piątek, 20 lipca 2018

Czy droższe kosmetyki są lepsze? Porównajmy produkty do twarzy

Dzisiaj czas na produkty do twarzy. Tutaj zestawienie wydaje mi się troszkę trudniejsze niż w przypadku włosów. Porównanie działanie kosmetyków tego typu bywa czasem niemożliwe, bo na cerę ma wpływ bardzo wiele czynników, niekoniecznie odtwarzalnych (styl życia, powietrze, woda, pora roku, dieta itp.) Każda z nas doświadczyła kiedyś wysypu w czasie stresu czy okresu (jedno z drugim w zasadzie lubi chadzać w parze...), poprawy albo pogorszenia wyglądu skóry na wyjeździe, tudzież zbawiennego wpływu sałatek z sezonowych warzyw. Pomijając wszystkie te rzeczy, warto też zauważyć, że skóra lubi być buntownicza: łatwiej w jej przypadku o wszystkie niepożądane reakcje (jak np. podrażnienie, uczulenie, zapychanie), tym bardziej, że kosmetyków do pielęgnacji w większości przypadków się nie spłukuje. Do tego wszystkiego trzeba jeszcze przyznać, że docelowe zalety stosowania kosmetyku widać stopniowo, o wiele wolniej niż w przypadku włosów (naprawdę ciężko o spektakularne zmiany wyglądu cery w ciągu kilku dni). 

Moja cera, oczekiwania i testowane produkty

Najbardziej oczywistym kosmetykiem do twarzy wydawałby się krem, ale od ok. pół roku używam kremów już tylko sporadycznie, czego nie mam na razie zamiaru zmieniać ;) Wcześniej także nie stosowałam ich regularnie, ale od czasu do czasu z pewną nadzieją próbowałam czegoś nowego. Niestety, emulgatory i źle dobrane oleje nie służą mojej cerze (szczególnie szybko zapychającej się strefie T), więc na dobre przerzuciłam się na olej różany. Jest idealny! Najczęściej używam serum dwufazowego własnego wyrobu, ale lubię też wszelkie nawilżające mgiełki (a na nie dwie-trzy krople oleju). 

I właśnie mgiełki nawilżające chciałabym dziś porównać. 




Produkt droższy: Lierac Hydragenist, Ultranawilżająca mgiełka na dzień dobry

Cena: ok. 100zł/100ml

Skład: Aqua/Water/Eau, Glycerin, Rosa Damascena Flower Water, Propylene Glycol, Acrylates/Beheneth-25 Methacrylate Copolymer, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Urea, Tromethamine, Pentylene Glycol, Hydrolyzed Sweet Almond Protein, Glycerine, Tetrasodium Edta, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Sodium PCA, Magnesium Aspartate, Zinc Gluconate, Panthenol, Pyridoxine HCI, Sodium Laureth Sulfate, Sodium Lactate, Sodium Hyaluronate, Citric Acid, Tocopherol, Vernonia Appendiculata Leaf Extract, Copper Gluconate, Rhodiola Rosea Root Extract, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Juice, Phenoxyethanol, Chlorphenesin, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum/Fragrance.

Skład trochę przydługi, ale substancje czynne są i jest ich sporo. Wysoko nawilżająca gliceryna (i glikole), woda różana, mocznik, panthenol, sól kwasu hialuronowego, glukonian cynku, miedzi, proteiny, ekstrakty... Martwiły mnie dwie rzeczy - hydrożel akrylanowy, którego na twarz zwykle unikam i SLES. Ostatecznie uznałam, że SLESu jest na pewno niewiele, a ten hydrożel polimerowy... no cóż, sprawdzę. Profilaktycznie wzięłam mniejsze opakowanie i... bardzo słusznie ;)


Opis producenta: Dotleniająca mgiełka nawilżająca o właściwościach pielęgnacyjnych. Zaraz po przebudzeniu likwiduje senne zagniecenia, oznaki zmęczenia i niedotlenienia na skórze twarzy. Otula skórę delikatnym kobiecym zapachem róży, gardenii i jaśminu. Lierac, prekursor kosmetyków hybrydowych, stworzyły unikalne połączenie tego co najlepsze w nauce i naturze, opracowując kompleks HYDRA O₂, odtwarzający korzyści zabiegu infuzji tlenowej. Kompleks HYDRA O₂ (biomimetyczny tlen, kwas hialuronowy, liście Ambiaty, koncentrat witamin i minerałów) przywraca nawilżenie i wygładza skórę. Polimer wiskoelastyczny z pamięcią kształtu daje natychmiastowy efekt "żelazka". Flawonoidy pochodzące z róży działają wygładzająco. Ekstrakt z różańca chroni przed wolnymi rodnikami. Lekko żelowa konsystencja zapewnia uczucie wyjątkowej świeżości. Skóra nabiera gładkości, odzyskuje naturalny koloryt, a oznaki zmęczenia natychmiast znikają.

Drobna dygresja: Ależ ten marketingowiec ma wenę! Bardziej kreatywnego określenia na podłoże polimerowe kosmetyku w życiu nie widziałam! Człowiek dokonał wielkiej rzeczy, bo nazwał dumnie coś w rodzaju żelu do włosów ;) ,,Polimer wiskoelastyczny z pamięcią kształtu dający natychmiastowy efekt żelazka"  w wolnym tłumaczeniu na polski, oznacza to, że w momencie nakładania coś jest lepkie, po chwili zastyga i już lepkie nie jest, a do tego zostawia cienką, gładką warstewkę, która tymczasowo trochę szpachluje zmarszczki, przyjmuje kształt buźki i wygina się razem z nią. Gdybyście sami chcieli wykonać w domu polimer wiskoelastyczny z pamięcią kształtu, polecam ugotować kisiel ziemniaczany lub żel lniany. Bonus: nałożony na skórę także daje efekt żelazka! I jeszcze oba są polimerami naturalnego pochodzenia ;) Przepraszam, po prostu nie mogłam się powstrzymać ;) 

Ocena: Co tu dużo mówić - nawilża dobrze. Razem z olejem jest nie do pokonania! Komfort skóry zachowany przez długie godziny, żadnego ściągnięcia, makijaż nakłada się tak łatwo, jak potrawy maminego autorstwa na talerz (gdyby ktoś miał wątpliwości, w przypadku mojej mamy robi się to szybko i nawet w dużej ilości zawsze ze stuprocentowym zadowoleniem ;). Wszystkie deklaracje o dotlenieniu od razu posłałam między bajki, no, ale trzeba przyznać, że skóra wyglądała po jej nałożeniu gładko i ładnie. Do czasu. A dokładniej przez tydzień.
Niestety, co tu kryć, mgiełka cholernie zapycha. Zapycha okropnie. Potrafi w kilka dni zamienić całkiem ładną strefę T w taką z rozszerzonymi porami i ciemnymi kropkami na nosie. Dałam jej trochę przerwy, stosowałam na policzki, próbowałam ze strefa T drugi raz i... to samo. Niby wiem, że hydrożele polimerowe stosuje się we wszystkich ,,lekkich i nietłustych" kremach do cery tłustej, mieszanej i trądzikowej... i co z tego, skoro nawet kiedy jest ich tak mało, żeby trochę zagęścić mgiełkę, nadal zapychają... Niestety, korzystać z uroków tej mgiełki może głównie cera, która zupełnie nie ma tendencji do blokowania się porów.

Kwestie techniczne: Myślałam, że mgiełka będzie pachnieć wodą różaną (w końcu jest wysoko w składzie), ale jednak nie. Myślę, że tutaj idealnie wpasuje się określenie ,,pachnie, jak drogi kosmetyk", a przynajmniej jak kosmetyk marki selektywnej. Nie będę narzekać na wydajność, bo ta jest genialna (30 ml spokojnie starczyłoby mi na całą twarz na jakieś 2 miesiące). Konsystencja też w porządku: bardzo łatwa do rozprowadzania. Nieco słabiej wypada atomizer, który chlapie większymi kroplami, na tyle, że nazwa ,,mgiełka" jakoś nie do końca tu pasuje ;) 

Produkt tańszy: MIYA, MyBeautyEssence, Flower BeautyPower, Aktywna esencja w lekkiej mgiełce

Cena: ok. 30zł/100ml

Skład:  Aqua (Water), Rosa Damascena Flower Water, Panthenol, Sodium Hyaluronate,
     Hyaluronic Acid, Glycerin, Hibiscus Sabdariffa Flower Extract, Paeonia Officinalis Flower Extract, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Aqua (Hot Spring Water), Niacinamide, Polyglyceryl-4 Laurate/Sebacate*, Polyglyceryl-6 Caprylate/Caprate*, Potassium Sorbate, Sodium benzoate, Sodium Phytate, Alcohol Parfum (Fragrance), Citronellol, Geraniol.

