wtorek, 18 kwietnia 2017

Co tam u moich włosów? 30 dni dla włosów.

Nie pamiętam już, kiedy pisałam ostatnio o swoich włosach. Dzieje się tak z wielu powodów, a pierwszy i najważniejszy brzmi: mam wysokoporowate włosy, więc bonusy widać powoli, za to każda katastrofa jest spektakularna ;) 

Pisałam już o tym dość dawno, więc wspomnę jeszcze o tym, że suchość moich włosów pochodzi po prostu z natury. Nigdy nie odbijały (i nadal nie odbijają) światła, choć zniszczone nie są i nie dopuszczam do trzymania na głowie rozdwojonych końcówek. Nasada nie była farbowana nigdy, nie stosuję na co dzień stylizacji na gorąco, a upinam i czeszę dość delikatnie. Ostatnie miesiące dały im się jednak we znaki, szczególnie z powodu poziomu żelaza. Rzeczone żelazo rzadko kiedy mam w pięknym środeczku normy, jednak przy okazji wzbogacenia rodziny o nowego członka, mogę jeść wołowinę pogryzając suplami, a i tak nie jestem w stanie dobić nawet do dolnej granicy. Tym razem jednak hemoglobina i żelazo przebiły same siebie siebie, więc dwa tygodnie po porodzie moje włosy wołały o pomstę do nieba. Raz, że leciały na potęgę, dwa, że wszechogarniająca suchość i łamanie. Na poniższym zdjęciu (wrzesień) mam na nich 2 łyżki stołowe oleju i prawdę powiedziawszy, tylko z olejem mogłam je rozczesać. 

Reperowanie fryzury to przede wszystkim olej i suplementacja żelaza, no i podcięcie z połowy pleców do połowy łopatek. I spranie błękitu, bo zamarzył mi się róż ;) Róż nie pozostał na stałe, ale przynajmniej włosy rosły szybciutko, a ja mogłam ciachać przerzedzone po wielkim wypadaniu końce. Tutaj koniec listopada. 


 I w zasadzie dalsze miesiące można by podsumować sformułowaniem ,,olej i ciach!" ;) Postanowiłam jednak przyłączyć się do ,,30 dni dla włosów" i zrobić coś więcej. Tym razem postarałam się o włosowych ulubieńców wszech czasów i postanowiłam przez miesiąc skupić się wyłącznie na nich:



Wprawdzie odzywki Equilibra nie używam bardzo długo, podobnie jak Mill Creeka (od poczatku marca), ale zdążyłam już je poznać i bardzo polubić. Hair Chemist to natomiast moja absolutnie ulubiona marka, jeśli chodzi o pielęgnację włosów (niezmiennie od 2014 roku) i jedyną jej wadą jest słaba dostępność. Do tego, co na zdjęciu doszło także codzienne olejowanie przed myciem oraz kroplą oleju po myciu. Używałam oleju z orzechów włoskich i lnianego. 

Jaki był cały zamysł? Operacja dociążenie. Jedyną lekką odżywką w tym towarzystwie jest Equilibra - tej postanowiłam używać do mycia lub w dni, kiedy będę widziała ewidentne obciążenie (inna sprawa, że obciążenia, jak dotąd, brak). Do tego szampon bez SLES (ale Cocamidopropyl Betaine jest). Poza tym mocni zawodnicy - 2x Hair Chemist to odżywki z przewaga emolientów w składzie, wprost zabójczo dociążający miks silikonów i olei, do tego humektanty, mnóstwo pantenolu, wyciągi ziołowe i proteiny. Mill Creek to czysta natura, ale w składzie również króluje pantenol i olej. Słowem - jest ciężar. Jak to wygląda na włosach? 

 

Moim zdaniem, bardzo dobrze. Połysk jest, końce nie sterczą jak popadnie, a zważywszy na to, że zdjęcia zrobione są zaraz po myciu, jest obiecująco. Śmiem zaryzykować tezę, że moich włosów nie da się obciążyć. A przynajmniej myślę, że emolientowy kwiecień dobrze im zrobi






sobota, 8 kwietnia 2017

Jakich składników kosmetyków najlepiej z sobą nie łączyć?

