piątek, 16 czerwca 2017

Mydło ,,na gorąco" z glinką - przepis

Uwielbiam robić kosmetyki. W przeciwieństwie do emulsji, które w laboratorium wychodzą świetnie, a w domu różnie bywa, mydło wychodzi mi zawsze. To jest: zawsze nadaje się do użycia i zawsze sprawdza się (przynajmniej do twarzy) nie gorzej od dobrego kosmetyku, który kupię gotowy.
Tym razem postanowiłam połączyć to, co dobre z tym, co... równie dobre i dodałam do mydła glinki ;) A właściwie dwóch: czarnej i różowej. Czy jestem zadowolona z tej mikstury dowiecie się później, ale jedno jest pewne - sama metoda produkcji mydła na gorąco (czyli z gotowaniem) spodobała mi się i z pewnością ją jeszcze wykorzystam.



Kwestia produkcji mydła to temat rzeka. Sympatycy tej czynności wyróżniają metodę zimną i gorącą. Dotąd zazwyczaj korzystałam z zimnej, czekając kilka tygodni, aż reakcja zmydlania zajdzie niemal w całości. PTym razem postanowiłam jednak skusić się na metodę gorącą, ponieważ:

  • mydło jest gotowe tego samego dnia
Kiedy już szczęściwie znajdę ochotę na dokładnie wysprzatanie swojego kącika zabaw kosmetycznych, mogę jednego dnia przygotować masę, uformować i ozdobić ją oraz od razu używać.
  • łatwiej jest dodać aktywne lub dekoracyjne dodatki
Nie warto dodawać większości dodatków, gdy mydło jest niedojrzałe. NaOH (KOH także to dotyczy) między innymi denaturuje białka, zmienia strukturę cukrów (zarówno prostych, jak i złożonych), zobojętnia kwasy i strąca wodorotlenki z wielu rozpuszczalnych soli. Ułatwia też zajście wie(eee)lu reakcji między poszczególnymi składnikami, stąd w największym skrócie - nie polecam.

Weźmy tytułową glinkę jako przykład - sporo minerałów obecnych w kaolinie reaguje z NaOH. Dlatego jeśli chcielibyśmy zrobić mydło z jej dodatkiem na zimno i cieszyć się równie dobrym efektem, musielibyśmy poczekać aż masa mydlana dojrzeje, rozdrobnić ją, przetopić i dopiero dosypać glinki. Kiedy stosujemy metodę na gorąco, masę mamy od razu w naczyniu i od razu bez grudek, czyli łatwo mieszającą się.
  • można sobie pozwolić na więcej zabawy z dziećmi
To dla mnie główny atut. Pierwszą część robię sama, ale kiedy jest już prawie gotowe (czyli nie żrące, a gorące), zapraszam do działania córeczkę.
Tutaj domyślam się, że zdania w temacie dzieci+gorąco i dzieci+chemikalia mogą być podzielone, więc nie nakłaniam, tylko piszę, że jest taka opcja. Młoda chemiczka ma kontakt z gotowaniem w domu i przedszkolu, mam na nią oko, jest w okularach, a używane substancje są bezpieczne, o ile się ich nie zjada. Jeśli ktoś ma wątpliwości co do dzieciaka, chemii lub samego siebie, niech postepuje w zgodzie z przekonaniem, a nie tym, co piszę - koniec wstawki BHP ;)
Kończy gotowanie, sprawdza pH papierkiem, dosypuje dodatków i nakłada do foremek. Czy to lubi? Cóż, jako odpowiedź niech posłuży fakt, że sporo wolnych dni zaczyna się u nas pytaniem: ,,Mamusiu, a zrobiiiiimy dziś kosmetysie?"

Na czym polega robienie mydła ,,na gorąco"?

W największym skrócie na tym, żeby wykorzystać to, że w podwyższonej temperaturze cząsteczki mają większą energię, więc reagują szybciej i można uniknąć kilkutygodniowego leżakowania.
Pierwsza część wygląda identycznie, jak w metodzie zimnej (dlatego linkuję opis czynności)- jest roztwór NaOH, jest też olej. Mieszamy blenderem (robię to od razu w nierdzewnym garnku), ale zamiast wlewać do formy, stawiamy wszystko na gaz. Gotujemy, mieszając od czasu do czasu przez około godzinę (jeśli ogień będzie konkretny, to znacznie krócej).W tym czasie uzupełniamy małymi porcjami wyparowaną wodę, kiedy widzimy, że mydło zaczyna się łatwo przypalać.
Kiedy mydło jest gotowe? Pierwszy warunek to pH. Sprawdzamy na maleńkiej porcji mydła (czubek łyżki) wymieszanej z wodą (najlepiej przygotować sobie szklankę z boku). Kiedy pH będzie wynosić między 7 a 8,5,mydło można doprawić, czym uznamy za słuszne.