    Skład wskazywałby, że będzie nawilżać i łagodzić. Z ciekawych rzeczy jest woda różana, panthenol, hialuronian sodu i kwas hialuronowy, sok z aloesu, niacynamid... Zapowiada się bardzo przyzwoicie.

    Opis producenta: Mgiełka myBEAUTYessence Flower Beauty Power to pełny dobrej energii, dobroczynnych i w 97% naturalnych substancji, aktywny kompleks cennych wód i ekstraktów kwiatowych wzbogacony w wodę termalną, kwas hialuronowy i witaminy, które skutecznie wnikają w głąb skóry oraz wzmacniają działanie pielęgnacyjne kolejnych kosmetyków. Flower Beauty Power tworzy lekką, wodną esencję, by przywracać skórze prawidłowy poziom nawilżenia i pomóc je utrzymać. Esencja szybko się wchłania, dostarczając wartościowych składników, dzięki czemu odżywia, rozświetla i upiększa. Opóźnia procesy starzenia się skóry. Pozostawia cerę piękną i pełną blasku. Ekstrakty z peonii i hibiskusa nawilżają, odżywiają i wygładzają skórę. Hydrolat z róży rozświetla i tonizuje. Woda termalna dostarcza mikroelementów i minerałów. Kwas hialuronowy 
    Kwas hialuronowy przywraca i utrzymuje nawilżenie skóry. Prowitamina B5 i witamina B3 działają przeciwstarzeniowo, redukują drobne zmarszczki, ujędrniają.

Ocena (po zużyciu opakowania): Tutaj jest idealnie! Mgiełka jest leciuteńka jak hydrolat, ale znacznie lepiej nawilża. Z olejkiem daje radę utrzymać nawilżenie przez większą część dnia. Po paru godzinach czuć wprawdzie, że skóra w suchych partiach domaga się wspomagania, ale można śmiało psiknąć (nawet na makijaż) i cieszyć się działaniem od nowa. Po dwóch-trzech tygodniach stosowania widać jak cera robi się ładniejsza: promienna, jędrniejsza, gładsza, pełna życia... I chociaż są to zmiany subtelne, to jednak zauważalne, odczuwalne i prowadzące do jednego wniosku: skóra jest zadbana. 

Kwestie techniczne: Atomizerowi nie można nic zarzucić, rozpyla rzadki płyn bardzo dobrze. Mgiełkę można jeszcze wklepać palcami, ale nie trzeba tego robić, bo sama z siebie dobrze zwilża twarz. Pachnie bardzo delikatnie i rzeczywiście podobnie do rozcieńczonej wody różanej. W każdym razie, ogólnie używa się jej przemiło, a stosowana na całą twarz, średnio kilka psików 2x dziennie, starczyła mi na 2 miesiące. 

To jaki wynik?
W przypadku tego testu jak na dłoni widać, że dobry kosmetyk to niekoniecznie ten droższy, ale ten lepiej przemyślany. W obu przypadkach składniki aktywne są dość podobne i spodziewałam się też podobnego działania, ale... i jeśli chodzi o kosmetyk i jeśli chodzi o opakowanie, Lierac nie do końca mi odpowiada i nie sprawdza się bezwarunkowo.
Tym razem zdecydowanym faworytem jest MIYA, produkt znacznie bardziej przemyślany, leciutki i uniwersalny. Mgiełka nawilża, łagodzi i przyjemnie odświeża. Efekty wprawdzie nie pojawia się tak szybko, jak po doraźnym użyciu Lieraca, ale za to dzień po dniu, cała twarz wygląda po niej coraz lepiej. I o to właśnie chodzi!

sobota, 14 lipca 2018

Czy droższe kosmetyki są lepsze? Porównajmy produkty do włosów.

Ostatnio naprodukowałam się o swoich przemyśleniach, ale zdecydowanie brakuje mi tu jeszcze prawdziwego pojedynku prawdziwych produktów ;) Bez zbędnych wstępów przejdźmy więc do konkretów. Dziś pod lupę bierzemy produkty do włosów/

Tańsza i droższa pielęgnacja włosów
Do porównania stanęły dwa produkty, które śmiało mogłabym nazwać uniwersalnymi. Co to oznacza? Dla mnie to, że nie są ani bardzo odżywcze, tylko do zniszczonych włosów, ani bardzo lekkie, które sprawdzą się tylko przy idealnie zdrowych pasmach. Zachowano w nich równowagę między fryzjerskimi upiększaczami a składnikami naturalnego pochodzenia. Oba mają głównie nawilżać włosy i sprawiać, że będą lepiej wyglądały (tu na pierwszy plan wysuwają się: ładne układanie się i połysk). Do tego oba kosmetyki będą się wdzięcznie porównywać, bo producenci obiecują nieco na wyrost ;)

Produkt droższy: Kevin Murphy Hydrate.Me Rinse

Cena: ok. 100zł/250ml



Skład: Water, Cetearyl Alcohol, Stearyl Alcohol, Amodimethicone, Cetrimonium Chloride, Trideceth-12, Behentrimonium Chloride, Stearalkonium Chloride, Cetrimonium Chloride, Polyquaternium-7, Glycerin, Arctium Lappa Root Extract, Citrus Aurantium Bergamia (Bergamot) Fruit Extract, Centella Asiatica Extract, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Ascorbic Acid, Panthenol, Tocopheryl Acetate, Jojoba Esters, Undaria Pinnatifida Extract, Oenothera Biennis (Evening Primrose) Oil, Biotin, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Citric Acid, Pyridoxine Hydrochloride, Silicone Quaternium-18, Trideceth-6, Trideceth-12, Aminomethyl Propanol, Phenoxyethanol, Potassium Sorbate, Benzyl Benzoate, Geraniol, Limonene, Fragrance

Opis producenta: Wyjątkowo nawilżająca i wygładzająca odżywka. Przeznaczona jest do włosów bardzo zniszczonych, naturalnie suchych lub z bardzo suchego klimatu. Jest to korektor do włosów, który tuszuje ich zniszczenia. Nawilża suche włosy i sprawia, że rozdwojone końcówki są prawie niewidoczne. Produkt wypełniony jest antyoksydantami nadającymi włosom połysk i zapobiegającymi utracie wilgoci. Najnowsza technologia pozwala na użycie tych samych składników, których używa się do wysokiej klasy kosmetyków przeciwzmarszczkowych i wygładzających skórę. Okazało się, że nadają one włosom połysk i wygładzają ich powierzchnię, tuszując zniszczenia.

Ocena (po zużyciu opakowania): Odżywka Kevin Murphy jest naprawdę dobrym produktem. Radzi sobie zarówno z nawilżeniem włosów i nadaniem im połysku (nie należę, niestety, do osób, których włosy lśnią same z siebie albo po użyciu przypadkowych kosmetyków). Włosy są po niej bardzo zdyscyplinowane i sypkie. Łatwo je ułożyć, a proste (jak moje) ,,łapią" mniej odkształceń, kiedy są upięte.
Musze przyznać, że daje włosom kopa i jeśli chodzi o kondycję i wygląd. Nawet, kiedy włosy miały gorsze tygodnie, wyglądały po jej użyciu na zadbane i sprawiały mniej problemów. Wszystko to do momentu, kiedy produkt się im po prostu znudził. Nie wiem, jak jest u was, u mnie 3 użycia tych samych produktów pod rząd to już zazwyczaj dość. Muszę zrobić sobie wtedy przerwę z inną odżywką/maską. Nie inaczej było tym razem, włosy zrobiły się sztywniejsze i matowe, więc stosowałam co drugie mycie na przemian z ukochanym Hair Chemist

Kwestie techniczne: Konsystencja nie jest w tym wypadku moim ulubionym typem. Na włosach produkt rozprowadzał się bez większych problemów, ale jest już stanowczo za gęsty, żeby obyło się bez przepłukiwania butelki celem wydobycia go do końca. Nie będę ukrywać, że uważam, że sam pomysł korka z boku jest przykładem designu intrygującego i irytującego zarazem - nie pozwala zsunąć butelek Kevin Murphy z innymi, zawsze gdzieś zawadza i dodatkowo utrudnia wyciśnięcie go do końca. Wynarzekałam się już, to teraz jeszcze czas na coś pozytywnego: produkt przyjemnie pachnie. I jest wydajny - nawet moje ,,spijające" odżywki włosy pozwoliły na używanie buteleczki przez dwa miesiące z małym haczykiem. 