Wprawdzie łączenie składników nie jest ziemią nieznaną, jednak z racji, że nie z wszystkim, co można znaleźć na popularnych stronach się zgadzam, a i trochę bym tę wiedzę uzupełniła, postanowiłam dodać coś od siebie, uzasadnić wybór i wzbogacić tekst o dwa popularne leki stosowane na skórę.

Zacznę może od tego, co rozumiem przez stosowanie razem. Przyjrzyjmy się sytuacji, w której stosujemy podczas jednego rytuału pielęgnacyjnego różne produkty. Może być tak, że chcemy jedynie, by np. hydrolat czy tonik odświeżył nam twarz i nie pokładamy wielkich nadziei w odmładzających właściwości wyciągów w nim zawartych. Zdarza nam się jednak używać także serum, kremu, ochrony przeciwsłonecznej lub maści po kolei, na tę samą partię skóry, z nadzieją na to, że wszystkie będą zachowywały się zgodnie z tym, co czytamy na ulotce. Bywa również, że na partię skóry dokładamy coś w ciągu dnia. Według mnie i jedna i druga sytuacja to łączne stosowanie.
Zacznijmy od tego, które składniki nie lubią łączenia:



Przeciwutleniacze z utleniaczami.

Temat jest szeroki, a pierwsza grupa dodatkowo bardzo obszerna. Spróbujmy jednak jakoś to wszystko rozszyfrować.
Utleniaczy nie stosowałabym właściwie z niczym poza najprostszym kremem nawilżającym lub natłuszczającym. Poza tym, że utrudniają namnażanie bakterii i złuszczają skórę, destabilizują wiele składników aktywnych. Przykładowo nadtlenek benzoilu stosowany w preparatach na trądzik od razu sprawi, że witamina C w serum będzie nieaktywna, ,,unieszkodliwi" bogate w przeciwutleniacze wyciągi oraz zmniejszy aktywność przeciwbakteryjną olejku z drzewka herbacianego. Podobnie z retinolem. Lepiej będzie stosować je oddzielnie (np. rano i wieczorem), bo tylko wówczas wykorzystamy ich pełen potencjał. Co ciekawe, widziałam na rynku preparaty łączące retinoidy z nadtlenkami, uważam jednak, że producent strzelił w tym wypadku klientowi w kostkę - witamina A jest wrażliwa na obecność tlenu [TU źródło]

Przykładowe przeciwutleniacze: witamina C, retinol, karotenoidy, wyciągi z ziół np. nagietka, czystka, jagód acai, wina, zielonej herbaty etc.
Przykładowe utleniacze: nadtlenek benzoilu, nadboran sodu, nadtlenek wodoru (woda utleniona)

Maści z tlenkiem cynku z kwasami

Nie powinniśmy zapobiegliwie nakładać łagodzącej maści z tym tlenkiem (Sudocrem, białe maści dziecięce, krem Bambino) na skórę, którą właśnie przetarłyśmy tonikiem lub serum z kwasami AHA np. glikolowym, migdałowym czy mlekowym. Przynajmniej nie wówczas, gdy chcemy w pełni cieszyć się ich działaniem, ponieważ tlenek cynku wchodzi w reakcję z kwasami i neutralizuje ich działanie. Podobnie jest w przypadku witaminy C.

Dodajmy do listy jeszcze leki:

Tretynoina z nadtlenkiem benzoilu

Tretynoina to obecnie rzadko stosowany lek na trądzik. Sytuacja w tym wypadku jest bardzo prosta - nadtlenek sprawia, że tretynoina się rozpada i traci aktywność. Do tego rośnie ryzyko podrażnień i nadwrażliwości skóry na światło, które już przy samej tretynoinie już bywają sporym problemem.

Hydrokortizon z witaminą C lub ketokonazolem

Hydrokortyzon, czyli maść sterydowa na wysypki alergiczne, nie powinien być stosowany na skórę razem z preparatami z witaminą C, która pojawia się nawet w liście leków wchodzących z nim w interakcje (np. zwiększa ryzyko wysypki). Pół biedy, jeśli witamina szoruje koniec składu jako jedna z substancji stabilizujących, ale jeśli ma być składnikiem aktywnym, zróbmy między preparatami przerwę.
Warto także zagadnąć lekarza(y), jeśli mamy zamiar stosować hydrokortyzon razem z przeciwgrzybicznym ketokonazolem na większej powierzchni ciała. Stosowane miejscowe nie grozi wprawdzie niczym poważnym, ale być może maści będziemy używać rzadziej, ponieważ ketokonazol zwalnia czas metabolizowania leku.