Ile czego użyć? Czy muszę mieć wagę?

Do obliczeń z miejsca polecę SoapCalc. Poniżej pokażę screeny, jakie to zmyślne cudo:


Wybieramy rodzaj oleju i wodorotlenku, a kalkulator oblicza, ile ługu musimy użyć na daną ilość oleju i podaje to w gramach. Jeśli jednak ktoś nie dysponuje wagą techniczną ani kuchenną też nie musi bardzo się przejmować. Możliwe jest przybliżone określenie proporcji objętościowych. Do swojego mydła użyłam oleju oliwnego (pomace), dokładnie litra. Gęstość olejów oliwnych (i większości olejów spożywczych) to według różnych źródeł 0,8-0,9 kg/l, czyli litr tej oliwy będzie ważył między 800g a 900g. Ponieważ nie sprawdzimy tego bez wagi, przyjmijmy wartość dokładnie pośrodku, czyli 850g i tą właśnie wpiszmy w kalkulator.
Teraz czas na wartość 'Super Fat'. Ustawiam ją zwykle odruchowo na 10%, ale przy ciepłej metodzie nie trzeba się nią aż tak bardzo przejmować - gdyby tłuszczu było za mało, łatwo dodać go w trakcie gotowania. Jeśli więc kilka razy pod rząd macie sytuację, że sprawdzacie pH mydła, a ono cały czas się nie obniża, spróbujcie dodać trochę jakiegokolwiek oleju. Prawdopodobnie było go za mało wcześniej.
Pozostała jeszcze ilość wodortlenku i wody. W pole 'Water as % of oils' wpisać możemy w zasadzie dowolną wartość i niezbyt się nią przejmować (jak widać, wpisałam 50, ale nie użyłam aż tyle) - wody musi po prostu być tyle, żeby wodorotlenek się rozpuścił. Jeśli mydło w czasie gotowania będzie zbyt gęste, można jej dodać, a jeśli zbyt rzadkie - odparować ją.
Teraz już pozostaje kliknąć, żeby kalkulator policzył, ile NaOH nam trzeba:




Wodorotlenek wyskakuje nam jako wartość podana w gramach. Ale na to też jest sposób! Na opakowaniu prawdopodobnie będzie podana taka wartość, jak gęstość nasypowa. Mój ma postać drobnych pastylek o ok. 2mm średnicy i jego gęstość nasypowa to 1,14 g/cm3. Centymetr sześcienny to inaczej ml. Wartość może być też podana w kg/m3. Teraz pozostaje tylko znaleźć gęstość nasypową swojego odczynnika, odczytać wartość z ,,mydlanego kalkulatora" i posłużyć się banalną proporcją, jak ta zapisana poniżej:

masa przypadająca na 1cm3 według gęstości nasypowej [w gramach]    -    1cm3
masa z przepisu z kalkulatora [w gramach]    -     x [w cm3]

czyli u mnie:

1,14g     -     1 cm3
102,55g      -      x cm3

x= (102,55 x 1)/1,14
x= 89,96 cm3

Jeśli mamy miarkę do odmierzania objętości (np. miarki do ciasta czy nakrętki z syropu) to 90 cm3 (czy jak kto woli ml) nie jest już żadnym problemem.

Pozostaje już tylko dodatek, czyli glinka. Ja użyłam po 50g różowej i czarnej glinki Fitocosmetic.

A jak z samym mydłem?

To chyba pierwszy raz, kiedy bardziej odpowiada mi wariant ,,biały", czyli mydło bez żadnych dodatków. Nie o to chodzi, że glinka się nie sprawdza na skórze. Sprawdza się właściwie bardzo fajnie, ale jest w niej sporo krzemionki, więc rysuje i paskudzi moją plastikową mydelniczkę. Za to kostka mydlana z glinką jest twardsza i wytrzymalsza, więc z tego względu można się skusić ;)

czwartek, 8 czerwca 2017

L.T.Piver: Cedre i Cuir

Moje zamiłowanie do klasycznych zapachów wcale nie maleje. Nie dziwi więc, że wprost przepadam za wszystkimi perfumami domu L.T.Piver. Gdybym miała porównać noszenie perfum, które wychodzą spod ich rąk (czy nosów, jak kto woli), do noszenia ubrań, to byłyby to przede wszystkim te uniwersalne, przyjemne dla skóry i nie rzucające się w oczy. Z doskonale wykończonymi i zabezpieczonymi szwami, które nie przekręcą się nawet po setnym praniu, ze szlachetnej bawełny, delikantnej wełny, pachnącej, połyskującej skóry... Wprawne oko dostrzeże kunszt wykonania, ale też osobom, które gustują w najnowszych krojach i ostentacyjnych detalach, wydadzą się po prostu nudne. To perfumy, które nosi się dla siebie, które nie będą uwierać swoją intensywnością w upale, z którymi przyjemnie się śpi i które naturalnie przenoszą do świata marzeń.

