wtorek, 24 kwietnia 2018

Niebieskie włosy - jak i czym farbować i jak utrzymać kolor?

Niebieskie włosy noszę już... hmmm... nawet uwzględniając przerwy, to będzie z 1/3 życia ;) Przez ten czas sporą ilość razy zmieniałam farby, konkretny odcień i sposób pielęgnacji. Kilkanaście lat temu niebieskie lub turkusowe końcówki nie były codziennością, często dziwiły i prowokowały sporo pytań. Teraz, kiedy ktoś komentuje mój kolor włosów, najczęściej pyta tylko o to, jak go uzyskać na ciemnym brązie i ewentualnie, co robię, żeby się szybko nie wypłukiwał. Znajomi dorzucają do tego czasem nieśmiertelne: czy nie jestem na to za stara? ;) Na to ostatnie pytanie nie odpowiem, za to napiszę parę słów o tym, co dokładnie robię, czego nie polecam, jak i czym się farbuję. Lecimy:

Jak zrobić niebieskie włosy na jeden dzień?

Jeśli na co dzień lubimy swoje cięcie i kolor, a chcemy odmiany na chwilę, mamy dwie możliwości: całkowicie zmywalny, jednodniowy spray albo kredę do włosów.
Pisząc ,,zmywalny spray", mam właściwie na myśli 2 spraye: biały i niebieski. Biały jest w tym wypadku bazą, na której kolor będzie nasycony i intensywny, choćby nasze naturalne włosy były kruczoczarne. Na niego ląduje kolor, a na to lakier, dzięki któremu kolor jest na włosach, a nie na ciuchach. Nie stosuję tego rozwiązania zbyt często, ale zdarza mi się czasami ratować w ten sposób nieudane farbowanie (szczególnie w upięciu) albo kolorować włosy na większej powierzchni niż zazwyczaj noszę. I prawdę powiedziawszy, nawet supertani spray Venita sprawdza się w tym wypadku nieskazitelnie! Kolor nasycony, jak trzeba, kondycja włosów raczej się nie pogarsza i zmywa się w całości zwykłym szamponem.
Drugą opcją jest kreda do włosów. Lubię ją za to, że z łatwością można nią robić pasemka i refleksy, ale na większej powierzchni włosów nanoszenie kredy to już droga przez mękę.

Jak ufarbować się na niebiesko na dłużej? 

Załóżmy, że niebieski nam się spodobał i chcielibyśmy nosić go na stałe. Pierwsza (i smutna) informacja jest taka, że nie znajdziemy trwałej farby w tym kolorze. Niekiedy producenci oferują farby zmywalne, niekiedy określają ją rozmytym terminem ,,koloryzacja półtrwała". W praktyce oznacza to, że trzeba będzie ją odświeżać, żeby zachowała kolor, ale już dla odmiany nie zmyjemy jej do końca i na włosach pozostanie wyblakły kolor albo przynajmniej poświata.
Półtrwałe farby działają dokładnie tak, jak zamalowanie kartki akwarelami. Intuicyjnie wszyscy wiemy, że jeśli kartka jest czarna lub brązowa, ciężko będzie zobaczyć na niej kolor farby, a jeśli jest czerwona lub żółta, zamiast niebieskiego naszym oczom ukaże się bury brąz lub zieleń. Kartka, to znaczy: włosy, muszą być prawie białe. I tu przechodzimy do sedna...

Jednodniowy spray nie wymaga rozjaśnienia, ale półtrwała, zmywalna farba lub toner - niestety tak

Jak to wygląda w praktyce?

O ile nie jesteśmy jasnymi blondynkami, zaczynamy od rozjaśniania.
Rozjaśnianie jest oczywiście dość drastycznym i najgorszym dla kondycji włosów etapem. Dlatego zachęcam, żeby wybrać się do fryzjera albo robić to w domu z pomocą kogoś, kto pomoże i zerknie na włosy w trakcie. Dość trudnym wyborem, jest wybór samego rozjaśniacza. Używałam już naprawdę wielu (w tym wielu z polecenia) i chociaż opinie są różne, to sama nie widzę wielkiej różnicy w jakości produktów droższych i tańszych. Lubię rozjaśniacze, które działają szybko, radykalnie i których nie muszą przetrzymywać na głowie przez godzinę, więc najlepiej wspominam Syoss ze zdjęcia i rozjaśniacz w proszku Goldwell stosowany z wodą 9%. Jak wiecie, mam wysokoporowate włosy z natury i od samej nasady, więc farbowanie wygląda w moim przypadku trochę inaczej niż u osób, których włosy są niskoporowate, lśniące i idealnie gładkie (o czym miałam okazję się naocznie przekonać, rozjaśniając się z koleżanką). Przede wszystkim, moje włosy wybielają się szybko i szybko też się niszczą. Dlatego uważam na czas i stosuję przy farbowaniu kosmetyki ochronne (od wielu miesięcy używam keratynowego spray'u ochronnego BlondMe z profesjonalnej linii Schwarzkopf i to naprawdę działa!). Jeśli Wasze włosy źle reagują na keratynę, jest też w czym wybierać wśród Olapleksów, Ultrapleksów i wszelkich innych x-pleksów ;) Tak więc nakładamy na włosy/dolewamy do rozjaśniacza kurację i pilnujemy czasu, zerkając na efekty ( szczególnie na to, czy włosy nie zaczynają ,,rozjeżdżać się" w dłoniach i czy kolorystycznie wszystko idzie zgodnie z planem).
Włosy już są niemal białe? Świetnie! Czas na dokładne oczyszczenie szamponem o prostym składzie z mocniejszym detergentem. Chodzi o to, żeby dokładnie usunąć pozostałości rozjaśniacza i dać niebieskiej farbie lub tonerowi jak najlepsze warunki do zabarwienia włosów. W tym wypadku, im mniej kondycjonerów i substancji odżywczych na powierzchni włosa, tym lepiej, bo włosom łatwiej będzie wchłonąć barwnik). Spiszą się tu wszystkie myjadła typu familijny, ziołowy, tani szampon.
Umyte włosy osączamy i dajemy im trochę podeschnąć. Nie jest to oczywiście jakiś jedynie słuszny sposób, ale mój własny trick, który oszczędza nerwy i farbę. Podeschnięte włosy lepiej wchłaniają kolor i od razu można się cieszyć ładną intensywnością.
Czas na zmywalną farbę. Nakładamy i dajemy działać. Jeśli farbujemy po raz pierwszy (lub nowym, nieznanym kosmetykiem), sprawdźmy co jakiś czas, jak z intensywnością koloru. Można np. wybrać sobie jakieś pasemko od spodu włosów, spłukać i jeśli dalej jest blado, nałożyć farbę drugi raz. Wprawdzie problemy częściej zdarzają się w drugą stronę (tj. trzeba trzymać dłużej niż zaleca producent), ale są wyjątki (jak np. arcykultowa pianka Venita) które po minucie są do zmycia.
Załóżmy, że wszystko się udało. Spłukaliśmy i chcemy jakoś włosy odżywić. Jak zrobić to tak, żeby z jednej strony podreperować kondycję, a z drugiej nie stracić koloru?