Produkt tańszy: Dr Sante, Aloe Vera, Maska do Włosów

Cena: ok. 25zł/1000ml



Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Potassium Cetyl Phosphate, Behentrimonium Chloride, Panthenol, Butyrospermum Parkii Butter, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Persea Gratissima Oil, Olea Europaea Fruit Oil, Butylene Glycol, Oryza Sativa Bran Extract, Hydrolyzed Keratin, Cetrimonium Chloride, Cyclopentasiloxane, Dimethiconol, Silicone Quaternium-16, Undeceth-11, Butyloctanol, Undeceth-5, Amodimethiconе, Trideceth-10, Isopropyl alcohol, Citric Acid, Parfum, DMDM-Hydantoin, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Phenoxyethanol, Hexyl Cinnamal, Linalool, Limonene, Benzyl Alcohol, Citronellol 

Opis producenta: Maska jest idealna dla odbudowy zniszczonych włosów. Odbudowuje włosy od nasady aż po same końce, przywraca witalność, sprawia, że stają się wytrzymałe. Idealna dla długich włosów z rozdwojonymi końcówkami. Czysty sok z aloesu jest bogaty w aktywne biologicznie substancje, które odżywiają włosy. Masło Shea, awokado oraz oliwa z oliwek odżywiają włosy drogocennymi substancjami, zapobiegając rozdwajaniu końcówek. Keratyna odbudowuje zniszczone włosy. Ceramidy roślinne chronią powierzchnie włosów przed zewnętrznymi uszkodzeniami, nadając im siłę i lustrzany blask. Przy regularnym użyciu włosy stają się gładkie, miękkie, zdrowe i delikatne.

Ocena (po zużyciu opakowania): Maska Dr Sante to kosmetyk, który naprawdę robi dla wyglądu włosów wiele dobrego. Po pierwsze, doskonale dociąża, po drugie - nabłyszcza, po trzecie, nawilża i zmiękcza. Dla moich włosów jest niemal doskonała jeszcze z jednego powodu - niebieska farba przedziwnie ją lubi i nie płowieje tak chętnie. Podobnie, jak odżywka Kevin Murphy, sprawia, że nawet włosy po ciężkim przeżyciu typu farbowanie, nie wyglądają na suche siano i tak samo utrudnia im odkształcanie się od gumek, spinek i warkoczy. Po prostu układają się dobrze.
Cóż mogłabym jeszcze napisać... Po trzech użyciach pod rząd włosy również mają jej dość - szczególnie końce zbijają się w strąki i gorzej układają. Natomiast nawet wtedy nie są sztywne ani matowe i to jest klasa. 

Kwestie techniczne: Maska pachnie całkiem dobrze - słodko-kwaskowo, jak owocowy kisiel. Na szczęście nie ma takiej konsystencji: ta jest idealnie kremowa, nie za gęsta i nie za rzadka. Produkt dobrze rozprowadza się na włosach i również jest wydajny - swoje kilogramowe wiaderko zużyłam w ciągu 9 miesięcy i (co rzadko się zdarza przy dużych pojemnościach) - już za nim tęsknię ;)  

To jaki wynik?
Nie jestem w stanie stwierdzić, która jest lepsza. Obie działają prawie doskonale. Obie dobrze radzą sobie z nawilżeniem włosów. Oczywiście, są minimalne różnice, ale mają znacznie więcej podobieństw: dbają o włosy, pozwalają uniknąć zniszczeń i zachować je w dobrej kondycji (przy regularnym stosowaniu), a użyte ,,z doskoku" dociążają, dyscyplinują i nabłyszczają, dzięki czemu włosy są po prostu ładniejsze niż bez nich. 
Dzisiejsze porównanie kończy się remisem. 



Wkrótce pod lupę trafią produkty do twarzy i... zdradzę tylko, że przeciwnicy nie okazali się sobie równi ;) 



sobota, 2 czerwca 2018

Czy droższe kosmetyki faktycznie są lepsze? Z języka marketingu na polski

Tytułowe pytanie pada bardzo, bardzo często. Wuj google, farmaceutki, kosmetolożki, konsultantki i użytkownicy - każdy ma inne zdanie i inne powody, by je mieć. Od razu uprzedzę, że wcale nie mam zamiaru twierdzić, że to źle zapłacić za ładniejsze opakowanie albo za lubianą markę. To nie tak. Postaram się jedynie troszeczkę przybliżyć, jak temat wygląda z perspektywy konkretu i jak widzi to chemik zerkający na składy i opisy. Czy warto wydać więcej, mając nadzieję, na lepszy skład i lepsze działanie kosmetyków selektywnych marek?
Być może poniższy tekst w jakiś sposób pomoże Wam w podejmowaniu codziennych decyzji o kupnie.



Co składa się na cenę kosmetyku?

Cena samego produktu to nie tylko pokrycie z nawiązką kosztów surowców, opakowań i etykiety. 
Do tego wszystkiego dochodzą koszty metod produkcji: składniki czasem trzeba ogrzać i intensywnie mieszać, żeby połączyły się w krem, lub długotrwale mielić, a potem sprasować, by stały się różem czy cieniem. Wszystko musi być też opakowane, niezależnie od tego, czy stoi za tym człowiek lub maszyna.
Dochodzą do tego jeszcze kwestie związane z utrzymaniem budynków produkcyjnych, linii lub urządzeń, utrzymaniem czystości i higieny, wypłatami, ubezpieczeniami i socjalem dla pracowników, badaniami, oceną bezpieczeństwa, certyfikacją, projektowaniem etykiet lub opakowań oraz przygotowywaniem receptur i pierwowzorów, płaceniem podatków itd. itd. Trochę tego jest. Ale zaraz... skoro każda firma musi jakoś funkcjonować, to zapoznanie się z tymi wydatkami nadal nie wyjaśnia dlaczego jeden krem może kosztować mniej niż 10zł, a inny kilka razy więcej.

Czy składniki kosmetyków są drogie? A może kosmetyki z wyższej półki mają więcej i droższe składniki aktywne?

Ceny surowców kosmetycznych są zróżnicowane, ale większość z nich nie należy do zaporowych. Ba, większość jest na tyle tania, żeby być dostępna dla przeważającej większości ludzi żyjących w Europie. Wyjątki są naprawdę nieliczne i skupiają się np. wokół niektórych olejków do produkcji perfum (takich, co to wiele, wiele ton kwiatów potrzeba, żeby uzyskać 10ml ;) .
Ale nie będę gołosłowna. Weźmy np. retinol, znany i uznany składnik aktywnych serum przeciw starzeniu się skóry. Czysty retinol jest powszechnie uważany za drogi, co spowodowane jest z jednej strony słabą dostępnością w sklepach z półproduktami, a z drugiej - cenami kosmetyków do twarzy, które go zawierają. Wolnorynkowa cena retinolu raczej nie wyrywa się w chwili obecnej ponad 3000$/kg. Pozwolę sobie zauważyć, że jeśli użyjemy go do produkcji serum o pojemności 30ml, które zawiera 1% retinolu (to już solidna kuracja), to sam retinol w jednej takiej flaszce kosztuje nas ledwie 3,5 zł. Przy założeniu, że można go rozpuścić w tanim i uniwersalnym oleju słonecznikowym lub oliwie z oliwek, serum raczej nie powinno kosztować kroci, prawda? Tymczasem śmiało można spotkać serum Be Ceuticals za 2 stówki, które składem pupy nie urywa. Całe szczęście jest też biegun przeciwległy, reprezentowany m. in. przez serum The Ordinary, które pojemność ma podobną, retinolu znacznie więcej, a kosztuje 30zł. 