Doskonale skomponowane, z wyraźnym podziałem na trzy części kompozycji, umiarkowaną projekcją i perfekcyjnym (w niewymuszony sposób) wydźwiękiem każdego składnika, są moimi ulubieńcami, niezależnie od charakteru. Dziś na tapecie cedr i skóra - Cedre i Cuir. Niby niszowce, ale bardzo przystępne dla każdego nosa.



Cedr, słońce, herbata i łóżko
Cedre to kompozycja ciepła, ale nie w słodki, lecz słoneczny i leniwy sposób. Tytułowy cedr jest oddany w sposób przywodzący na myśl popołudnie. Jest to południe nie byle jakie: na południu Europy, leniwy dzionek, rozgrzane drzewa roztaczają swój aromat. Podczas spaceruju czujesz nie tyle igliwie, co właśnie drewno, do tego przyniesiony przez wiatr zapach łąki pełnej lawendy. Wracasz do domu i przesiadujesz na tarasie z aromatyzowaną, czarną herbatą (bergamotka i... paczula?). Jest jeszcze ciepło, ale czujesz już w powietrzu jesień. W domu czeka kominek, spory zapas drewna, niezaścielone przez cały dzień łóźko. I ten domowy nastrój, w którym domiuje pościelowe piżmo, trwa aż do końca. Zapach ucieka ze skóry po ok. 5 godzinach.

Cuir - tak pachną opowieści z przeszłości
Tak się teraz zastanawiam, czy z przystępnością dla każdego nosa, którą obwieszczałam we wstępie trochę w tym wypadku nie przesadziłam. Z jednej strony Cuir to skóra lekka, nie ma intensywnego, zwierzęcego (żeby nie powiedzieć: zapoconego ;) charakteru, jak się czasem w perfumach zdarza, z drugiej jednak, jest to kompozycja odczuwalnie w stylu retro. Otwarcie jest ostre, aż świdruje w nosie. Już od początku czujemy skórę, ale najciekawsza jest po dłuższej chwili, gdy traci na sile i dopuszcza do głosu ambrę i miód. Zapach jest charakterny, śpiewny, bogaty i (co zadziwia) taki... prawdziwy? Stajemy przed opowieścią w której nie ma pozerstwa, napięcia i patosu. Bo to nie jest żadna stylizacja na vintage, to jest zapach dawnych czasów. Więc wspominamy, a kompozycja podtyka nam pod nos to świeżość kardamonu, to słodycz neroli i cynamonu, to lekko tlące się labdanum i olibdanum... I jeszcze jedną ciekawą nutę, rzadko obecnie spotykany mech dębowy. Mimo, że podział perfum na damskie i męskie wcale mnie nie rusza, a 90% mojej kolekcji stanowią zapachy deklarowane jako męskie, to muszę przyznać, że mech faktycznie nawet mi od razu przywołuje na myśl faceta. Dlatego lubię Cuir i na skórze swojej i na skórze swojego męża i bez bicia przyznam, że lepiej pachnie na nim. U mnie jest dużo fajnych dymków i klimatów ogniska, ale u niego piękny miód, ambra, ugładzony mech, no i błyszcząca, starzejąca się z klasą skórzana teczka, buty, rękawice... Zapach jest całkiem trwały i wytrzymuje 7 godzin.

A czym Wy lubicie pachnieć?

sobota, 3 czerwca 2017

Po co alkohol w kosmetykach? Kilka powodów.


Bywa, że wątpliwy z naszego puntu widzenia składnik bardzo przyczynia się do polepszenia efektu działania kosmetyku. Wpływa albo na skuteczność albo chociaż na percepcję.
Bywa też, że kiepski skład kosmetyku pakuje się w luksusowe opakowanie i wzmacnia pożądanie wysoką ceną, słabszą dostępnością (np. tylko apteki) lub ciekawą reklamą.
Który z tych dwóch przypadków dotyczy etanolu i propanolu czyli składników określonego w składzie jako alcohol denat, ethanol, isopropanol lub isopropyl alcohol? Czy jest pożądany i konieczny, akceptowalny czy zbędny, a nawet szkodliwy? Sami zadecydujcie. Ja przedstawię kilka powodów, dla których producenci umieszczają go w swoich wyrobach.

,,Alcohol" to nie zawsze to, co nasuwa się na myśl, jako pierwsze
Pierwsze kosmetyczne skojarzenie ze słowem alkohol? Oczywiście spirytus salicylowy. Czyli wodnista, bardzo szybko odparowująca ciecz, wysuszająca skórę.

