Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dlaczego.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dlaczego.... Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 czerwca 2018

Czy droższe kosmetyki faktycznie są lepsze? Z języka marketingu na polski

Tytułowe pytanie pada bardzo, bardzo często. Wuj google, farmaceutki, kosmetolożki, konsultantki i użytkownicy - każdy ma inne zdanie i inne powody, by je mieć. Od razu uprzedzę, że wcale nie mam zamiaru twierdzić, że to źle zapłacić za ładniejsze opakowanie albo za lubianą markę. To nie tak. Postaram się jedynie troszeczkę przybliżyć, jak temat wygląda z perspektywy konkretu i jak widzi to chemik zerkający na składy i opisy. Czy warto wydać więcej, mając nadzieję, na lepszy skład i lepsze działanie kosmetyków selektywnych marek?
Być może poniższy tekst w jakiś sposób pomoże Wam w podejmowaniu codziennych decyzji o kupnie.



Co składa się na cenę kosmetyku?

Cena samego produktu to nie tylko pokrycie z nawiązką kosztów surowców, opakowań i etykiety. 
Do tego wszystkiego dochodzą koszty metod produkcji: składniki czasem trzeba ogrzać i intensywnie mieszać, żeby połączyły się w krem, lub długotrwale mielić, a potem sprasować, by stały się różem czy cieniem. Wszystko musi być też opakowane, niezależnie od tego, czy stoi za tym człowiek lub maszyna.
Dochodzą do tego jeszcze kwestie związane z utrzymaniem budynków produkcyjnych, linii lub urządzeń, utrzymaniem czystości i higieny, wypłatami, ubezpieczeniami i socjalem dla pracowników, badaniami, oceną bezpieczeństwa, certyfikacją, projektowaniem etykiet lub opakowań oraz przygotowywaniem receptur i pierwowzorów, płaceniem podatków itd. itd. Trochę tego jest. Ale zaraz... skoro każda firma musi jakoś funkcjonować, to zapoznanie się z tymi wydatkami nadal nie wyjaśnia dlaczego jeden krem może kosztować mniej niż 10zł, a inny kilka razy więcej.

Czy składniki kosmetyków są drogie? A może kosmetyki z wyższej półki mają więcej i droższe składniki aktywne?

Ceny surowców kosmetycznych są zróżnicowane, ale większość z nich nie należy do zaporowych. Ba, większość jest na tyle tania, żeby być dostępna dla przeważającej większości ludzi żyjących w Europie. Wyjątki są naprawdę nieliczne i skupiają się np. wokół niektórych olejków do produkcji perfum (takich, co to wiele, wiele ton kwiatów potrzeba, żeby uzyskać 10ml ;) .
Ale nie będę gołosłowna. Weźmy np. retinol, znany i uznany składnik aktywnych serum przeciw starzeniu się skóry. Czysty retinol jest powszechnie uważany za drogi, co spowodowane jest z jednej strony słabą dostępnością w sklepach z półproduktami, a z drugiej - cenami kosmetyków do twarzy, które go zawierają. Wolnorynkowa cena retinolu raczej nie wyrywa się w chwili obecnej ponad 3000$/kg. Pozwolę sobie zauważyć, że jeśli użyjemy go do produkcji serum o pojemności 30ml, które zawiera 1% retinolu (to już solidna kuracja), to sam retinol w jednej takiej flaszce kosztuje nas ledwie 3,5 zł. Przy założeniu, że można go rozpuścić w tanim i uniwersalnym oleju słonecznikowym lub oliwie z oliwek, serum raczej nie powinno kosztować kroci, prawda? Tymczasem śmiało można spotkać serum Be Ceuticals za 2 stówki, które składem pupy nie urywa. Całe szczęście jest też biegun przeciwległy, reprezentowany m. in. przez serum The Ordinary, które pojemność ma podobną, retinolu znacznie więcej, a kosztuje 30zł. 

Magia opisu? 

Mam hobbystyczne i zawodowe zboczenie, żeby czytać składy wszystkich kosmetyków, jakie dorwę w ręce i wiecie co? Nie zauważam dużych różnic. Miejscem, w którym je widzę jest opis. Cóż takiego w nim widnieje?