Pielęgnacja niebieskich włosów

Kolor, który kocham, jest zarazem bardzo kapryśny. Przede wszystkim, nie przepada za częstym myciem nierozcieńczonymi szamponami, nie lubi też alkoholu, twardej i słonej wody oraz długiego trzymania masek i odżywek. Dlatego uważam, że ważną rzeczą jest ochronić go bezpośrednio po farbowaniu ciężką, emolientową maską (najlepiej zawierającą i oleje i silikony), a jeśli włosy lubią proteiny, to wybrać maskę/odżywkę, w której jest po prostu wszystko: proteiny (np. keratynę), humektanty (np. sok z aloesu) i emolienty. Moim osobistym ulubieńcem jest oczywiście Hair Chemist ;). Jeśli też macie suche, łamliwe włosy, dorzućcie do specyfiku jeszcze trochę oleju. A jeżeli Wasze włosy lubią lżejszą pielęgnację, z czystym sercem polecam kosmetyki aloesowe Equilibra albo rodzimy O'Herbal: nie obciążają i nie wpływają źle na kolor.
Maskę w tym wypadku nakładamy na krótko (kwadrans wystarczy), a po umyciu i wysuszeniu chronimy serum silikonowym, olejkami lub mgiełkami bez spłukiwania, najlepiej z filtrem UV.
Serum silikonowe to konieczność wtedy, kiedy wybieramy się np. na basen albo planujemy wakacje nad morzem. Bez tego błyskawicznie niebieski zamienia się na mojej głowie w szarobury.



Co może pójść nie tak?

1. Kolor ,,nie chwyta", jest mdły i blady

 Jeśli to pierwsza koloryzacja, nie ma co się przejmować. Po prostu zmywalną farbę nakładamy przy kolejnym myciu. Jeśli włosy są wyjątkowo oporne, można też spróbować nakładania na sucho, przed myciem. Wprawdzie zużyjemy w ten sposób więcej farby lub tonera, ale nasycenie koloru wreszcie powinno być odpowiednie.

2. Kolor jest za ciemny/zbyt intensywny

Chcieliśmy pogodny błękit, a na głowie jest ciemny granat? Tak właśnie wyglądało moje pierwsze spotkanie z pianką Venita. Całe szczęście, koloryzacja zmywalna faktycznie jest zmywalna i bardzo pomaga jej w tym odżywka lub maska o prostym składzie (np. wszystkie wersje Kallosy, Serical Crema al Latte, Seri miodowa itp.) nałożona na długo i pod ciepłym kompresem. Niektórzy polecają także szampony przeciwłupieżowe i kilka myć pod rząd, ale z moich doświadczeń wynika, że odzywką lub maską da się osiągnąć to samo, a włosy wyglądają nieporównanie lepiej.

Jeśli zależy nam na jasnym, pastelowym odcieniu, już przed farbowaniem możemy zmieszać farbę z odżywką lub sięgnąć po toner, który zwykle daje dużo łagodniejsza barwę.

3. Kolor szarzeje

I to jest właśnie najczęstszy i najgorszy problem. Niestety, każda farba lubi trochę inne pH, jedne są mniej wrażliwe na detergenty, inne bardziej, każda trochę inaczej blaknie. Bardzo dużo zależy od tego, na ile wnikliwie przyglądacie się składom i temu, jak włosy reagują na poszczególne kosmetyki. Jak już wspomniałam w akapicie o pielęgnacji niebieskich włosów, farby nie lubią alkoholu i soli oraz mocnych detergentów. Nie dajmy się jednak zwariować, jeśli w szamponie, który i tak spłukujemy jest sól lub SLES (a są w znacznej większości), rozcieńczmy dla spokoju duszy i myjmy nim nadal. Radziłabym raczej unikać soli i alkoholu w odżywce lub serum, które trzymamy na głowie znacznie dłużej.
Smutna sprawa jest taka, że na szarzenie nie ma innej rady, jak odświeżanie koloru. Ja mam na to dwa patenty: słój odżywki wymieszanej z farbą do lekkich poprawek co kilka myć i słoiczek mikstury farba-serum do poprawek w tempie ekspresowym (nakładam --> suszę --> gotowe)

Jakich farb używam i czym się różnią?

Kiedy zaczynałam farbować końcówki na niebiesko, do wyboru w Polsce były: bibuła, błękit akwarystyczny (dziś już niedostępny) i tonery La Riche Directions (obecnie dostępne świetnie, wtedy bardzo kiepsko i tylko w rock-metal-shopach ;). Najbardziej lubiłam wtedy błękit akwarystyczny, który świetnie trzymał się włosów, nie szarzał, a farbowanie nim trwało może 2 minuty ;)
Teraz w produktach można już niemal przebierać ;) Na dzień dzisiejszy używam mieszanki  Marion Star Kolor w kolorze Lazur z pianką lub kremem Venita Trendy Color.


Moim zdecydowanym faworytem jest Marion Star Color. Włosy po farbowaniu są... są idealne. Bardzo lubię, kiedy kolor jest niebieski, nasycony, chłodny, ale nie szary. Jedyną wadą jest niezbyt dobra trwałość i tylko dlatego dodaję do niej Venity. Trzeba jednak oddać producentowi sprawiedliwość - ta koloryzacja naprawdę jest zmywalna i spłukuje się do końca.