A CO DO MITÓW...

Witamina C z witaminą A - jak najbardziej!

Mit oparty jest na przekonaniu, że witamina A (retinoidy) destabilizują się w niższym pH, więc tracą aktywność w obecności kwasów. Owszem, witamina A jest lekko wrażliwa na niskie pH, ale nadal znaaaacznie mniej niż na temperaturę i tlen. Nie udowodniono, żeby prekursory witaminy A przestały wykazywać działanie w zakresach skali pH typowych dla roztworów witaminy C. Nawiasem mówiąc, duet witamina C/witamina A często jest używany w kosmetykach (i nie tylko), by stabilizować jedną z witamin.

Retinoidy z kwasami AHA - jeśli skóra nie protestuje, nie ma powodów do obaw

Ktoś kiedyś stwierdził, że razem nie działają skutecznie. Nie ma na to jednak żadnych naukowych dowodów. Problemu upatrywałabym raczej w tym, że silne działanie obu substancji na skórę może prowadzić do podrażnień. Sama bym się nie zdecydowała, ale jeśli ktoś potrzebuje uderzeniowej kuracji złuszczającej, nie ma powodu do obaw o jej skuteczność [więcej np. tutaj].

Niacynamid z witaminą C - raczej tak


Ten duet prawdopodobnie najwięcej namieszał na anglojęzycznych stronach. Tyle domysłów czy i jak witamina B3 i C wchodzą w interakcje. Pierwszą obawą jest oczywiście spadek aktywności składników. Drugą - tworzenie się kwasu nikotynowego i ewentualnych podrażnień, natomiast trzecią - powstawanie żółtego kompleksu. Zasadniczo kwas nikotynowy powstaje wolno i w niewielkiej ilości, nie ma więc większego ryzyka podrażnień. Z żółtym kompleksem mamy do czynienia przy określonym pH (wystarczy raz sprawdzić, czy pojawia się niechciany kolor). co do aktywności... niacynamid naprawdę trudno spieprzyć. Jest odporny na światło, temperaturę, tlen i pH (gorzej bywa z witaminą C). Sama używam ich akurat o różnych porach dnia, ale razem też można, a gdyby ktoś nie czuł się przekonany, zachęcam zajrzeć jeszcze tutaj.

środa, 5 kwietnia 2017

Pachnąca lektura

Mimo, że tato nauczył mnie czytać, kiedy byłam naprawdę małym dzieckiem i zaczęłam łykać 200-stronicowe powieści przed podstawówką, nie przepadam za literackimi opisami losów, przygód i intryg, ani w wydaniu kryminalnym ani miłosnym ani nawet fantasy. Co innego literatura popularnonaukowa!

Postanowiłam podzielić się wrażeniami z ostatnio czytanej, już nie najmłodszej, pozycji poświęconej zapachom. Zgodność z tematyką bloga to jedno, ale z drugiej strony to po prostu bardzo fajna książka!



Wydana w 2008 roku ,,What the Nose Know. The Science of Scent in Everyday Life" (polska wersja ma równie ładnie grający słowami tytuł: ,,Co wnosi nos? Nauka o tym, co nam pachnie") to 366 stron lekkiej, ale treściwej lektury na temat zmysłu węchu i samych zapachów. Autor książki, Avery Gilbert nie skupia się bowiem na bardzo wąskim spektrum świata zapachów, jakim jest warsztat perfumiarza, tylko bez zbędnej selekcji zabiera nas do kuchni, na policję i do kina. Zapach poznajemy od strony sentymentalnej i skrajnie odmiennej, komercyjnej. Sporo miejsca autor poświęca rozważaniom na temat tego, czy geniusz węchowy to raczej zdolność nosa czy mózgu, a samo postrzeganie zapachu i współpraca psychiki ze zmysłem to temat przewijający się przez wszystkie rozdziały. Książkę wyróżnia jednak to, że autor nie daje tutaj upustu swoim przekonaniom, a bardzo szczegółowo podpiera się prowadzonymi badaniami, a całość to jak najbardziej przemyślany przegląd literatury naukowej w wersji light.