Magia opisu? 

Mam hobbystyczne i zawodowe zboczenie, żeby czytać składy wszystkich kosmetyków, jakie dorwę w ręce i wiecie co? Nie zauważam dużych różnic. Miejscem, w którym je widzę jest opis. Cóż takiego w nim widnieje?



Składniki z najdalszych i najbardziej niedostępnych zakątków świata

Częstym podejściem jest wychwalanie pochodzenia jakiegoś składnika. Na przykład, olej kokosowy koniecznie przybywa do zakładu produkcyjnego z wyspy o łamiącej język nazwie, z lazurowym morzem i złotym piaskiem. Wszyscy nie mamy raczej większych wątpliwości, że kokos to roślina egzotyczna (cóż, życie powyżej 50 stopnia szerokości geograficznej nie jest wesołe...). Czymże więc różni się ta wyspa od innych pozostałych? Może tym, że ma nam się wydawać, że jeśli nazwa nie przypomina niczego znajomego, to jej dziewiczej ziemi nie tknęła ludzka stopa i jest wolna od cywilizacyjnych zanieczyszczeń?
Jak w takim razie odróżnić autentyzm od żonglowania bajerami? Niezawodnego sposobu nie ma, ale jeśli chodzi o egzotyczne wyspy, zielone zakątki i ekologiczne uprawy, to powszechnie znane certyfikaty mówią czasem więcej niż tysiąc słów ;) Kiedy mały producent nie ma np. popularnego (i dość liberalnego) Ecocert, łatwo zrozumieć, że go na to nie stać, ale kiedy duży gracz go nie posiada, a rozpisuje się do bólu głowy (i nie tylko głowy) o nieskalanej czystości terenu, to już raczej świadczy o czymś innym. Tak samo ufam (czyli nie ufam) producentom rozpisującym się o kontrolowanej uprawie kakao bez UTZ i rozwoju lokalnych społeczeństw bez Fairtrade.
A jeśli już to wszystko prawda, to sama nie wiem, czy lepszy jest kokos z wyspy BuenaLenios z kontrolowanej uprawy czy też kokos z wyspy HulayDusha z kontrolowanej uprawy. Wolę przyznać wprost, że wybór toczy się między tańszym/droższym lub lepiej/gorzej opakowanym ;)

Najnowocześniejsza metoda produkcji?

Drugim manewrem w opisie, który lubią wysokopółkowe marki jest podkreślanie innowacyjności składników. Przykładowo, spotkamy tu powoływanie się na wyjątkowe metody produkcji, których nie używa nikt inny (i nikt wcześniej). Tutaj oddam sprawiedliwość.  Naprawdę ciężko to ocenić komuś, kto nie miał do czynienia z produkcją spożywczą, chemiczną, biotechnologiczną czy jakąkolwiek inną i kto nie zna dobrze swojej branży. Przede wszystkim, musielibyśmy wiedzieć, co dokładnie robią inni i co oznacza ,,innowacja" w pozyskiwaniu jakiegoś ekstraktu lub związku z rośliny.
Przykładowo, wiemy, że w kawie znajduje się kofeina i polifenole. Załóżmy, że mamy trzy produkty, które zawierają ,,jakiś" ekstrakt z kawy. Każdy z nich jest ładnie opakowany, każdy ma opis, w którym producent obiecuje, że po jego użyciu, dzięki zawartości kofeiny lub ekstrakt z kawy, natychmiast zniknie opuchlizna pod oczami. Różnica polega na tym, jak opisali produkt.

Pierwszy producent dostarczył nam taki oto tekst: ,,Nasz wyjątkowy sposób pozyskiwania kofeiny z ziaren kawy pozwala zachować jej właściwości. Dzięki zastosowaniu najnowocześniejszych metod, otrzymujemy kofeinę najwyższej jakości, która natychmiast pobudza mikrocyrkulację krwi i redukuje opuchliznę"
To klasyczny przypadek, kiedy producent nie powiedział nam nic. Nie wspomniał, jaki stosował rozpuszczalnik, temperaturę, czy parzył kawę w szklance czy wsadził do aparatu prowadzącego ekstrakcję nadkrytyczną. Swoją drogą, musiałby bardzo kombinować, żeby kofeina straciła właściwości, bo jak dowiemy się z bazy danych związków chemicznych, jest stabilna do co najmniej 178 stopni Celsjusza, rozkłada się dopiero w towarzystwie mocnych utleniaczy, kwasów i zasad albo wystawiana na silne światło. Czyli niewiele rzeczy, poza przezroczystą butelką, jej zaszkodzi.
Być może metoda produkcji to zaawansowana technicznie i nowoczesna (ale też popularna) ekstrakcja nadkrytycznym CO2? Z drugiej strony, nic nie wyklucza też prostej i ,,zwykłej" ekstrakcji gorącą wodą. Opis nie pozwala sądzić, że mamy do czynienia z czymś innym i wyjątkowym.

Drugi producent poinformował, że ,,Kofeina pozyskiwana jest z bezpośrednio z kawy Robusta o jej wysokiej zawartości, naturalnie, bez używania żadnych rozpuszczalników poza najczystszą wodą"
Tutaj wiemy trochę więcej. Ekstrakcję przeprowadzono wodą, a kofeinę związano np. na węglu aktywnym i wykrystalizowano ponownie (troszeczkę przypomina to produkcję cukru). Mamy informację, warto jednak dodać, że nie wpływa to w żadnym stopniu na właściwości samej kofeiny.

Trzeci produkt zawiera informację w tym gatunku: ,,Do uzyskania ekstraktu z kawy stosujemy najnowocześniejsze metody produkcji. Dzięki temu nie ogrzewamy ziaren do więcej niż 30 stopni Cejsjusza, a nasz produkt jest pełen kofeiny i przeciwutleniaczy, które usuwają opuchliznę i opóźniają pojawienie się oznak starzenia"
I to jest konkret. Nawet osobie, która nie wyczuje, że mowa o ekstrakcji płynem nadkrytycznym jako metodzie produkcji, mówi coś o jej zaletach. Wprawdzie, jak już napisałam powyżej, kofeinie niestraszne wyższe temperatury, ale polifenolom już prędzej, a poza tym wiele z nich gorzej rozpuściłoby się w wodzie niż w nadkrytycznym CO2.

Podsumowując, pierwszy produkt w moim odczuciu nie byłby wart dopłacenia ani złotówki więcej, drugi, jeśli chodzi o same właściwości, również nie bardzo (ale szanuję decyzję, kiedy ktoś wybiera go ze względu na to, ze chce mieć pewność, że jedyny rozpuszczalnikiem w procesie była woda). Do trzeciego bym dopłaciła, bo jest w nim nie tylko kofeina, ale też polifenole. Do tego sposób, w który otrzymano ten ekstrakt wydaje się być ,,jakby bardziej" uzasadniony.
Ale wniosek jest i tak jeden: Jeśli nie interesujesz się metodami produkcji przemysłowej i nie oglądasz pasjami ,,Jak to jest zrobione?", możesz nie rozumieć z tej marketingowej papki ani słowa.

Innowacyjny składnik? 