Jej głównym składnikiem jest oczywiście etanol (Ethanol, Ethyl alcohol, Alcohol Denat), ale prawie wszystko, co przeczytacie w dalszej części posta, dotyczy też izopropanolu (w kosmetykach jako: Isopropanol, Isopropyl Alcohol)

W produktach do pielęgnacji znajdziemy też mnóstwo innych alkoholi, m.in. : cetylowy (Cetyl Alcohol) , stearylowy (Stearyl Alcohol), ich mieszaninę (Cetearyl Alcohol), alkohol tłuszczowy z nasion kapusty (Brassica Alcohol), kokosa (Coco Alcohol), alkohol oleinowy Oleyl alcohol i inne, które mają duże cząsteczki. Wszystkie wyglądają podobnie po poniżej przedstawionego alkoholu oleinowego, czyli poza grupą hydroksylową, mają sporych rozmiarów łańcuch węglowodorowy.


W związku z taką budową, są najcześciej ciałami stałymi. Zalicza się je do alkoholi tłuszczowych i zgodnie z tą nazwą zachowują się raczej jak tłuszcz niż wspomniany spirytus. Używa się ich często jako emulgatorów, są też emolientami. Ale nie o nich dziś. W tym poście poruszymy temat kontrowersyjnych, ,,spirytusopodobnych" alkoholi ;)




Wydaje Ci się, że świetnie czujesz, jak Twój krem nawilża? A może to tylko alkohol?
Trick stary jak świat. Już przy aplikacji czujesz chłód, orzeźwienie, to, jak ,,spragniona skóra pije wodę". Jeśli chodzi o najpopularniejsze obecnie lekkie kremy, które zawierają 70 - 80% wody, naszą perepcję oszukuje w nich najczęściej etanol (czasem także dodatkowo mentol). Szybciutko odparowując ze skóry, delikatnie schładza jej powierzchnię i daje uczucie orzeźwienia. Jeśli macie około trzydziestki, być może pamiętacie wprowadzenie na rynek kremu Nivea Soft? Reklamowany był przez skojarzenie z letnim deszczem. Dziś, w czasach zwiększonej świadomości, skład wydaje się taki sobie. Ale uczucie ,,WOW! Ale nawilża!", które odczuwało się po aplikacji spowodowało, że stał się hitem i przez wiele lat utrzymał tą pozycję.

Lśniące włosy. Ale tylko raz.
Zazwyczaj włos porównuje się do rośliny. Jest cebulka, jest łodyga, sa łuski, które kojarzymy z otwieraniem się i zamykaniem się, jak u żyjącego kwiatu.  Zgrabny opis, ale jeśli chodzi o same łuski, nie do końca prawdziwy: samymi kosmetykami pielęgnacyjnymi nie jest wcale tak łatwo sterować ich przepuszczalnością (czyli mitycznym otwieraniem i zamykaniem się).
Ale do rzeczy. Łuski są bardzo odporne na wodę i chemikalia. Dlatego właśnie chronią miękki i chłonny rdzeń włosa przed zniszczeniem. Wyobraźmy je sobie, jak płytki na ścianie. Kiedy lśnią najbardziej? Wysmarowane czymś tłustym czy solidnie odtłuszczone i umyte? Tak właśnie działa etanol w kosmetykach nabłyszczających - odtłuszcza powierzchnię łusek i sprawia, że wszystko, co na nich pozostało, jest równomiernie rozprowadzone. Niestety, przy tym wysusza i stosowany częściej (szczególnie na włosach, w których naturalny kształt łuski i ich ułożenie nie do końca chroni rdzeń) może sprawić, że włosy będą suche i kruche. Podobnie z włosami zniszczonymi.

Czy alkohol przełamuje bariery? Barierę ochronną skóry na pewno
Jeżeli stosujemy na skórę jakiś wyciąg ziołowy lub płyn kosmetyczny/leczniczy z konkretnym składnikiem, który ma dotrzeć do głębszych, żywych warstw naskórka, to tak naprawdę walczymy trochę z własną barierą ochronną. Etanol w tym pomaga.
Skórę, która ma przyjąć aktywny składnik można również przygotować peelingiem, usuwając część warstwy rogowej (czyli martwych komórek zlepionych sebum). Nie rozwiązuje to jednak problemu całej bariery hydrolipidowej, którą cieżko sforsować. Można to trochę porównać do leczenia rany przez plaster. Lek aplikowany na plaster, a nie na ranę jest mniej skuteczny. Stąd w kosmetykach etanol, który rozluźnia nasz naturalny ,,plaster" i pomaga czynnej substancji przez niego przejść.
Ponieważ rana bez plastra jest znacznie bardziej narażona na niebezpieczeństwa, pojawiają się natychmiast inne pytania: Czy skóra jest wystarczająco chroniona przed czynnikami z zewnątrz? Czy bardziej jej taką kuracją pomagam czy szkodzę? Oczywiście, równocześnie do np. kuracji ziołowej z etanolem, można stosować kosmetyki, które pomogą odbudować barierę. Osoby z cerą wrażliwą, alergiczną lub atopową wiedzą jednak, że nie jest to takie proste. Osobiście sama skupiam się raczej na uszczelnianiu bariery lipidowej niż docieraniu z aktywnymi składnikami w głąb naskórka.

