyłapywałam, co byliby w stanie zaakceptować, a co nie ;) Powyższy dezodorant w szyfcie mój tata dostał kiedyś na urodziny i z nostalgią wspomina, że jako jeden z niewielu nie wykręcał nosa ;) Mi również podobał się jego zapach, chociaż raczej była to ,,chemia gospodarcza", tyle, że w miarę dyskretnym wydaniu.

Exclamation I

Tu już coś bardziej ,,perfumeryjnego" - mój pierwszy zapach, kupiony w piątej (!) klasie podstawówki! Zapach zna prawie każda moja rówieśniczka, to mnóstwo słodkich owoców, osmantus i delikatne waniliowo-sadałowo-piżmowe tło. Używanie go było takim przeżyciem, że buteleczkę mam do tej pory ( i swoją drogą, myślę, że jej projekt jest bardzo fajny :)

The Healing Garden

A to już coś, co podoba mi się do tej pory. Wszystkie cztery dostępne w Polsce serie były świetne: lekkie, naturalne i faktycznie aromaterapeutyczne. Szczególnie wspominam zieloną herbatę - zapach niby prosty, ale robił, to, co miał - wyciszał i dodawał pogody ducha. I kosztował tylko dwie dyszki! Naprawdę ubolewam, że seria jest do kupienia tylko w sieci.

Szampon Timotei
Pamięta ktoś tą buteleczkę? Oprócz tego ze zdjęcia pamiętam jeszcze miodowo-jajeczny, z minerałami (mój ulubiony!) i grejpfrutowy. Już jako dziecko miałam suche włosy i szybko zauważyłam, że po Timotei znacznie łatwiej je rozczesać niż po szamponie z kaczuszką ;)

Cement-ceramid
A to już był szał! Zawsze miałam delikatnie mówiąc, kiepskie włosy, ale najgorsze jako nastolatka: kruszyły się podczas czesania, nie potrzebując do tego farbowania ani prostownicy. Szampon musiałam mieć więc od razu, kiedy go wprowadzono. Jako bomba silikonów, był ulubieńcem moich włosów, niestety gorzej tolerowała go skóra głowy.

Hydrafresh

Krem-legenda. Swego czasu miały go w łazience prawie wszystkie młode kobiety. Jest to jeden z tych kosmetyków, których używa się tak przyjemnie, że stają się niedoścignionym ideałem, do którego równa się całą resztę. Ładny, przyjemnie ciążący w dłoni, szklany słoiczek, delikatny kolor, owocowy zapach i świetna konsystencja. Do tego mocne wrażenie orzeźwienia tuż po nałożeniu. Otoczka produktu na szóstkę. A w kategorii lekkich kremożeli nawilżających dla mieszanej cery po prostu niezły, nieprzekombinowany krem.

Lipidiose Mains
Wycofany kilkanaście lat temu krem do rąk za którym bardzo tęsknię. I zdumiewa mnie, że inne osoby nie wspominają go dobrze, bo to ja najbardziej wybrzydzam w kwestii kremów do rąk. Dobrze sprawdzał się na podrażnionej, piekącej, łuszczącej się skórze. Zaognione zmiany fajnie się po nim goiły i chociaż ostatnio smarowałam nim ręce kilkanaście lat temu, czasem mam nadzieję, że producent go wznowi ;) 

A jak tam Wasze wspomnienia? 

Życzę Wesołych Świąt!