Firmy produkujące drogie marki lubią powoływać się na swoje wielkie działy badawcze i nieziemską wprost innowacyjność. Działy badawcze faktycznie w nich są, ale czy zajmują się badaniem i wprowadzaniem dotąd nieznanych składników? Śmiem wątpić. A nawet, gdyby chcieli, mają okrojone pole manewru. Wszystko z tego względu, że europejskie organy (szczególnie SCCS) niechętnie podchodzą do nowych składników w INCI ze względów bezpieczeństwa. Wymagają dużej ilości danych na temat wpływu na zdrowie. Innowacyjny składnik trzeba by najpierw porządnie przetestować. Zawsze jest ryzyko, że oznacza to dużo forsy posłanej w błoto, w razie, gdyby coś było nie tak. Dlatego producenci korzystają z dostępnej już wiedzy, rzadko wprowadzają na rynek nowe substancje, których nie znano wcześniej np. jako leków i zdecydowanie wolą pobajerować w opisie.
Jest jeszcze jeden ciekawy i bardziej zawiły przypadek: prawo do nieupubliczniania w składzie jednego (lub więcej) składników. Nazwę zastępuje wówczas numer nadany przez Głównego Inspektora Sanitarnego. Jak jednak ugryźć kwestię substancji albo kompleksu o którym nic nie wiemy? Wierzyć producentowi, nie wierzyć? Na to pytanie Wam nie odpowiem, ale przypominam, że zasady, które określają unijne organy ustawodawcze, obowiązują nawet w tym wypadku ;)

Skuteczność potwierdzona badaniami?




Tu zmierzamy do sedna. Są składniki, w których skuteczność nikt nie wątpi - w końcu panthenol łagodzi, a naturalne oleje tworzą barierę utrudniającą odparowanie wilgoci ze skóry. Ale jak tu znaleźć krem, który nawilża przez 24 godziny? Czy producent napisał prawdę? Otóż powinien! A przynajmniej w razie kontroli powinien przedstawić dowody. Czasem są nimi dane z literatury, a a czasem badania. I jeśli producent się na takie powołuje i przytacza ich wyniki, może warto zastanowić się nad dopłaceniem do pewności. Przykładowo, dwa kosmetyki z podobnym na oko INCI mogą (chociaż nie muszą) działać podobnie. Zastanowiłabym się np. nad specyfikiem na przebarwienia, gdyby ktoś powołując się na badania wspomniał, że zmniejsza je o określony %. Wprawdzie są testy opierające się bardziej na działaniu mierzalnym, a są takie odwołujące się do wrażeń konsumenta, ale i w jednym i w drugim wypadku, wiemy coś więcej niż nic. I być może to ,,coś więcej" skłoni nas też do wyciągnięcia więcej z portfela.

Tyle na temat praktyk opisowych. Wiadomo jednak, ze najważniejsze jest działanie, więc zapraszam Was na drugą część rozważań o cenie i jakości. W kolejnym poście porównamy droższe i tańsze kosmetyki do twarzy, ciała i włosów. Przejrzymy składy, podzielę się także efektami stosowania i wrażeniami.

Do zobaczenia!

wtorek, 24 kwietnia 2018

Niebieskie włosy - jak i czym farbować i jak utrzymać kolor?

Niebieskie włosy noszę już... hmmm... nawet uwzględniając przerwy, to będzie z 1/3 życia ;) Przez ten czas sporą ilość razy zmieniałam farby, konkretny odcień i sposób pielęgnacji. Kilkanaście lat temu niebieskie lub turkusowe końcówki nie były codziennością, często dziwiły i prowokowały sporo pytań. Teraz, kiedy ktoś komentuje mój kolor włosów, najczęściej pyta tylko o to, jak go uzyskać na ciemnym brązie i ewentualnie, co robię, żeby się szybko nie wypłukiwał. Znajomi dorzucają do tego czasem nieśmiertelne: czy nie jestem na to za stara? ;) Na to ostatnie pytanie nie odpowiem, za to napiszę parę słów o tym, co dokładnie robię, czego nie polecam, jak i czym się farbuję. Lecimy:

Jak zrobić niebieskie włosy na jeden dzień?

Jeśli na co dzień lubimy swoje cięcie i kolor, a chcemy odmiany na chwilę, mamy dwie możliwości: całkowicie zmywalny, jednodniowy spray albo kredę do włosów.
Pisząc ,,zmywalny spray", mam właściwie na myśli 2 spraye: biały i niebieski. Biały jest w tym wypadku bazą, na której kolor będzie nasycony i intensywny, choćby nasze naturalne włosy były kruczoczarne. Na niego ląduje kolor, a na to lakier, dzięki któremu kolor jest na włosach, a nie na ciuchach. Nie stosuję tego rozwiązania zbyt często, ale zdarza mi się czasami ratować w ten sposób nieudane farbowanie (szczególnie w upięciu) albo kolorować włosy na większej powierzchni niż zazwyczaj noszę. I prawdę powiedziawszy, nawet supertani spray Venita sprawdza się w tym wypadku nieskazitelnie! Kolor nasycony, jak trzeba, kondycja włosów raczej się nie pogarsza i zmywa się w całości zwykłym szamponem.
Drugą opcją jest kreda do włosów. Lubię ją za to, że z łatwością można nią robić pasemka i refleksy, ale na większej powierzchni włosów nanoszenie kredy to już droga przez mękę.

Jak ufarbować się na niebiesko na dłużej? 

Załóżmy, że niebieski nam się spodobał i chcielibyśmy nosić go na stałe. Pierwsza (i smutna) informacja jest taka, że nie znajdziemy trwałej farby w tym kolorze. Niekiedy producenci oferują farby zmywalne, niekiedy określają ją rozmytym terminem ,,koloryzacja półtrwała". W praktyce oznacza to, że trzeba będzie ją odświeżać, żeby zachowała kolor, ale już dla odmiany nie zmyjemy jej do końca i na włosach pozostanie wyblakły kolor albo przynajmniej poświata.
Półtrwałe farby działają dokładnie tak, jak zamalowanie kartki akwarelami. Intuicyjnie wszyscy wiemy, że jeśli kartka jest czarna lub brązowa, ciężko będzie zobaczyć na niej kolor farby, a jeśli jest czerwona lub żółta, zamiast niebieskiego naszym oczom ukaże się bury brąz lub zieleń. Kartka, to znaczy: włosy, muszą być prawie białe. I tu przechodzimy do sedna...

Jednodniowy spray nie wymaga rozjaśnienia, ale półtrwała, zmywalna farba lub toner - niestety tak

Jak to wygląda w praktyce?

O ile nie jesteśmy jasnymi blondynkami, zaczynamy od rozjaśniania.
Rozjaśnianie jest oczywiście dość drastycznym i najgorszym dla kondycji włosów etapem. Dlatego zachęcam, żeby wybrać się do fryzjera albo robić to w domu z pomocą kogoś, kto pomoże i zerknie na włosy w trakcie. Dość trudnym wyborem, jest wybór samego rozjaśniacza. Używałam już naprawdę wielu (w tym wielu z polecenia) i chociaż opinie są różne, to sama nie widzę wielkiej różnicy w jakości produktów droższych i tańszych. Lubię rozjaśniacze, które działają szybko, radykalnie i których nie muszą przetrzymywać na głowie przez godzinę, więc najlepiej wspominam Syoss ze zdjęcia i rozjaśniacz w proszku Goldwell stosowany z wodą 9%. Jak wiecie, mam wysokoporowate włosy z natury i od samej nasady, więc farbowanie wygląda w moim przypadku trochę inaczej niż u osób, których włosy są niskoporowate, lśniące i idealnie gładkie (o czym miałam okazję się naocznie przekonać, rozjaśniając się z koleżanką). Przede wszystkim, moje włosy wybielają się szybko i szybko też się niszczą. Dlatego uważam na czas i stosuję przy farbowaniu kosmetyki ochronne (od wielu miesięcy używam keratynowego spray'u ochronnego BlondMe z profesjonalnej linii Schwarzkopf i to naprawdę działa!). Jeśli Wasze włosy źle reagują na keratynę, jest też w czym wybierać wśród Olapleksów, Ultrapleksów i wszelkich innych x-pleksów ;) Tak więc nakładamy na włosy/dolewamy do rozjaśniacza kurację i pilnujemy czasu, zerkając na efekty ( szczególnie na to, czy włosy nie zaczynają ,,rozjeżdżać się" w dłoniach i czy kolorystycznie wszystko idzie zgodnie z planem).
Włosy już są niemal białe? Świetnie! Czas na dokładne oczyszczenie szamponem o prostym składzie z mocniejszym detergentem. Chodzi o to, żeby dokładnie usunąć pozostałości rozjaśniacza i dać niebieskiej farbie lub tonerowi jak najlepsze warunki do zabarwienia włosów. W tym wypadku, im mniej kondycjonerów i substancji odżywczych na powierzchni włosa, tym lepiej, bo włosom łatwiej będzie wchłonąć barwnik). Spiszą się tu wszystkie myjadła typu familijny, ziołowy, tani szampon.
Umyte włosy osączamy i dajemy im trochę podeschnąć. Nie jest to oczywiście jakiś jedynie słuszny sposób, ale mój własny trick, który oszczędza nerwy i farbę. Podeschnięte włosy lepiej wchłaniają kolor i od razu można się cieszyć ładną intensywnością.
Czas na zmywalną farbę. Nakładamy i dajemy działać. Jeśli farbujemy po raz pierwszy (lub nowym, nieznanym kosmetykiem), sprawdźmy co jakiś czas, jak z intensywnością koloru. Można np. wybrać sobie jakieś pasemko od spodu włosów, spłukać i jeśli dalej jest blado, nałożyć farbę drugi raz. Wprawdzie problemy częściej zdarzają się w drugą stronę (tj. trzeba trzymać dłużej niż zaleca producent), ale są wyjątki (jak np. arcykultowa pianka Venita) które po minucie są do zmycia.
Załóżmy, że wszystko się udało. Spłukaliśmy i chcemy jakoś włosy odżywić. Jak zrobić to tak, żeby z jednej strony podreperować kondycję, a z drugiej nie stracić koloru?