Składniki z najdalszych i najbardziej niedostępnych zakątków świata

Częstym podejściem jest wychwalanie pochodzenia jakiegoś składnika. Na przykład, olej kokosowy koniecznie przybywa do zakładu produkcyjnego z wyspy o łamiącej język nazwie, z lazurowym morzem i złotym piaskiem. Wszyscy nie mamy raczej większych wątpliwości, że kokos to roślina egzotyczna (cóż, życie powyżej 50 stopnia szerokości geograficznej nie jest wesołe...). Czymże więc różni się ta wyspa od innych pozostałych? Może tym, że ma nam się wydawać, że jeśli nazwa nie przypomina niczego znajomego, to jej dziewiczej ziemi nie tknęła ludzka stopa i jest wolna od cywilizacyjnych zanieczyszczeń?
Jak w takim razie odróżnić autentyzm od żonglowania bajerami? Niezawodnego sposobu nie ma, ale jeśli chodzi o egzotyczne wyspy, zielone zakątki i ekologiczne uprawy, to powszechnie znane certyfikaty mówią czasem więcej niż tysiąc słów ;) Kiedy mały producent nie ma np. popularnego (i dość liberalnego) Ecocert, łatwo zrozumieć, że go na to nie stać, ale kiedy duży gracz go nie posiada, a rozpisuje się do bólu głowy (i nie tylko głowy) o nieskalanej czystości terenu, to już raczej świadczy o czymś innym. Tak samo ufam (czyli nie ufam) producentom rozpisującym się o kontrolowanej uprawie kakao bez UTZ i rozwoju lokalnych społeczeństw bez Fairtrade.
A jeśli już to wszystko prawda, to sama nie wiem, czy lepszy jest kokos z wyspy BuenaLenios z kontrolowanej uprawy czy też kokos z wyspy HulayDusha z kontrolowanej uprawy. Wolę przyznać wprost, że wybór toczy się między tańszym/droższym lub lepiej/gorzej opakowanym ;)

Najnowocześniejsza metoda produkcji?

Drugim manewrem w opisie, który lubią wysokopółkowe marki jest podkreślanie innowacyjności składników. Przykładowo, spotkamy tu powoływanie się na wyjątkowe metody produkcji, których nie używa nikt inny (i nikt wcześniej). Tutaj oddam sprawiedliwość.  Naprawdę ciężko to ocenić komuś, kto nie miał do czynienia z produkcją spożywczą, chemiczną, biotechnologiczną czy jakąkolwiek inną i kto nie zna dobrze swojej branży. Przede wszystkim, musielibyśmy wiedzieć, co dokładnie robią inni i co oznacza ,,innowacja" w pozyskiwaniu jakiegoś ekstraktu lub związku z rośliny.
Przykładowo, wiemy, że w kawie znajduje się kofeina i polifenole. Załóżmy, że mamy trzy produkty, które zawierają ,,jakiś" ekstrakt z kawy. Każdy z nich jest ładnie opakowany, każdy ma opis, w którym producent obiecuje, że po jego użyciu, dzięki zawartości kofeiny lub ekstrakt z kawy, natychmiast zniknie opuchlizna pod oczami. Różnica polega na tym, jak opisali produkt.

Pierwszy producent dostarczył nam taki oto tekst: ,,Nasz wyjątkowy sposób pozyskiwania kofeiny z ziaren kawy pozwala zachować jej właściwości. Dzięki zastosowaniu najnowocześniejszych metod, otrzymujemy kofeinę najwyższej jakości, która natychmiast pobudza mikrocyrkulację krwi i redukuje opuchliznę"
To klasyczny przypadek, kiedy producent nie powiedział nam nic. Nie wspomniał, jaki stosował rozpuszczalnik, temperaturę, czy parzył kawę w szklance czy wsadził do aparatu prowadzącego ekstrakcję nadkrytyczną. Swoją drogą, musiałby bardzo kombinować, żeby kofeina straciła właściwości, bo jak dowiemy się z bazy danych związków chemicznych, jest stabilna do co najmniej 178 stopni Celsjusza, rozkłada się dopiero w towarzystwie mocnych utleniaczy, kwasów i zasad albo wystawiana na silne światło. Czyli niewiele rzeczy, poza przezroczystą butelką, jej zaszkodzi.
Być może metoda produkcji to zaawansowana technicznie i nowoczesna (ale też popularna) ekstrakcja nadkrytycznym CO2? Z drugiej strony, nic nie wyklucza też prostej i ,,zwykłej" ekstrakcji gorącą wodą. Opis nie pozwala sądzić, że mamy do czynienia z czymś innym i wyjątkowym.