Venita Trendy Color w wersji piankowej lub kremowej to klasyka, która farbuje szybko, ale bywa kapryśna przy wypłukiwaniu. Na pewno nie da się spłukać jej do końca i zostawia szarozieloną (pianka) lub szarą (krem) poświatę. Na pewno niemiłościwie barwi całe otoczenie. Za to trzyma się nieprzyzwoicie długo i jest nieprzyzwoicie wydajna, biorąc pod uwagę jej cenę. Kosmiczny Błękit to kolorek nasycony barwnikiem po zbóju, a Morska Fala nie tyle jest pięknym turkusem (tak dobrze tylko w 1-dniowym sprayu, niestety), a po prostu rozcieńczoną wersją poprzedniczki. Dodam jeszcze tylko, że krem jest dużo łatwiejszy w obsłudze.

Powinnam też napisać co nieco o tonerze La Riche Directions. Używałam różnych kolorów, ale do farbowania na niebiesko tylko odcienia Atlantic Blue. Kolorek ładny, nie powiem. Błękit i do tego intensywny, jak trzeba. Jednak biorąc pod uwagę bardzo słabą wydajność, to jak szybko się zmywa i jaka jest jego cena... brrrr. Wolę wydać pół wypłaty na perfumy ;)

Ale najgorszym bublem, jaki dorwałam w drogerii jest zdecydowanie Schwarzkopf Live (dodaję link tylko do swojej recenzji, bo inne kolory są oceniane o wiele lepiej). Niestety, turkusowa farba jest beznadziejna: za gęsta (wręcz niemożliwa do swobodnego, dokładnego nałożenia), kiepsko chwyta i szybko się zmywa. Podobnie, jak w przypadku La Riche, konieczne są poprawki bez przerwy.

Poniżej dorzucam jeszcze zdjęcia porównawcze, oczywiście bez podkręcania kolorów w programie graficznym. Każde jest wykonane po myciu-dwóch od farbowania i doskonale widać, jak bardzo brzydko potrafi zmywać się ten kolor...



od lewej: 1. Marion Star Color Lazur razem z Venitą Color Cream Kosmiczny Błękit, 2. Marion Star Color Lazur, 3.Venita Pianka Morska Fala, 4. Shwarzkopf Live Turquoise

Miałyście/macie niebieskie włosy lub nosicie jakiś inny, mocny kolor? Może chcecie się podzielić Waszymi sposobami na udane farbowanie albo pielęgnację? 

piątek, 13 kwietnia 2018

Jak pozbyć się wrastających włosków? Domowe sposoby, półprodukty i gotowe kosmetyki

Depilacja z zasady ma służyć temu, żeby skóra była gładsza, prawda? Tymczasem, bez względu na to, czy zaciska się zęby sięgając po depilator/wosk/cukier, czy nie zaciska, używając depilacji światłem, można dorobić się czegoś, co gładkie zdecydowanie nie jest. Górki, krostki, czerwone kropki. Dziś o nich. A dokładniej o tym, jak się ich pozbyć albo przynajmniej - ograniczyć powstawanie.

Dlaczego włos wrasta?

To, że mu się zdarza, nie jest niczym niezwykłym. Włos, który został wyrwany, musi przejść przez warstwę rogową skóry, co nie zawsze jest proste. Końcówka włosa jest cienka, za to skóra pokryta pewną warstwą martwych komórek o sporej zawartości dość twardego białka, którym jest keratyna. Włos, który napotyka twardą powierzchnię skóry, ,,odbija" od niej kierunek wzrostu  i rośnie tam, gdzie mu łatwiej, czyli pod warstwą rogową. Powstaje charakterystyczna ,,górka", która czasami robi się czerwoną krostką, bywa, że wypełnioną ropą.
Wrastanie włosów jest znacznie częstsze, kiedy mamy do czynienia z rogowaceniem okołomieszkowym. Jest to przypadłość polegająca na tym, że w okolicy mieszków włosowych komórki szybciej i intensywniej rogowacieją tj. obumierają i wypełniają się twardą keratyną. Mieszki włosowe są wówczas zablokowane, wręcz ,,zalepione" mieszanką martwych komórek naskórka i łoju, któremu trudno jest swobodnie rozprzestrzeniać się po skórze. Wyglądają jak trwała ,,gęsia skórka" lub krostki. Jak łatwo się domyślić, pielęgnacja takiej skóry po depilacji jest raczej trudna, ale są zasady, które pomogą i w tym wypadku.



Jaką mamy strategię? 

Ze samym włosem niewiele zrobimy, bo raczej nie zależy nam na jego wzmocnieniu (w końcu nie po to go wyrwaliśmy). Za to pozostaje naskórek, z którego można usunąć więcej martwych komórek warstwy rogowej i tym samym go zmiękczyć. Osiągniemy to, rzecz jasna, za pomocą peelingów. Można sięgnąć po kawę, cukier sól, mąkę migdałową oraz gotowe scruby. Wszystkie równomiernie usuną nadmiar martwych komórek z powierzchni skóry i przyjemnie ją wygładzą. Po peelingu skórę raczymy balsamem lub olejkiem (najlepiej na wilgotne ciało) i podstawowa pielęgnacja skóry po depilacji już za nami. To jednak wystarcza w naprawdę niewielu wypadkach.

Warto zauważyć, że szczególnie chodzi nam o to, żeby dokładnie oczyścić i zmiękczyć okolice samego mieszka włosowego, a tego ziarenka kawy raczej nie zapewnią. Z pomocą przychodzą za to składniki kosmetyków do pielęgnacji.

Co pomoże? 