Mnie osobiście najbardziej urzekło rozprawianie się z popularnymi mitami węchowymi. Nie mam tu na myśli jedynie obecnych w perfumerii ziarenek kawy, ale kwestii wrażliwości węchowej u niewidomych, tego, czy papierosy uszkadzają węch i jak funkcjonuje pamięć zapachowa. Gilbert rozprawia się z nimi nie tylko dosadnie, ale także w mistrzowskim stylu, jeśli chodzi o użyte argumenty. Ogółem książka jest bodaj najlepiej opatrzoną przypisami pozycją popularnonaukową, jaką w ogóle czytałam.

Dlaczego jeszcze warto się z nią zapoznać? Myślę, że jest jeszcze jeden, bardzo istotny powód. Jest to jedna z niewielu pozycji poświęconych zapachowi w codziennym życiu w ogóle. Nie taka ciężka, stricte naukowa, ale przystępna dla zwykłego czytelnika, który nie jest lekarzem, chemikiem ani psychologiem. Dotychczas dane mi było spotykać się przede wszystkim  z surowym opisem fizjologii nosa czy suchym przedstawieniem cząsteczek chemicznych odpowiedzialnych za zapach albo dla kontrastu ze specyficznie upłynnionym opisem właściwym dla psychologii zapachu (szczególnie perfum). Ta książka, nie dość, ze da się czytać, to jeszcze pięknie łączy wszystkie trzy płaszczyzny.

środa, 15 marca 2017

Dlaczego cukier, miód i skrobia nawilżają skórę?

Zastanawialiście się kiedyś, czemu babcine sposoby pielęgnacji urody zalecają dodać do maseczki miód lub skrobię?

Odkrycie pewnej słodkiej tajemnicy cukrów
Cukry należą do tzw. humektantów, czyli nawilżaczy. Większość składników nawilżających skórę ma to w swojej naturze dzięki budowie cząsteczki. Utarło się mówić, że przeciwieństwa się przyciągają. Jest to oczywiście szczera prawda, ale co do wzajemnej ,,sympatii" cząsteczek istnieje take inne określenie - podobne rozpuszcza się w podobnym. Oba powiedzonka się nie wykluczają, co więcej, uzupełniają się i pozwalają zrozumieć czemu cukier może nawilżać skórę.

Słabość do wody
Niektóre substancje po prostu lubią wciągać wodę z otoczenia, zbijając się w grudki, inne tworzą wolno wysychające żele. W przypadku soli nieorganicznych przyczyną tego zjawiska najczęściej jest to, że potrafią wiązać się z wodą z powietrza w kompleksy nazywane hydratami.  W związkach organicznych, jakimi są np. cukry odpowiadają za to tzw. wiązania wodorowe. Wiązanie wodorowe łączy sąsiadujące cząsteczki i polega na tym, że dodatnio ładujące się elementy cząsteczki ustawiają się obok fragmentów ładujących się ujemnie. Tym ujemnym fragmentem u cukrów (i wody również), są atomy tlenu, który lubi przywłaszczać sobie elektrony sąsiada, natomiast elektrododatnim - atomy wodoru. Trochę jak z zabawkami u rodzeństwa - niby wspólne, ale zawsze jakby trochę bardziej należą do tego silniejszego ;)
Jeżeli zaczęlibyśmy analizować zdolności cukrów do zatrzymywania wody w naskórku, to po zerknięciu na wzór glukozy (główny składnik miodu) widzimy takich tlenów i wodorów dużo:



glukoza według Wikipedii (po lewej) i mojej czteroletniej córeczki (po prawej)
znajdźcie podobieństwa i różnice ;)

Z wodą wygląda to w sposób pokazany poniżej:


wiązania wodorowe są zaznaczone żółtą, postrzępioną linią

 a że wiązania wodorowe (mimo, że nie są wiązaniem chemicznym, a oddziaływaniem fizycznym) są silne, to mamy do czynienia ze względnie trwałym wciąganiem wody i wprowadzaniem w naskórek. Teraz już tylko ochronić wprowadzoną wodę przed wyparowaniem (w przeciwnym razie miodek wyciągnie wodę z głębszych warstw naskórka, co odczujemy jako nieprzyjemne ściągnięcie) i mamy przepis na... nawilżoną cerę. Aha, jak to w przepisie, warto z cukrem nie przesadzić. Prawdopodobnie każda osoba o wrażliwej cerze zna to uczucie, kiedy nakłada krem nawilżający, a skóra niemiłosiernie szczypie. Nadmiar substancji nawilżających, paradoksalnie, nie tylko nie nawilży (bo wyciągnie wodę z głębszych warstw skóry), ale tez naruszy barierę hydrolipidową, co rzadko wychodzi na zdrowie. 