Pielęgnacja niebieskich włosów

Kolor, który kocham, jest zarazem bardzo kapryśny. Przede wszystkim, nie przepada za częstym myciem nierozcieńczonymi szamponami, nie lubi też alkoholu, twardej i słonej wody oraz długiego trzymania masek i odżywek. Dlatego uważam, że ważną rzeczą jest ochronić go bezpośrednio po farbowaniu ciężką, emolientową maską (najlepiej zawierającą i oleje i silikony), a jeśli włosy lubią proteiny, to wybrać maskę/odżywkę, w której jest po prostu wszystko: proteiny (np. keratynę), humektanty (np. sok z aloesu) i emolienty. Moim osobistym ulubieńcem jest oczywiście Hair Chemist ;). Jeśli też macie suche, łamliwe włosy, dorzućcie do specyfiku jeszcze trochę oleju. A jeżeli Wasze włosy lubią lżejszą pielęgnację, z czystym sercem polecam kosmetyki aloesowe Equilibra albo rodzimy O'Herbal: nie obciążają i nie wpływają źle na kolor.
Maskę w tym wypadku nakładamy na krótko (kwadrans wystarczy), a po umyciu i wysuszeniu chronimy serum silikonowym, olejkami lub mgiełkami bez spłukiwania, najlepiej z filtrem UV.
Serum silikonowe to konieczność wtedy, kiedy wybieramy się np. na basen albo planujemy wakacje nad morzem. Bez tego błyskawicznie niebieski zamienia się na mojej głowie w szarobury.



Co może pójść nie tak?

1. Kolor ,,nie chwyta", jest mdły i blady

 Jeśli to pierwsza koloryzacja, nie ma co się przejmować. Po prostu zmywalną farbę nakładamy przy kolejnym myciu. Jeśli włosy są wyjątkowo oporne, można też spróbować nakładania na sucho, przed myciem. Wprawdzie zużyjemy w ten sposób więcej farby lub tonera, ale nasycenie koloru wreszcie powinno być odpowiednie.

2. Kolor jest za ciemny/zbyt intensywny

Chcieliśmy pogodny błękit, a na głowie jest ciemny granat? Tak właśnie wyglądało moje pierwsze spotkanie z pianką Venita. Całe szczęście, koloryzacja zmywalna faktycznie jest zmywalna i bardzo pomaga jej w tym odżywka lub maska o prostym składzie (np. wszystkie wersje Kallosy, Serical Crema al Latte, Seri miodowa itp.) nałożona na długo i pod ciepłym kompresem. Niektórzy polecają także szampony przeciwłupieżowe i kilka myć pod rząd, ale z moich doświadczeń wynika, że odzywką lub maską da się osiągnąć to samo, a włosy wyglądają nieporównanie lepiej.

Jeśli zależy nam na jasnym, pastelowym odcieniu, już przed farbowaniem możemy zmieszać farbę z odżywką lub sięgnąć po toner, który zwykle daje dużo łagodniejsza barwę.

3. Kolor szarzeje

I to jest właśnie najczęstszy i najgorszy problem. Niestety, każda farba lubi trochę inne pH, jedne są mniej wrażliwe na detergenty, inne bardziej, każda trochę inaczej blaknie. Bardzo dużo zależy od tego, na ile wnikliwie przyglądacie się składom i temu, jak włosy reagują na poszczególne kosmetyki. Jak już wspomniałam w akapicie o pielęgnacji niebieskich włosów, farby nie lubią alkoholu i soli oraz mocnych detergentów. Nie dajmy się jednak zwariować, jeśli w szamponie, który i tak spłukujemy jest sól lub SLES (a są w znacznej większości), rozcieńczmy dla spokoju duszy i myjmy nim nadal. Radziłabym raczej unikać soli i alkoholu w odżywce lub serum, które trzymamy na głowie znacznie dłużej.
Smutna sprawa jest taka, że na szarzenie nie ma innej rady, jak odświeżanie koloru. Ja mam na to dwa patenty: słój odżywki wymieszanej z farbą do lekkich poprawek co kilka myć i słoiczek mikstury farba-serum do poprawek w tempie ekspresowym (nakładam --> suszę --> gotowe)

Jakich farb używam i czym się różnią?

Kiedy zaczynałam farbować końcówki na niebiesko, do wyboru w Polsce były: bibuła, błękit akwarystyczny (dziś już niedostępny) i tonery La Riche Directions (obecnie dostępne świetnie, wtedy bardzo kiepsko i tylko w rock-metal-shopach ;). Najbardziej lubiłam wtedy błękit akwarystyczny, który świetnie trzymał się włosów, nie szarzał, a farbowanie nim trwało może 2 minuty ;)
Teraz w produktach można już niemal przebierać ;) Na dzień dzisiejszy używam mieszanki  Marion Star Kolor w kolorze Lazur z pianką lub kremem Venita Trendy Color.


Moim zdecydowanym faworytem jest Marion Star Color. Włosy po farbowaniu są... są idealne. Bardzo lubię, kiedy kolor jest niebieski, nasycony, chłodny, ale nie szary. Jedyną wadą jest niezbyt dobra trwałość i tylko dlatego dodaję do niej Venity. Trzeba jednak oddać producentowi sprawiedliwość - ta koloryzacja naprawdę jest zmywalna i spłukuje się do końca.

Venita Trendy Color w wersji piankowej lub kremowej to klasyka, która farbuje szybko, ale bywa kapryśna przy wypłukiwaniu. Na pewno nie da się spłukać jej do końca i zostawia szarozieloną (pianka) lub szarą (krem) poświatę. Na pewno niemiłościwie barwi całe otoczenie. Za to trzyma się nieprzyzwoicie długo i jest nieprzyzwoicie wydajna, biorąc pod uwagę jej cenę. Kosmiczny Błękit to kolorek nasycony barwnikiem po zbóju, a Morska Fala nie tyle jest pięknym turkusem (tak dobrze tylko w 1-dniowym sprayu, niestety), a po prostu rozcieńczoną wersją poprzedniczki. Dodam jeszcze tylko, że krem jest dużo łatwiejszy w obsłudze.

Powinnam też napisać co nieco o tonerze La Riche Directions. Używałam różnych kolorów, ale do farbowania na niebiesko tylko odcienia Atlantic Blue. Kolorek ładny, nie powiem. Błękit i do tego intensywny, jak trzeba. Jednak biorąc pod uwagę bardzo słabą wydajność, to jak szybko się zmywa i jaka jest jego cena... brrrr. Wolę wydać pół wypłaty na perfumy ;)

Ale najgorszym bublem, jaki dorwałam w drogerii jest zdecydowanie Schwarzkopf Live (dodaję link tylko do swojej recenzji, bo inne kolory są oceniane o wiele lepiej). Niestety, turkusowa farba jest beznadziejna: za gęsta (wręcz niemożliwa do swobodnego, dokładnego nałożenia), kiepsko chwyta i szybko się zmywa. Podobnie, jak w przypadku La Riche, konieczne są poprawki bez przerwy.