Konkrety są następujące: kwasy DHA i BHA oraz mocznik. Działanie wszystkich tych substancji jest z grubsza podobne: ułatwiają keratynie nawiązanie bliższej relacji z wodą. W mniejszych stężeniach wpływ na wiązania wodorowe uwidacznia się przede wszystkim w ten sposób, że skóra wiąże w sobie więcej wody, czyli po prostu jest dobrze nawilżona, natomiast we dużych - zaczyna robić się w tej wodzie częściowo rozpuszczalna. Mocznik ułatwia pozbycie się martwych komórek od zawartości ok. 10% w kosmetykach, kwas salicylowy - już od 1%, natomiast kwasy owocowe od 5%, przy jednoczesnym, wyraźnie kwaśnym odczynie (pH na poziomie 3-4,5).
Kosmetykami z kwasami i mocznikiem smarujemy się po wieczornym prysznicu lub kąpieli. Możemy użyć balsamu, ale możemy też serum, nic też nie stoi na przeszkodzie, żeby zrobić kwasowy peeling, taki jak stosujemy na twarz. Ważne jest natomiast to, że trzymamy się najważniejszych reguł, które wyznaczył producent, czyli: spłukujemy te, które producent zaleca spłukiwać, nie wychodzimy z nimi na słońce, chronimy skórę przed UV, odstawiamy w przypadku alergii lub podrażnienia.

A może sprawdzone przykłady?

Kosmetyki złuszczające z mocznikiem i kwasami wcale nie muszą być z definicji przeznaczone do pielęgnacji skóry po depilacji. Powiem więcej: są tak określane raczej rzadko. Z powodzeniem natomiast może do być np. balsam do pielęgnacji atopowej skóry ciała albo do pękających pięt i szorstkich kolan i łokci. W czym można wybierać?

-Olejek salicylowy, własnej roboty lub gotowy (taki, jak np. Salicylol, czyli 5% kwasu salicylowego w naturalnym oleju). Jeśli zdecydujemy się na samodzielne przygotowane, pamiętajmy, żeby kwas wcześniej zważyć. Olejek tego typu jest super wyborem, jeśli ktoś nie ma uczulenia na salicylany (ja niestety od zeszłego roku mam). Polecam przed użyciem rozcieńczyć go tj, wymieszać w proporcjach 1:1 z dowolnym olejkiem roślinnym lub oliwką. Skórę smarować można od razu po depilacji, przed myciem (dobrze usuwa pozostałości wosku na zimno). Szczególnie lubiłam traktować nim obszar po depilacji meszku nad górną wargą. Efekty? Zero czerwonych kropek, zero krostek, zero wrastania.
Problematyczne miejsca, w których włosy lubią nam wrastać, możemy nim traktować też po kąpieli, codziennie lub co 2-3 dni. Warto wyczuć tutaj swoje potrzeby, bo kwas salicylowy stosowany dłuższy czas lubi podrażnić. Obowiązkowo podczas jego stosowania, stosujemy też filtry UV.

-Kremy zmiekczająco-złuszczające z mocznikiem typu Ziaja Med, Kuracja Ultranawilżająca Mocznik 15% lub Acerin Lavendi. Oba mają świetne ceny, a że są do stóp? Nic nie szkodzi! (a gdyby ktoś miał watpliwości, zapraszam do przeczytania tego wpisu) Sprawdzą się przy wrastających włoskach, a stopy też się ucieszą. Krem z mocznikiem po prostu nakładamy na czystą skórę po kąpieli raz na dzień.

-Kremy lub maści zmiekczajaco-złuszczające z mocznikiem i kwasami np. Pilarix albo Hasceral. Kremy tego typu służą do pielęgnacji problematycznej skóry z rogowaceniem przymieszkowym lub atopią. Kultowy Pilarix ma aż 20% mocznika i 2% kwasu salicylowego i po samych opiniach w KWC widać, że to naprawdę skuteczny środek. Również Hasceral, z 10% mocznika i 5% kwasu salicylowego, świetnie sobie radzi ze zrogowaciałym naskórkiem. Skoro już mowa o kwasie salicylowym, do znudzenia powtarzać będę dwa krótką frazę: krem z filtrem.

-Kosmetyki z kwasami AHA i BHA (kremy, serum, toniki i peelingi) np. Tonik lub Serum Bielenda Super Power Mezo (ufff, cóż za nazwa ;) z kwasami migdałowym i laktobionowym, peeling Bielenda Professional z kwasem salicylowym, migdałowym, azelainowym i mlekowym, domowej roboty toniki i peelingi z kwasami itp. Przyznam szczerze, że mimo tego, że kwasy są skuteczne, polecam tą grupę jakby mniej. Przede wszystkim, każdy kosmetyk różni się stężeniem i rodzajem kwasu, więc każdego używa się nieco inaczej (np. jeśli chodzi o czas działania, spłukiwanie, częstość stosowania itd.). Drugą sprawą jest to, że kwasy po prostu są droższe, a do tego lubią podrażnić skórę i wymuszają to, żeby bardzo ostrożnie się z nią potem obchodzić. Nie ukrywam jednak, że jak nic innego radzą sobie w okolicach, gdzie po wrastających włoskach pozostały przebarwienia i blizny lub u osób, które dodatkowo w okolicach, gdzie wrastają włosy, mają też problemy z trądzikiem lub krostkami zapalnymi (np. na ramionach). Wówczas fajnie jest móc zadbać o skórę na ciele równie kompleksowo, jak na twarzy. Pamiętajmy, że ciału nie zaszkodzi pielęgnacja przeznaczona do twarzy, pod warunkiem, że podobnie, jak chronimy buźkę przed UV, nie zapomnimy o wysokim filtrze na resztę skóry.

czwartek, 5 kwietnia 2018

Lato we flakonie. Balmain Ivoire.

Wyobraźcie sobie, że jakimś cudem z przeciętnie ciepłej wiosny, w której wypatrujecie pojedynczych, soczyście zielonych źdźbełek trawy, zrobił się pełen rozkwit lata. Jest zielono i soczyście, a słońce nagrzewa całe mnóstwo kwiatów i traw, których gatunków wprawdzie nie znacie , ale wystarczy Wam do szczęścia chwila błogiego lenistwa, ich naturalny wdzięk i przede wszystkim - obezwładniający zapach.

To właśnie Ivoire rodem z domu mody Balmain (nawiasem mówiąc, bardzo, ale to bardzo nie kojarzy mi się z ich projektami). Zapach tak naturalny, a zarazem poetycko pozbawiony realizmu, że nawet taki sympatyk kwiatowych nut jak ja (czyli mierny sympatyk) nie może przejść koło niego obojętnie.