Co z cukrem i skrobią?
Kiedy przyjrzymy się budowie sacharozy i skrobii, również zobaczymy charakterystyczne pierścienie ,,obładowane" grupami -OH. Wniosek? 
Kiedy uważasz, że maska do włosów działa kiepsko, a maseczka do twarzy też się nie sprawdza, parę kryształków cukru lub szczypta skrobi także pomoże. 

sacharoza, czyli cukier kuchenny [Wikipedia]



amyloza, jedna ze struktur w skrobi [Wikipedia]



amylopektyna, jedna ze struktur w skrobi [Wikipedia]


Każdy z tych związków ma oczywiście inne właściwości, ponieważ różnią np. się rozmiarami cząsteczki, a przez to także rozpuszczalnością w wodzie. Zasadniczo sacharoza jeszcze częściowo wniknie w naskórek, ale skrobia już utworzy na jej powierzchni hydrolifilową warstewkę.

Ciekawostka:
Zobaczcie, jak wygląda kwas hialuronowy - trochę przypomina słodkich krewniaków, prawda?











czwartek, 16 lutego 2017

Co oznacza pojęcie ,,oleje schnące"?

Jestem fanką olejów - i kosmetyczne i spożywcze upływają mi tak szybko, jak czas ;)
Do mojej ulubionej grupy należą oleje schnące: kocha je cera (a przynajmniej jej tłusta część), włosy i samopoczucie.



Skąd w zasadzie wzięła się nazwa ,,oleje schnące"? 
Spieszę z wyjaśnieniem.
Myślę, że nazwa ,,oleje schnące" może być nieco myląca. Nie chodzi o coś takiego jak tzw. suchy olejek (dry oil). Różnicę wyczuje tu przede wszystkim cera. Dry oil to umowne określenie kosmetyku o konsystencji olejku, który aż tak wiele naturalnych olejków z definicji zawierać nie musi.
Olej schnący to po prostu olej zawierający kwasy tłuszczowe o nienasyconych wiązaniach między atomami węgla.


kwas linolowy [źródło Wikipedia]

Schnięcie to właściwie z punktu widzenia konsumenta wcierającego lub konsumującego sygnał, że olej się podpsuł lub zaczyna psuć. Objawia się w ten sposób, że zamiast tłustej plamy, olej pozostawia twardą, a w każdym razie stałą warstewkę, która wygląda, jakby zaschnął.
Dzięki obecności wiązań podwójnych, tłuszcz zbudowany z reszt kwasów nienasyconych zawiera fragmenty, które chętnie wchodzą w reakcje chemiczne. Najpierw cząsteczka tłuszczu/kwasu tłuszczowego zmienia się w rodnik, a następnie kilka takich cząsteczek reaguje tworząc związki o większej masie cząsteczkowej, które nie są już płynne*. Mamy więc do czynienia z grubsza z czymś takim, jak produkcja polimeru katalizowana przez światło. Najlepiej o oleju schnącym świadczy to, że  najszybciej się psuje i butelka robi się lepka wokół korka i trudno ją umyć ;) Oczywiście nie ma co się obawiać, że coś podobnego zdarzy się na skórze - oleje schnące zdecydowanie ograniczają blokowanie porów skóry.
Do wspomnianej grupy należy np. olej lniany, z dzikiej róży, z konopi, maku orzechów włoskich czy kukurydzy.

Dla dociekliwych: przypuszcza się, że tworzenie najpierw następuje wolnorodnikowy atak na reaktywne allilowe atomy wodoru, wolnorodnikową reakcję polimeryzacji łańcuchowej, a następnie poprzeczne sieciowanie za pomocą mostków tlenowych, trochę podobne do sieciowania kauczuku siarką. Oczywiście, wszystko to jest wersją przybliżoną, bo nie do końca poznano przemiany, które tam zachodzą. [źródło: Morrison, Boyd, Chemia Organiczna 2, str. 280)




piątek, 3 lutego 2017

Czy maseczka w płachcie jest lepsza od zwykłej? Czy maseczka hydrożelowa działa skuteczniej?