Poniżej dorzucam jeszcze zdjęcia porównawcze, oczywiście bez podkręcania kolorów w programie graficznym. Każde jest wykonane po myciu-dwóch od farbowania i doskonale widać, jak bardzo brzydko potrafi zmywać się ten kolor...



od lewej: 1. Marion Star Color Lazur razem z Venitą Color Cream Kosmiczny Błękit, 2. Marion Star Color Lazur, 3.Venita Pianka Morska Fala, 4. Shwarzkopf Live Turquoise

Miałyście/macie niebieskie włosy lub nosicie jakiś inny, mocny kolor? Może chcecie się podzielić Waszymi sposobami na udane farbowanie albo pielęgnację? 

piątek, 13 kwietnia 2018

Jak pozbyć się wrastających włosków? Domowe sposoby, półprodukty i gotowe kosmetyki

Depilacja z zasady ma służyć temu, żeby skóra była gładsza, prawda? Tymczasem, bez względu na to, czy zaciska się zęby sięgając po depilator/wosk/cukier, czy nie zaciska, używając depilacji światłem, można dorobić się czegoś, co gładkie zdecydowanie nie jest. Górki, krostki, czerwone kropki. Dziś o nich. A dokładniej o tym, jak się ich pozbyć albo przynajmniej - ograniczyć powstawanie.

Dlaczego włos wrasta?

To, że mu się zdarza, nie jest niczym niezwykłym. Włos, który został wyrwany, musi przejść przez warstwę rogową skóry, co nie zawsze jest proste. Końcówka włosa jest cienka, za to skóra pokryta pewną warstwą martwych komórek o sporej zawartości dość twardego białka, którym jest keratyna. Włos, który napotyka twardą powierzchnię skóry, ,,odbija" od niej kierunek wzrostu  i rośnie tam, gdzie mu łatwiej, czyli pod warstwą rogową. Powstaje charakterystyczna ,,górka", która czasami robi się czerwoną krostką, bywa, że wypełnioną ropą.
Wrastanie włosów jest znacznie częstsze, kiedy mamy do czynienia z rogowaceniem okołomieszkowym. Jest to przypadłość polegająca na tym, że w okolicy mieszków włosowych komórki szybciej i intensywniej rogowacieją tj. obumierają i wypełniają się twardą keratyną. Mieszki włosowe są wówczas zablokowane, wręcz ,,zalepione" mieszanką martwych komórek naskórka i łoju, któremu trudno jest swobodnie rozprzestrzeniać się po skórze. Wyglądają jak trwała ,,gęsia skórka" lub krostki. Jak łatwo się domyślić, pielęgnacja takiej skóry po depilacji jest raczej trudna, ale są zasady, które pomogą i w tym wypadku.



Jaką mamy strategię? 

Ze samym włosem niewiele zrobimy, bo raczej nie zależy nam na jego wzmocnieniu (w końcu nie po to go wyrwaliśmy). Za to pozostaje naskórek, z którego można usunąć więcej martwych komórek warstwy rogowej i tym samym go zmiękczyć. Osiągniemy to, rzecz jasna, za pomocą peelingów. Można sięgnąć po kawę, cukier sól, mąkę migdałową oraz gotowe scruby. Wszystkie równomiernie usuną nadmiar martwych komórek z powierzchni skóry i przyjemnie ją wygładzą. Po peelingu skórę raczymy balsamem lub olejkiem (najlepiej na wilgotne ciało) i podstawowa pielęgnacja skóry po depilacji już za nami. To jednak wystarcza w naprawdę niewielu wypadkach.

Warto zauważyć, że szczególnie chodzi nam o to, żeby dokładnie oczyścić i zmiękczyć okolice samego mieszka włosowego, a tego ziarenka kawy raczej nie zapewnią. Z pomocą przychodzą za to składniki kosmetyków do pielęgnacji.

Co pomoże? 

Konkrety są następujące: kwasy DHA i BHA oraz mocznik. Działanie wszystkich tych substancji jest z grubsza podobne: ułatwiają keratynie nawiązanie bliższej relacji z wodą. W mniejszych stężeniach wpływ na wiązania wodorowe uwidacznia się przede wszystkim w ten sposób, że skóra wiąże w sobie więcej wody, czyli po prostu jest dobrze nawilżona, natomiast we dużych - zaczyna robić się w tej wodzie częściowo rozpuszczalna. Mocznik ułatwia pozbycie się martwych komórek od zawartości ok. 10% w kosmetykach, kwas salicylowy - już od 1%, natomiast kwasy owocowe od 5%, przy jednoczesnym, wyraźnie kwaśnym odczynie (pH na poziomie 3-4,5).
Kosmetykami z kwasami i mocznikiem smarujemy się po wieczornym prysznicu lub kąpieli. Możemy użyć balsamu, ale możemy też serum, nic też nie stoi na przeszkodzie, żeby zrobić kwasowy peeling, taki jak stosujemy na twarz. Ważne jest natomiast to, że trzymamy się najważniejszych reguł, które wyznaczył producent, czyli: spłukujemy te, które producent zaleca spłukiwać, nie wychodzimy z nimi na słońce, chronimy skórę przed UV, odstawiamy w przypadku alergii lub podrażnienia.

A może sprawdzone przykłady?

Kosmetyki złuszczające z mocznikiem i kwasami wcale nie muszą być z definicji przeznaczone do pielęgnacji skóry po depilacji. Powiem więcej: są tak określane raczej rzadko. Z powodzeniem natomiast może do być np. balsam do pielęgnacji atopowej skóry ciała albo do pękających pięt i szorstkich kolan i łokci. W czym można wybierać?

-Olejek salicylowy, własnej roboty lub gotowy (taki, jak np. Salicylol, czyli 5% kwasu salicylowego w naturalnym oleju). Jeśli zdecydujemy się na samodzielne przygotowane, pamiętajmy, żeby kwas wcześniej zważyć. Olejek tego typu jest super wyborem, jeśli ktoś nie ma uczulenia na salicylany (ja niestety od zeszłego roku mam). Polecam przed użyciem rozcieńczyć go tj, wymieszać w proporcjach 1:1 z dowolnym olejkiem roślinnym lub oliwką. Skórę smarować można od razu po depilacji, przed myciem (dobrze usuwa pozostałości wosku na zimno). Szczególnie lubiłam traktować nim obszar po depilacji meszku nad górną wargą. Efekty? Zero czerwonych kropek, zero krostek, zero wrastania.
Problematyczne miejsca, w których włosy lubią nam wrastać, możemy nim traktować też po kąpieli, codziennie lub co 2-3 dni. Warto wyczuć tutaj swoje potrzeby, bo kwas salicylowy stosowany dłuższy czas lubi podrażnić. Obowiązkowo podczas jego stosowania, stosujemy też filtry UV.

-Kremy zmiekczająco-złuszczające z mocznikiem typu Ziaja Med, Kuracja Ultranawilżająca Mocznik 15% lub Acerin Lavendi. Oba mają świetne ceny, a że są do stóp? Nic nie szkodzi! (a gdyby ktoś miał watpliwości, zapraszam do przeczytania tego wpisu) Sprawdzą się przy wrastających włoskach, a stopy też się ucieszą. Krem z mocznikiem po prostu nakładamy na czystą skórę po kąpieli raz na dzień.

-Kremy lub maści zmiekczajaco-złuszczające z mocznikiem i kwasami np. Pilarix albo Hasceral. Kremy tego typu służą do pielęgnacji problematycznej skóry z rogowaceniem przymieszkowym lub atopią. Kultowy Pilarix ma aż 20% mocznika i 2% kwasu salicylowego i po samych opiniach w KWC widać, że to naprawdę skuteczny środek. Również Hasceral, z 10% mocznika i 5% kwasu salicylowego, świetnie sobie radzi ze zrogowaciałym naskórkiem. Skoro już mowa o kwasie salicylowym, do znudzenia powtarzać będę dwa krótką frazę: krem z filtrem.