Bez wątpienia nie ma sensu przeczyć temu, że główną nutą Ivoire jest galbanum. Cóż to takiego? Żywica rośliny nazywanej zapalniczką galbanową, nieco podobnej z wyglądu do np. kopru. Nie pachnie jednak jak koper, ale... no właśnie... pachnie dosyć kapryśnie. Z bliska i samodzielnie niechętna do współpracy, ostra, przecząca romantyzmowi, przypomina raczej o kosiarce i całym dniu strzyżenia trawy. Kawałek dalej od nosa, jest zapachem łąki, oddającej swoją woń późnym popołudniem, delikatnym, przybierającym i tracącym na sile, drgającym i żyjącym do tego stopnia, że nawet oddech noszącej osoby wydaje się go poruszać. Nie straszy kosiarką, przeciwnie - zaprasza, żeby rzucić wszystkie obowiązki. Okazuje się ciepły, przyjacielski, tak ciepły i przyjacielski, że wręcz nierealny. Czujesz wiatr przewiewający przestrzeń łąki, ale czy ona jest a pewno zaczepiona w konkretnej czasoprzestrzeni? Ma zdaje się więcej wspólnego ze snem Alicji w Krainie Czarów. Tam właśnie kwiaty nabierają kobiecych cech, eleganckie i przyprószone pudrowym woalem, tam też upadki łagodzone czarami kończą się zawsze miękkim lądowaniem prosto w ciepłą ziemię ze słodkim runem, usłaną aksamitną wanilią i mydlanymi wiórkami.

Schodząc na ziemię (pragmatyczną, nie tą z poprzedniego zdania ;), dodam jeszcze, że urok tych perfum polega w znacznym stopniu na unikalnej projekcji. Jednocześnie nie są mocne i otoczenie je wyczuwa. Po prostu emanują swoim klimatem.

Polecam powąchać. Sama raczej nie będę nosić Ivoire bardzo często (nadal wolę klimaty drzewnych uniseksów i wetiwerowych męskich wód), ale niejeden udany dzień jeszcze przed nami ;) Natomiast jeśli ktoś szuka woni kobiecej i eleganckiej, ale też niebanalnej i z miejscem dla wyobraźni, polecam sprawić sobie miniaturkę na wiosnę.

sobota, 31 marca 2018

Maść tygrysia - zróbcie to sami w domu!

Czy jest choć jedna osoba, która urodziła się w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku (jak to brzmi... ;) i nie pamięta maści z tygryskiem? Ja nie tylko pamiętam, ale też kocham ów wyrób wielką miłością. Te nieznane litery, ten tajemniczy zapach, ta maleńka, czerwona puszka z tygryskiem. I to, chciałoby się rzec, niesamowite działanie.
Jedni lubią Tygryska za to, że pomaga pozbyć się katarów i przeziębień. Inni doceniają to, że pomaga dojść do siebie, kiedy mamy nadwyrężone treningiem mięśnie. Jeszcze inni stosują go do dezynfekcji drobnych ranek, a nawet wcierają w paznokcie, żeby szybciej rosły. A ja lubię go za... zapach po prostu i zdolność do generowania wspomnień.



Dlatego dziś:
Przepis na maść tygrysią
(trochę zmodyfikowany, za to z łatwiejszych do znalezienia składników)

Potrzebujemy:
-opakowanie wazeliny kosmetycznej bez zapachu (zwykła, biała wazelina) - 50g
-olej kamforowy - 15 kropli
-olejek eukaliptusowy - 15 kropli
-olejek cynamonowy (może być z kory, może być z liści) - 15 kropli
-olejek miętowy - 15 kropli

Jak to zrobić:
W metalowym kubeczku/misce lub zlewce ogrzewamy wazelinę, aż stanie się płynna. Jeśli jest bardzo gorąca, przez chwilę ją studzimy, ponieważ w przeciwnym razie, wkroplone olejki nam szybko odparują. Kiedy jest po prostu ciepła, dodajemy kolejno każdy z olejków, mieszamy, nalewamy do słoiczka i jest.

Zaraz, zaraz, wspomniałam coś o generowaniu wspomnień...

To może jeszcze jeden przepis:



Tygrysowe świeczki do masażu
Znacznie lżejsze, jeśli chodzi o ilości olejków i przez to bardziej odpowiednie na większe partie ciała. Świece o takim składzie, topią się w niskiej temperaturze i łatwiej po prostu doczekać do momentu, gdy mamy co nieco stopionego masła do wtarcia w skórę.

Potrzebujemy:
-masło shea - 100g
-wosk pszczeli - łyżeczka
-olejek eukaliptusowy - 2-3 krople
-olejek cynamonowy (może być z kory, może być z liści) - 2-3 krople
-olejek miętowy - 2-3 krople
-bawełniany sznurek na knot

Jak to zrobić:
Pojemnik, w którym umieścimy świecę (np. słoiczek, świecznik do tealightów albo szklanka) wkładamy do zamrażarki (zaraz wyjaśnię czemu). W metalowym kubeczku/misce lub zlewce ogrzewamy masło shea i wosk, aż staną się płynne. Podobnie, uważając na temperaturę, dodajemy kolejno olejki. Teraz czas na sznurek. Taki, który po prostu wsadzimy w płynną świecę, na pewno zacznie wypływać ku górze. Dlatego moczymy go w ciepłej ,,masie świecowej" i mocujemy do denka zimnego naczynia (świeca szybciej stężeje). Wlewamy odrobinę świecy na dno. Wstawiamy do zamrażarki. Kiedy denko stężeje po prostu wlewamy całą resztę.

No to mielibyśmy to, co tygryski lubią najbardziej ;) A Wy, lubicie tygrysią maść? Jak jej używacie?

sobota, 24 marca 2018

Olejki eteryczne - jak mogą pomóc, jak je dobrać i jak stosować?