Popularność ,,maseczkowych" filmów na YouTube w poprzednim roku zadziwia. Testy Glamglow albo maski magnetycznej - całkiem do zrozumienia, ale żeby nakładać na twarz klej z poli(alkoholu winylowego) w imię usunięcia zaskórników? Z drugiej strony, co kto lubi, istnieją wszakże skóry niewrażliwe i pancerne ;) 
Moją uwagę przykuła jednak znacznie większa niż kilka lat temu popularność maseczek - płacht materiału i maseczek hydrożelowych. Są właściwie wszędzie, a sporo osób pyta mnie o to:

Czy maseczka na płachcie materiału lub hydrożelowy płat są skuteczniejsze od zwykłej, nakładanej na twarz? 
Na to pytanie, jak domyśla się bardziej otrzaskany w temacie składów konsument, nie ma jednoznaczniej odpowiedzi. Maseczka na płachcie materiału to nic innego jak po prostu okład, chociaż można go zwać na różne sposoby.

Jest przypadek, kiedy wilgotny okład, szczególnie taki, który długo utrzymuje wilgoć, ma większy sens od zwykłej maseczki. Jest tak wówczas, kiedy chcemy dać głębszym warstwom naskórka substancje nie rozpuszczające się w tłuszczach np. niektóre przeciwutleniacze rozpuszczalne w wodzie (jak antocyjany lub polifenole). Zwykle warstwa rogowa naskórka jest dla nich barierą nie do pokonania. 
Materiał w okładzie ma za zadanie jak najdłużej zatrzymać wilgoć i ciepło, przydatne, kiedy chcemy zwiększyć przepuszczalność wierzchniej warstwy naskórka. Dzieje się tak ze względu na to, że martwe komórki warstwy rogowej, jak na komórki zbudowane z białek przystało, pęcznieją pod wpływem długotrwałego działania wody i w strukturze warstwy rogowej powstaje pewne ,,zamieszanie". Bariera naskórka wzbogaca się nie tylko w wodę, ale przy okazji w pożądane przez nas, substancje aktywne. Podobnie jest z hydrożelem - bardzo długo utrzymuje wilgoć, pod której dłuższym wpływem naskórek robi się bardziej przepuszczalny, szczególnie, kiedy w składzie maski znajdzie się też np. glikol propylenowy lub alkohol. Także - jeśli wysoko w składzie mamy ekstrakt z wina, kawy, nagietka lub zielonej herbaty - można używać życia, maska-okład to dla nich świetna forma stosowania w domowym zaciszu. Zwróćmy przy okazji uwagę na zestaw konserwantów i wybierzmy maseczkę, którą jest w stanie zaakceptować nasz rozsądek - okład zwiększa też przenikalność niepożądanych składników.
Bardzo fajnie w maskach hydrożelowych działa kwas hialuronowy czy kolagen- już niewielkie stężenie, razem z woda dokładnie zwilżającą naskórek, cudownie wygładza skórę. Wprawdzie kwas i kolagen świetnie wygładzają także w zwykłych warunkach, kiedy na przenikanie nie ma szans, jednak jeśli tylko dostaną się odrobinę głębiej (z akcentem na ,,odrobinę" ;), efekt jest znacznie bardziej spektakularny.

Myślę jednak, że są też substancje czynne, które sprawdzą się tak samo lub lepiej w klasycznej maseczce nakładanej na twarz i spłukiwanej wodą. Lepiej nie pokładać nadziei w doskonalszym działaniu masek hydrożelowych i płatów, w których substancjami czynnymi mają być:
- oleje np. słonecznikowy lub masło shea - w zwykłej maseczce, zadziałają tak samo
- glinki - do uzyskania oczekiwanego efektu wystarczy im sama woda, ponieważ najwięcej dobrego robią w ujściu gruczołu łojowego
- pantenol - i bez specjalnego wspomagania ma dobrą przenikalność
- gliceryna - jest jednym z nielicznych składników, które również radzą sobie z barierą naskórka