-Kosmetyki z kwasami AHA i BHA (kremy, serum, toniki i peelingi) np. Tonik lub Serum Bielenda Super Power Mezo (ufff, cóż za nazwa ;) z kwasami migdałowym i laktobionowym, peeling Bielenda Professional z kwasem salicylowym, migdałowym, azelainowym i mlekowym, domowej roboty toniki i peelingi z kwasami itp. Przyznam szczerze, że mimo tego, że kwasy są skuteczne, polecam tą grupę jakby mniej. Przede wszystkim, każdy kosmetyk różni się stężeniem i rodzajem kwasu, więc każdego używa się nieco inaczej (np. jeśli chodzi o czas działania, spłukiwanie, częstość stosowania itd.). Drugą sprawą jest to, że kwasy po prostu są droższe, a do tego lubią podrażnić skórę i wymuszają to, żeby bardzo ostrożnie się z nią potem obchodzić. Nie ukrywam jednak, że jak nic innego radzą sobie w okolicach, gdzie po wrastających włoskach pozostały przebarwienia i blizny lub u osób, które dodatkowo w okolicach, gdzie wrastają włosy, mają też problemy z trądzikiem lub krostkami zapalnymi (np. na ramionach). Wówczas fajnie jest móc zadbać o skórę na ciele równie kompleksowo, jak na twarzy. Pamiętajmy, że ciału nie zaszkodzi pielęgnacja przeznaczona do twarzy, pod warunkiem, że podobnie, jak chronimy buźkę przed UV, nie zapomnimy o wysokim filtrze na resztę skóry.

czwartek, 5 kwietnia 2018

Lato we flakonie. Balmain Ivoire.

Wyobraźcie sobie, że jakimś cudem z przeciętnie ciepłej wiosny, w której wypatrujecie pojedynczych, soczyście zielonych źdźbełek trawy, zrobił się pełen rozkwit lata. Jest zielono i soczyście, a słońce nagrzewa całe mnóstwo kwiatów i traw, których gatunków wprawdzie nie znacie , ale wystarczy Wam do szczęścia chwila błogiego lenistwa, ich naturalny wdzięk i przede wszystkim - obezwładniający zapach.

To właśnie Ivoire rodem z domu mody Balmain (nawiasem mówiąc, bardzo, ale to bardzo nie kojarzy mi się z ich projektami). Zapach tak naturalny, a zarazem poetycko pozbawiony realizmu, że nawet taki sympatyk kwiatowych nut jak ja (czyli mierny sympatyk) nie może przejść koło niego obojętnie.


Bez wątpienia nie ma sensu przeczyć temu, że główną nutą Ivoire jest galbanum. Cóż to takiego? Żywica rośliny nazywanej zapalniczką galbanową, nieco podobnej z wyglądu do np. kopru. Nie pachnie jednak jak koper, ale... no właśnie... pachnie dosyć kapryśnie. Z bliska i samodzielnie niechętna do współpracy, ostra, przecząca romantyzmowi, przypomina raczej o kosiarce i całym dniu strzyżenia trawy. Kawałek dalej od nosa, jest zapachem łąki, oddającej swoją woń późnym popołudniem, delikatnym, przybierającym i tracącym na sile, drgającym i żyjącym do tego stopnia, że nawet oddech noszącej osoby wydaje się go poruszać. Nie straszy kosiarką, przeciwnie - zaprasza, żeby rzucić wszystkie obowiązki. Okazuje się ciepły, przyjacielski, tak ciepły i przyjacielski, że wręcz nierealny. Czujesz wiatr przewiewający przestrzeń łąki, ale czy ona jest a pewno zaczepiona w konkretnej czasoprzestrzeni? Ma zdaje się więcej wspólnego ze snem Alicji w Krainie Czarów. Tam właśnie kwiaty nabierają kobiecych cech, eleganckie i przyprószone pudrowym woalem, tam też upadki łagodzone czarami kończą się zawsze miękkim lądowaniem prosto w ciepłą ziemię ze słodkim runem, usłaną aksamitną wanilią i mydlanymi wiórkami.

Schodząc na ziemię (pragmatyczną, nie tą z poprzedniego zdania ;), dodam jeszcze, że urok tych perfum polega w znacznym stopniu na unikalnej projekcji. Jednocześnie nie są mocne i otoczenie je wyczuwa. Po prostu emanują swoim klimatem.

Polecam powąchać. Sama raczej nie będę nosić Ivoire bardzo często (nadal wolę klimaty drzewnych uniseksów i wetiwerowych męskich wód), ale niejeden udany dzień jeszcze przed nami ;) Natomiast jeśli ktoś szuka woni kobiecej i eleganckiej, ale też niebanalnej i z miejscem dla wyobraźni, polecam sprawić sobie miniaturkę na wiosnę.

sobota, 31 marca 2018

Maść tygrysia - zróbcie to sami w domu!

Czy jest choć jedna osoba, która urodziła się w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku (jak to brzmi... ;) i nie pamięta maści z tygryskiem? Ja nie tylko pamiętam, ale też kocham ów wyrób wielką miłością. Te nieznane litery, ten tajemniczy zapach, ta maleńka, czerwona puszka z tygryskiem. I to, chciałoby się rzec, niesamowite działanie.
Jedni lubią Tygryska za to, że pomaga pozbyć się katarów i przeziębień. Inni doceniają to, że pomaga dojść do siebie, kiedy mamy nadwyrężone treningiem mięśnie. Jeszcze inni stosują go do dezynfekcji drobnych ranek, a nawet wcierają w paznokcie, żeby szybciej rosły. A ja lubię go za... zapach po prostu i zdolność do generowania wspomnień.



Dlatego dziś:
Przepis na maść tygrysią
(trochę zmodyfikowany, za to z łatwiejszych do znalezienia składników)

Potrzebujemy:
-opakowanie wazeliny kosmetycznej bez zapachu (zwykła, biała wazelina) - 50g
-olej kamforowy - 15 kropli
-olejek eukaliptusowy - 15 kropli
-olejek cynamonowy (może być z kory, może być z liści) - 15 kropli
-olejek miętowy - 15 kropli

Jak to zrobić:
W metalowym kubeczku/misce lub zlewce ogrzewamy wazelinę, aż stanie się płynna. Jeśli jest bardzo gorąca, przez chwilę ją studzimy, ponieważ w przeciwnym razie, wkroplone olejki nam szybko odparują. Kiedy jest po prostu ciepła, dodajemy kolejno każdy z olejków, mieszamy, nalewamy do słoiczka i jest.

Zaraz, zaraz, wspomniałam coś o generowaniu wspomnień...

To może jeszcze jeden przepis:



Tygrysowe świeczki do masażu
Znacznie lżejsze, jeśli chodzi o ilości olejków i przez to bardziej odpowiednie na większe partie ciała. Świece o takim składzie, topią się w niskiej temperaturze i łatwiej po prostu doczekać do momentu, gdy mamy co nieco stopionego masła do wtarcia w skórę.

Potrzebujemy:
-masło shea - 100g
-wosk pszczeli - łyżeczka
-olejek eukaliptusowy - 2-3 krople
-olejek cynamonowy (może być z kory, może być z liści) - 2-3 krople
-olejek miętowy - 2-3 krople
-bawełniany sznurek na knot

Jak to zrobić:
Pojemnik, w którym umieścimy świecę (np. słoiczek, świecznik do tealightów albo szklanka) wkładamy do zamrażarki (zaraz wyjaśnię czemu). W metalowym kubeczku/misce lub zlewce ogrzewamy masło shea i wosk, aż staną się płynne. Podobnie, uważając na temperaturę, dodajemy kolejno olejki. Teraz czas na sznurek. Taki, który po prostu wsadzimy w płynną świecę, na pewno zacznie wypływać ku górze. Dlatego moczymy go w ciepłej ,,masie świecowej" i mocujemy do denka zimnego naczynia (świeca szybciej stężeje). Wlewamy odrobinę świecy na dno. Wstawiamy do zamrażarki. Kiedy denko stężeje po prostu wlewamy całą resztę.

No to mielibyśmy to, co tygryski lubią najbardziej ;) A Wy, lubicie tygrysią maść? Jak jej używacie?