Bakterie nie przepadają za alkoholem
Alkohol wysusza skórę i narusza barierę ochronną, ale jedno trzeba mu przyznać - jest chyba najłagodniejszym i najbardziej nieszkodliwym dla człowieka konserwantem. To znaczy, ogranicza rozwój mikroorganizmów, bo np. substancji czynnych przed utlenieniem nie ochroni. Znacznie wyprzedza pod tym względem także naturalne olejki eteryczne, które zawierają sporo toksycznych substancji. Spójrzmy prawdzie w oczy: wątrobie szkodzi dopiero po regularnym używaniu dużej ilości (nawiasem mówiąc, wprowadzić się w stan upojenia alkoholowego można także drogą wziewną i przez skórę, ale kosmetyki nie stwarzają raczej ryzyka pod tym względem), nie kumuluje się w organizmie... Wada jest taka, że trzeba wlać go do kosmetyku na tyle dużo, że wpływa silnie na jego działanie.

Alkohol w bazie kosmetyku
Baza czyli to, co ma rozpuścić składniki i ułatwić ich połączenie. Alkohol rozpuszczalnikiem świetnym jest (to taka chemiczna parafraza: ,,Słowacki wielkim poetą był" ;). To, czego nie rusza sama woda, a niekoniecznie chcemy rozpuszczać to w tłuszczu, ma szansę polubić się z alkoholem.
Co na przykład? Roślinne substancje czynne (np. sporo terpenów), rozmaite olejki eteryczne i ogólnie związki zapachowe. Perfumy nie bez przyczyny są oparte na alkoholu - dzięki niemu udaje się zachować przejrzystość płynu i jednolity zapach bez konieczności wstrząsania flakonikiem. Podobnie z ziołowymi płynami antyseptycznymi, odstraszającymi owady czy pobudzającymi wzrost włosów - dzięki alkoholowi używa się ich łatwiej i stanowczo lepiej wyglądają.

Przyznam szczerze, że poza perfumami i mgiełkami na owady, raczej staram się unikać kosmetyków zawierających alkohol. Nie służą mojej dość wrażliwej cerze, nie mówiąc już nawet o włosach. Za to nie mogę się napatrzyć na zdrowe włosy mojej mamy potraktowane maseczką z zółtka i koniaku. A jak jest u Was?

środa, 24 maja 2017

DLACZEGO nie moczyć hybrydy w wodzie?


 
moje skromne zbiory hybrydowe - polecam szczególnie bazę Indigo i ,,lusterko" Silcare

Czasem zdarza się, że ktoś zadaje mi ciekawe i wnikliwe pytania dotyczące kosmetyków, których nie używam/używam rzadko albo z którymi nie mam zbyt wiele do czynienia. Tak właśnie jest w przypadku lakierów hybrydowych, hybrydowych preparatów do przedłużania paznokci czy żeli.
Sama miałam je na dłoniach zaledwie kilka razy i o ile efekt potrafi być imponujący, o tyle u mnie jest też na tyle krótkotrwały, by demotywować zarówno do regularnego robienia we własnym zakresie (czas) i u profesjonalisty (pieniądze ;).
Wróćmy jednak do tematu lakierów hybrydowych i ich moczenia w wodzie. Zdarza mi się usłyszeć lub przeczytać, że można z nimi robić dosłownie wszystko i nawet nie drgną, jak i liczne ostrzeżenia przed długotrwałym kontaktem z wodą. Moje doświadczenie wskazywałoby raczej na to, że długo moczyć absolutnie nie warto, ale koleżanka spytała mnie też ostatnio: ,,a niby dlaczego?"
Spójrzmy na to z punktu widzenia chemika:

Z czego zrobiony jest lakier hybrydowy
W przeciwieństwie do klasycznych lakierów do paznokci, za tworzenie powłoki i jej trwałość odpowiadają w hybrydzie głównie akrylany i metakrylany. Przemawia za tym fakt, że są tanie oraz pięknie i szybciutko polimeryzują w UV.
W lakierze mamy trochę większych, częściowo spolimeryzowanych (tłumacząc na polski: zbitych w dłuższy łańcuch powtarzających się fragmentów) cząsteczek i trochę małych, które mogą się z nimi połączyć.
Te większe nazwalibyśmy oligomerem. W popularnym Semilacu jest to oligomer uretano-akrylanu (podobne można pooglądać sobie w TYM patencie).
Teraz czas na mniejsze. Są bardzo ważne, bo to one ,,chwytają" długie, przesuwające się łańcuchy oligomerów i tworzą z nich pod wpływem światła trójwymiarową sieć.  Szczególnie popularny jest HEMA czyli 2-hydroksyetylo metakrylan.