To będzie duuuuużo tekstu. Tak dużo, że żadne ilustracje nie pomogą uczynić go lekkim ;)

Z olejkami eterycznym, jak i związkami, które pochodzą z natury, często jest taki dylemat, że nie traktujemy ich poważnie (i żeby być szczerą, mowa i o fachowcach i o przeciętnym użytkowniku).
Nie jeden dermatolog machnie i ręką i powie, że ,,takie coś działało dość dobrze, kiedy jeszcze leków nie było..." . Z drugiej strony, niejedna osoba, która olejki stosuje, używa ich albo za dużo albo nie rozcieńczone (co kończy się podrażnieniem skóry). Starczy jednak tego wstępu. Dość poprzestać na tym, że olejki nie są w prawie uznane za lekarstwo, ale tak właśnie działają. Na skórę również. Jak można je wykorzystać i w jakim celu?




Pogromca drobnoustrojów

Jeśli chodzi o zwalczanie bakterii i grzybów, olejki eteryczne nie mają ze sobą w przyrodzie równych. Cały arsenał związków organicznych w składzie zobowiązuje ;)
Coraz częściej są porównywane i okazują się skuteczniejsze od uznanych i dość często stosowanych na antybiotyków. Co ciekawe, pojawia się coraz więcej naukowych badań, prowadzonych już nie tylko na szkiełku, na hodowli bakterii, ale żywych i prawdziwych (a czasem i palących ;) problemach. Dodatkowo, wyniki obu cytowanych badań pokazują, że mikroorganizmy wydają się nie uodparniać na składniki olejków aż tak bardzo, jak na klasyczne antybiotyki. Nie polecam oczywiście nikomu porzucić dłuższej terapii, kiedy lekarz już coś przepisał, ale wykorzystać tą właściwość dla siebie i swojej cery.

Klasyką gatunku, jeśli chodzi o ograniczanie rozwoju bakterii na skórze, jest trądzik. Mając z nim problem, możemy wzbogacić nasze codzienne kosmetyki do pielęgnacji symboliczną kropelką (lub dwiema) olejku o przeciwbakteryjnym działaniu. Bardzo często na półkach drogerii widać kosmetyki do cery trądzikowej z olejkiem z drzewka herbacianego. Olejku można dodać do oleju bazowego myjąc twarz metodą OCM, można dodać go do żelu/mydła, można do kremu, a nawet do serum. Jedyne, co bym polecała, to zdrowy umiar (trądzik to jednak stan zapalny, a stan zapalny lubi się pogłębiać, kiedy dokłada mu się za wiele wrażeń).
Bardziej można poszaleć przy miksturach przeciwgrzybiczych. Tutaj 20 kropli/100ml bazowego olejku jest jak najbardziej na tak! Świetnie działają na przykład duety drzewko-herbaciane-lawenda lub drzewko herbaciane-rozmaryn w równych proporcjach.
Za to czysty olej z drzewa herbacianego polecam do profilaktycznej dezynfekcji zabrudzonych ran i miejsc po ukąszeniu kleszcza (PO uprzednim jego wyciągnięciu). Pisałam juz kiedyś o tym, że ten konkretny olejek działał na 70% przebadanych szczepów bakteryjnych. Dobrze mieć pod ręką coś tak skutecznego i to bez recepty.



Poza drzewkiem herbacianym (które w sumie jest raczej żadnym tam drzewkiem, a dużym drzewem ;), sporą aktywność przeciwbakteryjną wykazują tez olejki: miętowy, eukaliptusowy, rozmarynowy, sosnowy, kamforowy i lawendowy.

Kilka zdań wcześniej pisałam o tym, że szczęśliwie doczekaliśmy tego, że olejki bada się in vivo. I świetnie, ale nawet badanie in vitro, czyli w mówiąc w uproszczeniu, metoda szkiełek i pożywek, daje nam ciekawe wnioski. Każda osoba, która sama robi kosmetyki w domowym zaciszu, czasem zastanawia się czasem, jak je zakonserwować. Mój sposób na krem bez konwencjonalnych konserwantów to kropelka-dwie olejku eterycznego z drzewka herbacianego (obiecuję, że już wspominam o nim ostatni raz w tym wpisie ;) trochę witaminy E (albo A+E z kapsułki), żeby ograniczyć utlenianie i sól, żeby zakonserwować fazę wodną. Proste kremy konserwowane tym systemem potrafią przeżyć kilka miesięcy w ciepłej łazience, chociaż to oczywiście zależy od tego, czego dokładnie użyliśmy do ich przygotowania.

Jak on mnie drażni...
czyli czy drażnić to zawsze szkodzić? Co oznacza, że olejki mają działanie drażniące?

Podobno nic tak nie pomaga pedagogowi troszczyć się o swoich uczniów, jak upierdliwi, drażniący go rodzice ;) W szkole nie uczyłam jakoś długo, ale jest w tym poglądzie ziarnko prawdy i o dziwo, wyjście ze stanu komfortu może tez spowodować korzystny efekt w przypadku skóry.
Wszyscy wiemy, że podejścia do pielęgnacji bywają skrajne. Z jednej strony są wyznawcy zasad pielęgnacji bardzo łagodnej, z niewielkimi stężeniami czynnych związków, skupionej głównie wokół otulania skóry emolientami i unikającej silnie działających zabiegów, mocnego złuszczania, potencjalnych alergenów itd. Jest także podejście zupełnie przeciwne - skórę traktuje się mocno, od silnego oczyszczenia, po bombardowanie cery kremami i serum z dużą zawartością składników aktywnych. Na porządku dziennym są kwasy, alkohol, skoncentrowane ekstrakty i substancje potencjalnie ryzykowne, ale skutecznie stymulujące żywe komórki do pracy. Warto zdać sobie sprawę, że i jedno i drugie podejście może dotyczyć pielęgnacji naturalnej.
Czasem nie mamy wyboru. To oczywiste, że cerę z atopią potraktujemy czystym olejem i jeśli doprawimy go olejkiem eterycznym, to tylko po to, żeby zbyt licznie nie rezydowały w nim (i na skórze) bakterie.Ale załóżmy, że mamy to szczęście nie mieć alergii na roślinki, nasza skóra ma odporność pancernika i chcemy coś na niej wymusić (albo zachęcić ją do czegoś ;) Na przykład do tego, żeby sprawnie i szybko wyhodowała nam włosy, dużo włosów ;) Albo długie paznokcie. Albo troszkę lepiej radziła sobie z nadążaniem za spadkami czy wzrostem wagi.