Drugi producent poinformował, że ,,Kofeina pozyskiwana jest z bezpośrednio z kawy Robusta o jej wysokiej zawartości, naturalnie, bez używania żadnych rozpuszczalników poza najczystszą wodą"
Tutaj wiemy trochę więcej. Ekstrakcję przeprowadzono wodą, a kofeinę związano np. na węglu aktywnym i wykrystalizowano ponownie (troszeczkę przypomina to produkcję cukru). Mamy informację, warto jednak dodać, że nie wpływa to w żadnym stopniu na właściwości samej kofeiny.

Trzeci produkt zawiera informację w tym gatunku: ,,Do uzyskania ekstraktu z kawy stosujemy najnowocześniejsze metody produkcji. Dzięki temu nie ogrzewamy ziaren do więcej niż 30 stopni Cejsjusza, a nasz produkt jest pełen kofeiny i przeciwutleniaczy, które usuwają opuchliznę i opóźniają pojawienie się oznak starzenia"
I to jest konkret. Nawet osobie, która nie wyczuje, że mowa o ekstrakcji płynem nadkrytycznym jako metodzie produkcji, mówi coś o jej zaletach. Wprawdzie, jak już napisałam powyżej, kofeinie niestraszne wyższe temperatury, ale polifenolom już prędzej, a poza tym wiele z nich gorzej rozpuściłoby się w wodzie niż w nadkrytycznym CO2.

Podsumowując, pierwszy produkt w moim odczuciu nie byłby wart dopłacenia ani złotówki więcej, drugi, jeśli chodzi o same właściwości, również nie bardzo (ale szanuję decyzję, kiedy ktoś wybiera go ze względu na to, ze chce mieć pewność, że jedyny rozpuszczalnikiem w procesie była woda). Do trzeciego bym dopłaciła, bo jest w nim nie tylko kofeina, ale też polifenole. Do tego sposób, w który otrzymano ten ekstrakt wydaje się być ,,jakby bardziej" uzasadniony.
Ale wniosek jest i tak jeden: Jeśli nie interesujesz się metodami produkcji przemysłowej i nie oglądasz pasjami ,,Jak to jest zrobione?", możesz nie rozumieć z tej marketingowej papki ani słowa.

Innowacyjny składnik? 

Firmy produkujące drogie marki lubią powoływać się na swoje wielkie działy badawcze i nieziemską wprost innowacyjność. Działy badawcze faktycznie w nich są, ale czy zajmują się badaniem i wprowadzaniem dotąd nieznanych składników? Śmiem wątpić. A nawet, gdyby chcieli, mają okrojone pole manewru. Wszystko z tego względu, że europejskie organy (szczególnie SCCS) niechętnie podchodzą do nowych składników w INCI ze względów bezpieczeństwa. Wymagają dużej ilości danych na temat wpływu na zdrowie. Innowacyjny składnik trzeba by najpierw porządnie przetestować. Zawsze jest ryzyko, że oznacza to dużo forsy posłanej w błoto, w razie, gdyby coś było nie tak. Dlatego producenci korzystają z dostępnej już wiedzy, rzadko wprowadzają na rynek nowe substancje, których nie znano wcześniej np. jako leków i zdecydowanie wolą pobajerować w opisie.
Jest jeszcze jeden ciekawy i bardziej zawiły przypadek: prawo do nieupubliczniania w składzie jednego (lub więcej) składników. Nazwę zastępuje wówczas numer nadany przez Głównego Inspektora Sanitarnego. Jak jednak ugryźć kwestię substancji albo kompleksu o którym nic nie wiemy? Wierzyć producentowi, nie wierzyć? Na to pytanie Wam nie odpowiem, ale przypominam, że zasady, które określają unijne organy ustawodawcze, obowiązują nawet w tym wypadku ;)

Skuteczność potwierdzona badaniami?