Co to właściwie ma do wody? 
To, że zarówno akrylany, jak i metaktylany tworzą eleganckie hydrożele o dużej zawartości wody. Materiał uzyskany w wyniku polimeryzacji HEMA na ten przykład, potrafi nagromadzić aż 38% wody. Niestety, po wciągnięciu jej, ma znacznie gorsze właściwości mechaniczne. To znaczy, gorsze, jeśli malujemy nimi paznokcie. Polimer HEMA jest bowiem dość dobrze poznany ze względu na to, że produkuje się z niego miękkie soczewki kontaktowe. Nasza ozdoba paznokcia, po wymoczeniu w wodzie staje się do nich coraz bardziej podobna: coraz miększa, coraz łatwiejsza do rozerwania, coraz bardziej giętka. Im więcej jest wody w polimerze, tym łatwiejsze przenikanie jonów, wody i gazów przez lakier.
Nie dziwi więc, że większe jest ryzyko tego, że hybryda po prostu zacznie odchodzić płatami lub wręcz się odklejać od płytki paznokcia.


A może primer? 
Jeśli chodzi o samo wiązanie samej wody, to niewłaściwy trop ;) Primer zawiera najcześciej kwas metakrylowy, który, jak się okazuje... pozwala nagromadzić jeszcze więcej wody w polimerze. Dodatek kwasu metakrylowego do polimeryzacji poprawia jednak właściwości mechaniczne wielu polimerów, więc są one, ogólnie mówiąc, bardziej wytrzymałe. Lakier leżący na nieco twardszym primerze i częściowo z nim zespojony może dłużej utrzymać się na paznokciu.
Mimo wszystko jednak, całość jest znacznie słabsza po zażyciu sporej dawki wilgoci. Przy sprzątaniu lepiej więc sięgnąć po rękawiczki, zmywarkę i innych mieszkańców naszego domu, a dłonie moczyć tylko na basenie i nad morzem. Skoro lakier odpadnie, to przynajmniej w miłych okolicznościach ;)

wtorek, 23 maja 2017

30 dni dla włosów - podsumowanie

Moim kwietniowym głównym celem stało się, jak wspominałam w poprzednim wpisie, porządne dociążenie włosów. Drugim celem, który miałam zamiar zrealizować już od jakiegoś czasu, ale bez akcji motywacja była dość słaba, było doprowadzenie do porządku skóry głowy.

Zacznijmy od skóry - problem, przyczyna i lekarstwo ;) 




Jakiś czas temu wpadł mi w ręce szampon ziaja. Zasadniczo, kosmetyki tej marki potrafią być genialne, ale straciłam do nich zaufanie po tym, jak kilka razy doświadczyłam po ich użyciu masakry na oczach i cerze W lutym udało mi się również doświadczyć masakry na głowie.
Używałam już maski i serum z serii, więc nie spodziewałam się żadnych przykrych niespodzianek, może poza tą, że szampon nie będzie moim ulubieńcem. A tu trach, koncertowy świąd i suchość skóry, a potem już tylko łojotok. Nigdy nie miałam problemów ze skórą głowy! Używałam bezkarnie szamponów ze SLES przy każdym myciu i nic, ale od czasu przygody z Ziają zaczęły się problemy. Przetłuszczanie i drobny łupież ciągnęły się za długo, stąd do akcji w kwietniu wkroczyła domowa mikstura złuszczająca i serum VisPlantis z dziegciem. Poza tym, stosowałam wcierkę, regulującą wydzielanie sebum i kojącą skórę głowy. Można powiedzieć, że się udało - skóra głowy jest zadowolona, przetłuszcza się mniej, a ja nie myję już włosów codziennie, tylko co dwa dni i myślę, że wkrótce zejdę do trzech, jak dawniej.