Tutaj działanie drażniące, które polega na tym, że powodujemy kontrolowane przekrwienie. Skóra się broni. Dalej możliwości są dwie:
-jesteśmy cierpliwi i ostrożni, czekamy na rezultaty, jeśli następują, kontunuujemy, a po czasie robimy sobie przerwę
-niesteśmy niecierpliwi i mamy parcie ponad wszystko, co kończy się łuszczeniem, skóra, podrażnieniem za wsze czasy i wielką zgrozą ;)

Jeśli wybieramy pierwszą opcję, to znaczy, że drażniące działanie olejków możemy wykorzystać na swoją korzyść. Jeśli drugą, cóż... (uprzedzam, będzie, oj będzie długa dygresja) Pamiętacie może odżywki do paznokci z formaldehydem, w tym słynną Eveline 8w1? Były osoby szalenie z niej zadowolone, bo macierz paznokcia potraktowana szkodliwym składnikiem, wytężała się do pracy i pazurek rósł jak szalony. Niekiedy jednak próbował bronić się przed tym chemikalium, w niekontrolowany sposób zwiększając swoją grubość i łuszcząc się. To już nie mogło się podobać. Niekoniecznie chcę przez ten przykład porównać terpeny zawarte w olejkach do formaldehydu, ale przy ,,popędzaniu" porostu włosów, paznokci czy pobudzaniu krążenia celem odpędzenia cellulitu polecam zachować rozsądek i świadomość, ze może być podobnie. Czyli jeśli mamy po wcierce z olejkami łupież stulecia, nie czekamy, aż skóra będzie palić żywym ogniem, podobnie z paznokciami, udami etc.
Jakieś przykłady?

  • 3 krople olejku miętowego do maski nakładanej na skórę głowy np. 2 razy w tygodniu? Super! Olejek ma udokumentowane działanie przyspieszające porost włosa, podobnie, jak cedrowy lub jałowcowy (więcej tutaj). Ale sam olejek, bez rozcieńczania? Nie polecam. Najpierw będzie mrozić, a potem piec. A jeszcze potem łupież przez dwa tygodnie. Albo i gorzej, nie polecam, nie polecam, nie polecam.
  • 10 kropli olejku cynamonowego do oliwki/balsamu do masażu ciała? Super! Olejek rozszerza naczynka krwionośne i zwiększa przepływ krwi, więc może trochę pomóc w walce z cellulitem. Przy tym troszkę rozgrzeje i troszkę ułatwi wchłanianie innych składników aktywnych np. kofeiny. Ale ten sam olejek w większej ilości, do tego na noc i na skórę owiniętą folią? Podrażnienie będzie spektakularne. 
  • Zrobiliśmy sobie domową ,,maść z tygryskiem" (przepis w kolejnym wpisie) i używamy jej na obolałe ramiona po pierwszej wizycie na ściance wspinaczkowej? Jest ok. Rozgrzeje, zmniejszy ból, ułatwi życie i szybciej dojdziemy do siebie. A może chcemy, żeby paznokcie szybciej urosły i wcieramy ją codziennie przed snem? Wydaje się rozsądne. Ale jeśli tak stężoną miksturę ładujemy na te same paznokcie lub ramiona kilkanaście razy dziennie, oczekując, że będzie lepiej i skuteczniej, sami prosimy się o problemy.



Na koniec chciałabym Was spytać, czy stosujecie olejki eteryczne? Macie jakieś sprawdzone receptury lub sposoby? A może olejkowego ulubieńca?
Ja najczęściej sięgam po olejek miętowy, którego zapach bardzo, bardzo lubię i który ostatnio pomógł mi trochę przyspieszyć porost włosów po nie do końca udanym farbowaniu i cięciu.

piątek, 16 lutego 2018

Jak dać kosmetykowi ładny zapach? Olejki eteryczne vol. 2

Nie wiem, jak to jest ze stwierdzeniem, że połowa wrażeń ze stosowania kosmetyku to zapach i konsystencja, ale chyba to nie do końca mit. Sądzę tak zarówno dlatego, że często wychwytuję ludzi macających, otwierających i wąchających coś w drogerii (czego rzecz jasna nie polecam), jak i na podstawie własnych doświadczeń. O ile jestem całkowicie liberalna, jeśli idzie o konsystencję, o tyle zapach... oj, długo by mówić!
Dlatego dziś co nieco o tym, jak poradzić sobie z kosmetykiem-śmierdzioszkiem (gotowym lub domowym) albo przyjemnie zaromatyzować to, co nie pachnie. Jako środek zaradczy proponuję głównie olejki eteryczne, bo pachną mocno, są łatwo dostępne (nieporównywalnie łatwiej od pachnących syntetyków) i w większości bezpieczne w ,,kosmetycznych" ilościach. W przeciwieństwie do aromatów spożywczych albo zapachowych olejków do kominków, nie zaszkodzą skórze ani zdrowiu. To jak, próbujemy?

1. Pomyśl, co lubisz

Nie mi mówić  o tym, jakie zapachy królują w Twoim guście, serduchu i łazience. Postaraj się jednak sprecyzować, co odpowiada Ci najbadziej? Przenikliwe i chłodne, orzeźwiające i świeże, ostre i świdrujące w nosie, słodkie czy kwiatowe? To jest najważniejsza wskazówka i do tego typu zapachu będziemy dążyć. Za pomocą olejków trudno jest uzyskać aromat rodem z perfumerii, ale na pewno budują ogólny klimat kompozycji. Poniżej mała ściąga dla osób, które do tej pory nie używały olejków.

Drzewne: olejki cedrowy i jałowcowy

Zapachy przyprawowe: anyżowy, goździkowy, cynamonowy

Orzeźwiające: grejpfrutowy, cytrynowy, bergamotowy, mandarynkowy i pomarańczowy, miętowy

Chłodne ziołowe: olejek miętowy, rozmarynowy, eukaliptusowy, sosnowy, drzewka herbacianego, lawendowy, melisowy,

Słodkie: olejek cynamonowy, olejek mandarynkowy, olejek ylang-ylang (słodki i lekko orientalny), olejek z paczuli (delikatna, ziemista słodycz), limonkowy (słodki i cytrusowo orzeźwiający zarazem)

Kwiatowe: olejek ylang-lang, olejek różany

2. Jak pachnie to, co chcesz poprawić? 

Uzupełnij to, co jest...