niedziela, 22 stycznia 2017

Jak zrobić balsam ochronno-regenerujący do ust - przepis

Pomadki do ust, to zaraz po kremach do rąk, kosmetyki, który oceniam najsurowiej. Szczerze powiedziawszy niewiele produktów jest w stanie mnie zadowolić: a to nie chronią, a to nie regenerują, a to zużywają się w ekspresowym tempie... Mam dość suche usta, bo ciągle używam intensywnej szminki, a do tego sporo mówię, co pomaga pomadkom się ścierać, a ustom - przesuszać ;) Na domiar złego, wcale nie mam zamiaru testować nowości, szczególnie ze względu na zapach - nienawidzę mdłych aromatów, które pałętają się dosłownie pod samym nosem.

Przedstawiam swoją ulubioną pomadkę, czy raczej balsam, który stosuję szczególnie w trakcie zimy. Nie jest może idealny, ale za to skutecznie regeneruje, doskonale zatrzymuje nawilżenie i prawie nie pachnie. Potrzebne są tylko dwa składniki:

Lanolina - myślę, że sformułowanie, że to najlepsze, co można wziąć z owcy jest trochę na wyrost (szczególnie jeśli używa go wieczny zmarzlak i miłośnik wełnianych swetrów ;), ale lanolina to jedna z najtrudniejszych do pokonania barier, jaką można umieścić na skórze. Jeśli coś nie dopuszcza do zmoczenia owczego futerka i nie pozwala zimnemu deszczowi ziębić skóry owieczki, to równie dobrze ochroni skórę przed utratą wilgoci do powietrza. Świetne właściwości lanolina zawdzięcza temu, że jest czymś więcej niż tłuszczem. Zawiera jedne z obecnie najbardziej niedocenianych, a zgodnych ze skórą (są składnikiem błony komórkowej każdej komórki człowieka) i skutecznych substancji:
Sterol [Wikipedia]

Głównym sterolem lanoliny jest, jak podpowiada nazwa, lanosterol, któremu zawdzięcza niezwykłe zdolności ochronne i zdolność do tworzenia emulsji typu W/O (woda w oleju).
Stosuję ją na ręce, usta i pod oczy zupełnie solo, ale tylko na noc. Kto miał do czynienia z lanoliną, z pewnością wie czemu - jest niesamowicie lepka. Ale balsam nie będzie się lepił, bo mamy jeszcze drugi składnik, który utrudni lanolinie tworzenie

Masło shea - zawiera głównie tłuszcze będące triglicerydami kwasu oleinowego i stearynowego, chociaż miewa naprawdę zmienny skład. Ze względu na stały stan skupienia dobrze ,,trzyma się" ust, szczególnie na mrozie. Dzięki niemu balsam nie będzie się kleić.

Przygotowanie będzie bajecznie proste. Oprócz składników przyda się gorąca woda, miseczka, coś do mieszania i mały metalowy kubeczek lub dowolne niewielkie naczynko, które ma cienkie ścianki (żeby łatwo się ogrzało).
Wrzątek wlewamy do miseczki, a w małym naczynku, w którym przyrządzimy balsam (u mnie to metalowy słoiczek) umieszczamy w proporcjach objętościowych pół na pół (wystarczy na oko, obie się z sobą znakomicie mieszają). Umieszczamy małe naczynko w misce z gorącą wodą (uważając, żeby nie nalała się do środka) i mieszamy:


Jak widać, idzie to wszystko łatwo i sprawnie. Oczywiście, można też podgrzewać bezpośrednio nad palnikiem, ja jednak uważam, że jeśli można coś zrobić bez ryzyka przypalenia, to warto korzystać ;)



Kiedy wygląda tak, jak na zdjęciu powyżej, jest gotowy. Ja wówczas wrzucam swój na kilka minut do zamrażarki (zakryty folią na wierzchu), żeby miał u góry ładną, błyszczącą taflę ;) Gotowy balsam jest na początku przezroczysty, po kilku godzinach zaczyna bardziej przypominać wyglądem masło shea. Jak już wspomniałam, nie ma konsystencji podobnej do czystej lanoliny i łatwiej ściera się z ust, za to się nie lepi.

A czego Wy używacie zimą na usta?