Mycie - ostrożnie i łagodnie
W zasadzie nie widzę dużej różnicy dla włosów pomiędzy łagodnymi, a mocnymi detergentami, może poza tym, że po łagodnych ciężej się rozczesać. Skóra głowy jednak zdecydowanie lepiej reagowała na glukozydy i cocamidopropyl betaine niż SLES, więc przez cały miesiąc skrupulatnie trzymałam się mycia szamponem bez siarczanów. Moja technika mycia to nic wymyślnego - ok. łyżeczkę szamponu rozrabiam w kubeczku z wodą i polewam skórę, a pianą traktuję włosy. Przyznam jednak, że kwiecień ciężko było mi wytrzymać i chociaż cierpliwie rozplątywałam i ostrożnie czesałam włosy po wyschnięciu, to coś jednak zostało mocno nadszarpnięte - moja cierpliwość. Włosy tęsknią za SLESem i powróci do użycia zaraz po udobruchaniu skóry głowy.

Odżywianie i dociążanie

W tym temacie niewiele się zmieniło, a lista stosowanych odżywek jest nadal aktualna. Ostatnio używam ich tylko po myciu, bo włosy lepiej wyglądają, a poza tym przed myciem mam na głowie zazwyczaj olej. W kwietniu zdecydowanie królował ten z orzechów włoskich. Bardzo lubią go moje włosy i cera.

Rewolucja: porządna suszarka z jonizacją (nareszcie!)
Wraz z koniecznością mycia włosów codziennie, a potem co półtora dnia (śmiesznie to brzmi - mam na myśli to, że myłam raz wieczorem, raz rano ;) i totalnie niewiosenną pogodą, potrzeba posiadania suszarki z zimnym, szybkim nawiewem i jonizacją okazała się olbrzymia. Zachwalany Philips z czujnikiem nawilżenia, popularne BaBylissy i Rowenta Silence albo nie odpowiadały mi do końca albo temperaturą nawiewu albo jego siłą albo ceną. Stanęło zatem na Fox Blue Eye i chociaż miałam wątpliwości jeszcze minutę przed otwarciem przesyłki, to okazało się, że jest super. Albo inaczej - ma bardzo mocny i bardzo zimny nawiew oraz jonizację, a właśnie o to mi chodziło. Jeśli szukasz suszarki, która nieelegancko powiedziawszy, ,,urywa głowę" swoim mocnym nawiewem, który jest superzimny, to bardzo ją propsuję. Raczej nie będę kusić się na pełną recenzję, ale dodam, że jest solidna, raczej ciężka i suszy szybciutko.



Podsumowanie

Skóra powraca do normy, więc wcierka i łagodny szampon zostają. Z serum rezygnuję, kończy mi się opakowanie, a nie potrzebuję go już tak bardzo. W maju wkroczę z szamponem ze SLESem (jak zawsze rozcieńczonym).
Jeśli chodzi o pielęgnację włosów, zaczynam dojrzewać do tego, że olej musi być co mycie, a Kallosy czy inne formuły oparte na kondycjonerach, bez dużej ilości aktywnych składników po prostu nie są dla mnie.
Z suszarki natomiast jestem stuprocentowo zadowolona. Włosy wyglądają o niebo lepiej niż po wysuszeniu wysłużonym Philipsem Salon Dry.

Na koniec przypomnę tylko, że przepisy na peeling i wcierkę są tutaj.

czwartek, 18 maja 2017

Mój ulubiony sposób na oczyszczanie twarzy: krem-żel olejkowy



Mam cerę mieszaną. Młodą i trądzikową bym jej już nie nazwała (chociaż drobne niespodzianki od czasu do czasu się zdarzą), ale dojrzałą jeszcze też nie ;) Bywają okresy czasu, że jest totalnie bezproblemowa i zmierza w stronę skóry normalnej. Bywa za to, że strefa T niemiłosiernie świeci, pory są zapchane po wszystkim, a suche policzki szczypią, kiedy nakładam na nie jakikolwiek krem.
Ostatnio, całe szczęście, są te dni dobrej passy. Zwykle udaje się ją dość długo utrzymać, kiedy stosuję głównie samodzielnie zrobione kosmetyki lub wybieram te gotowe przygotowane na bazie olejków. Mimo to nie stosuję klasycznej metody OCM do oczyszczania twarzy. Powody są dwa: jeden to niewygoda, a drugiemu na imię ,,makijaż".

Jak używać olejków, by łatwo i szybko móc zmyć je wodą? 
Zmieszać je z detergentem. Można użyć czystego, kupionego w sklepie z półproduktami (łatwiej trafić na łagodny), skorzystać z gotowego, pieniącego się żelu albo od razu wybrać olejkowy krem w sklepie.
Atutem takiego kremu jest to, że można być twarz tak prosto jak klasycznym żelem (po prostu nakładam na zwilżoną cerę, masuję i spłukuję wodą), ale jakość oczyszczenia jest nieporównywalna. Zwężone pory, mniej niespodzianek, mniej przesuszenia w suchych partiach cery. Bez szmatek i ściereczek. Ostatnio lubię go bardziej niż domowe mydło.