Niektóre zapachy sa okropne w wersji mono, ale kiedy je lekko podbić olejkiem, robią się znośne. Weźmy taki na przykład alkohol benzylowy. Jest lekko słodki, ale jest też bardzo chemiczny. ,,Dosłodzenie" go olejkiem eterycznym z cynamonu, który przywołuje na myśl domowe wypieki, może zmienić skojarzenia i tym samym ułatwić wykorzystanie balsamu czy odżywki do końca. Pora na powąchanie kosmetyku i stwierdzenie, czy nie odpowiada nam jego część, czy raczej całość ;) Jeśli część, możemy skorzystać z poniższych połączeń:

Silny aromat ziół w towarzystwie cytrusów i/lub lawendy zaczyna nabierać perfumeryjnego sznytu i przypominać zapachy kolońskie.
Jeśli kosmetyk ziołowy przyprawia Cię o mdłości, kropelka olejku cytrusowego (np. neutralnej cytryny lub pomarańczy) oraz lawendowego (jeśli lubisz lawendę), powinna pomóc.

Ziemiste lub ,,zatęchłe" zapachy niektórych olejów i maseł, dają się opanować po połączeniu ze słodkim lub kwiatowym olejkiem (np. cynamonowym lub ylang-ylang). Ziemiste podbicie daje słodyczy głębi i nie razi już tak bardzo w nos. Na przykład, nie do końca przyjemny zapach nierafinowanego masła kakaowego skręca z klimatów ,,nie-pierwszej-świeżości" do ,,ciastko!" za sprawą olejku cynamonowego, który ma silnie ,,spożywczy" charakter

-chłodna cytryna, słodka mandarynka, oranżadowa limonka (albo przenikliwa mięta czy rozmaryn) przesuwają ,,apteczną" woń niekórych konserwantów w klimaty cukierków na kaszel. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy lubi ich aromat, ale słodkie lekarstwo na ogół lepsze jest niż gorzkie ;)

...albo zabij ten zapach

Są też składniki kosmetyków, które nie ukrywając, nie komponują się praktycznie z niczym. No bo co zrobić z keratyną albo aminokwasami? Jest na to odpowiedź: utopić w olejku. Nie tyle dosłownie, co intensywnością zapachu. Do tych najbardziej intensywnych z pewnością zaliczyłabym drzewko herbaciane, ylang i miętę. Najmniej intensywnymi ze znanych mi są mandarynka, cedr i wetiweria, ale coć za coś - zapach dwóch ostatnich jest za to bardzo trwały.

3. Pobaw się w tworzenie kompozycji

Ale tak szczerze mówiąc, znacznie bardziej niż gotowe rozwiązanie, wolę zabawę w kompozytora. Jest to bardzo fajne zajęcie na pluchę i deszcz, szczególnie w towarzystwie. Polecam zaopatrzyć się w bibułki albo chusteczki, na których można kroplić aromaty lub (wersja bardziej zaawansowana) mieszać rozcieńczone z etanolem lub olejem (niestety, w wodzie się nie rozpuszczają). Walory edukacyjne tego przedsięwzięcia są na tyle wysokie, że każdy dorosły i dziecko znajdą coś dla siebie. Poczujecie, że olejek inaczej pachnie sam, inaczej rozcieńczony etanolem, inaczej w tłuszczu lub wosku. Totalnie inaczej, kiedy jest tych składników więcej. Ot, takie tam zmysłowe doznania, w których niekoniecznie pierwsza rolę gra negliż ;)
Łączyć można wszystko i w praktycznie każdej proporcji. Im więcej składników użyjemy, tym bogatszy i ciekawszy robi się zapach.Moja córcia umieszała ostatno niezłe arcydzieło (serio, ma dziewczynka talent!), tylko nie zapisałyśmy składników ;) Bibułka powędrowała do szafy, gdzie odświeżyła ubrania, ale za nic w świecie nie mam idei, jak teraz tą woń odtworzyć.

Na zachętę podrzucę jeszcze tylko taki mały obrazek...



To jak, mieszacie?



poniedziałek, 18 grudnia 2017

Małe przedświąteczne DIY

Dziś wpis szybki jak struś pędziwiatr ;) W imię zasady, że czasem prościej i lepiej zrobić cokolwiek, niż pieścić w myślach szczegóły większego przedsięwzięcia, prezentuję bardzo, ale to bardzo leniwe kosmetyczne DIY.
Ot, coś, do czego nie trzeba ani specjalnych składników ani dużo czasu ani wielkich umiejętności:

Peeling kawowo-kokosowo-cynamonowy



Nie wiem, czy o tym kiedyś pisałam, ale zdarza mi się czasem grać w konkursach. I tak, pewnego razu moje zasoby kosmetyczne powiększyły się o zestaw peelingów kawowych BodyBoom. Podsumowując: kawa, mikro ilość olejku i dużo zapachu. Niezły produkt (robi, co powinien), ale totalnie nie wart tej kasy (tu upraszam o wyrozumiałość, zarabiam mało, a pieniądze przepuszczać lubię głównie na perfumy ;) Jeśli ktoś myśli podobnie i chce coś podobnego ukręcić, zapraszam!

Potrzebujemy:

-kawy mielonej
-cynamonu
-wiórków kokosowych
-oleju słonecznikowego

Składniki sypkie umieszczamy w słoiku warstwami (im cieńsze, tym ładniejsze) w kolejności: kawa, kokos, cynamon [powtórka razy x]. Każdą z warstw lekko skrapiamy olejem. Tak, tak, to wszystko ;)

Z racji tego, że nie ma wody, która ułatwia kokosowi psucie się, a cynamon lekko konserwuje, peeling w temperaturze pokojowej trzyma się ok. 10 dni, a w cieplejszej łazience - tydzień. W lodówce przetrwa jeszcze dłużej.

W kolejnym wpisie powracam z tematem olejków eterycznych - tym razem prześledzimy, jak dobrać coś dla siebie.
Wesołych Świąt!