Mój ulubiony gotowiec to krem Organic Surge. W składzie ma sporo masła shea i jest bardzo gęsty i kremowy, ale oczyszcza wspaniale. Jedyny minus to zapach - geranium :/


Ale przygotowanie kremu olejkowego z żelem też jest banalnie proste, a efekty jeszcze lepsze, bo można dodać najbardziej lubiany przez cerę olej. Jak widać, po prostu miesza się olej z żelem w proporcjach pół na pół. Zależnie od tego, jakiego żelu użyjemy, konsystencja może być doskonale jednolita i kremowa albo tworzyć lekkie ,,kłaczki", ale nawet wtedy nie rozdziela się ponownie na olejek i żel.


Kiedy używamy czystego detergentu, można go dodać trochę mniej, powinien stanowić 1/4 mieszaniny (czyli np. 1 łyżka coco glucoside i 3 łyżki oleju).



A jak jest u Was? Najczęściej używacie mydła, oleju, czy płynu micelarnego? A może oczyszczacie Twarz jeszcze inaczej?

poniedziałek, 15 maja 2017

Mikstura peelingująca do skóry głowy i normalizująca wcierka

Nigdy nie miałam olbrzymich problemów ze skórą głowy, ale jeden z użytych jeszcze zimą kosmetyków sprezentował mi podrażnienie, lekki łupież i łojotok. Czekałam trochę czasu w nadziei, że samo przejdzie, ale w kwietniu postanowiłam zakasać rękawy i coś zrobić.

Peeling do skóry głowy

Sporo można poczytać w blogosferze o Cerkogelu. Przyznaję bez bicia, że to on był główną inspiracją do umieszania płynu peelingującego - ma bowiem w składzie 30% mocznika jako głównej substancji złuszczającej (przypominam, że w niewielkich stężeniach mocznik głównie nawilża, natomiast w dużych skutecznie usuwa martwy naskórek). O Cerkogel kiedyś się pokuszę, ale na test tego stężenia wolałam przygotować płyn. Sprawa jest banalnie prosta, nie trzeba go nawet konserwować.

Potrzebujemy:
- 30g mocznika (białe kryształki)
- 70g wody

Mocznik rozpuszczamy w wodzie, przelewamy do butelki, naciągamy kilka ml do strzykawki i smarujemy skórę głowy. Posiadaczkom cienkich, bardzo wrażliwych włosów, lub takich, które po prostu są suche lub zniszczone, polecam uważać, by płyn znalazł się tylko na skórze. Wszystkie substancje, które działają keratolitycznie na martwe komórki naskórka, mogą trochę naruszyć same włosy. Na pocieszenie dodam jednak, że moje może tylko odrobinkę się zmatowiły i uniosły przy nasadzie, ale nadal są miękkie i (o co bałam się niesamowicie) dalej są na głowie. Częste używanie i brak uwagi mogłyby trochę je podniszczyć, ale sądzę, że włosy o średniej porowatości już by tego wcale nie odczuły.

Wcierka normalizująca

Wychodzę z założenia, że skóra, której nie brak nawilżenia i której bariera hydrolipidowa nie jest naruszona, jest skórą szczęśliwą i mniej problematyczną. Dlatego pierwsze i najważniejsze to nawilżenie - stąd kwas mlekowy. Do tego odświeżająca i przyspieszająca porost mięta. I łagodząca podrażnienia oraz również przyspieszająca wzrost włosów witamina B3. Nie konserwowałam wcierki i trzymałam ją w lodówce. Wytrzymuje w ten sposób spokojnie tydzień.



Przygotowanie jest również bardzo proste. Miętę (duża ilość) zalewamy wrzątkiem, ubijając łyżką. Swoją porcję przygotowywałam w filiżance o pojemności 100ml, z czego wychodziło mi ok. 40ml miętowego naparu. Do tego płaska łyżeczka witaminy B3 i pół łyżeczki kwasu mlekowego. Mieszamy i gotowe. Używałam jej 2 razy dziennie, aplikując za pomocą strzykawki i wcierając palcami w skórę głowy aż do wyschnięcia. Włosy schną mi szybko, więc bez wielkiego poświęcenia, uzyskałam przy okazji w ten sposób lekkie usztywnienie i uniesienie, chociaż gdybym pozostawiła nasadę mokrą, włosy raczej by ,,siadły".
Muszę przyznać, że wcierka bardzo, bardzo przypadła mojej skórze do gustu. Uspokoiła się, podrażnienie minęło, a po regularnym miesiącu ograniczyła przetłuszczanie. Żałuję tylko, że zapomniałam zmierzyć włosy albo chociaż cyknąć ich zdjęcie do porównania.