Tu zmierzamy do sedna. Są składniki, w których skuteczność nikt nie wątpi - w końcu panthenol łagodzi, a naturalne oleje tworzą barierę utrudniającą odparowanie wilgoci ze skóry. Ale jak tu znaleźć krem, który nawilża przez 24 godziny? Czy producent napisał prawdę? Otóż powinien! A przynajmniej w razie kontroli powinien przedstawić dowody. Czasem są nimi dane z literatury, a a czasem badania. I jeśli producent się na takie powołuje i przytacza ich wyniki, może warto zastanowić się nad dopłaceniem do pewności. Przykładowo, dwa kosmetyki z podobnym na oko INCI mogą (chociaż nie muszą) działać podobnie. Zastanowiłabym się np. nad specyfikiem na przebarwienia, gdyby ktoś powołując się na badania wspomniał, że zmniejsza je o określony %. Wprawdzie są testy opierające się bardziej na działaniu mierzalnym, a są takie odwołujące się do wrażeń konsumenta, ale i w jednym i w drugim wypadku, wiemy coś więcej niż nic. I być może to ,,coś więcej" skłoni nas też do wyciągnięcia więcej z portfela.

Tyle na temat praktyk opisowych. Wiadomo jednak, ze najważniejsze jest działanie, więc zapraszam Was na drugą część rozważań o cenie i jakości. W kolejnym poście porównamy droższe i tańsze kosmetyki do twarzy, ciała i włosów. Przejrzymy składy, podzielę się także efektami stosowania i wrażeniami.

Do zobaczenia!

piątek, 13 kwietnia 2018

Jak pozbyć się wrastających włosków? Domowe sposoby, półprodukty i gotowe kosmetyki

Depilacja z zasady ma służyć temu, żeby skóra była gładsza, prawda? Tymczasem, bez względu na to, czy zaciska się zęby sięgając po depilator/wosk/cukier, czy nie zaciska, używając depilacji światłem, można dorobić się czegoś, co gładkie zdecydowanie nie jest. Górki, krostki, czerwone kropki. Dziś o nich. A dokładniej o tym, jak się ich pozbyć albo przynajmniej - ograniczyć powstawanie.

Dlaczego włos wrasta?

To, że mu się zdarza, nie jest niczym niezwykłym. Włos, który został wyrwany, musi przejść przez warstwę rogową skóry, co nie zawsze jest proste. Końcówka włosa jest cienka, za to skóra pokryta pewną warstwą martwych komórek o sporej zawartości dość twardego białka, którym jest keratyna. Włos, który napotyka twardą powierzchnię skóry, ,,odbija" od niej kierunek wzrostu  i rośnie tam, gdzie mu łatwiej, czyli pod warstwą rogową. Powstaje charakterystyczna ,,górka", która czasami robi się czerwoną krostką, bywa, że wypełnioną ropą.
Wrastanie włosów jest znacznie częstsze, kiedy mamy do czynienia z rogowaceniem okołomieszkowym. Jest to przypadłość polegająca na tym, że w okolicy mieszków włosowych komórki szybciej i intensywniej rogowacieją tj. obumierają i wypełniają się twardą keratyną. Mieszki włosowe są wówczas zablokowane, wręcz ,,zalepione" mieszanką martwych komórek naskórka i łoju, któremu trudno jest swobodnie rozprzestrzeniać się po skórze. Wyglądają jak trwała ,,gęsia skórka" lub krostki. Jak łatwo się domyślić, pielęgnacja takiej skóry po depilacji jest raczej trudna, ale są zasady, które pomogą i w tym wypadku.



Jaką mamy strategię? 

Ze samym włosem niewiele zrobimy, bo raczej nie zależy nam na jego wzmocnieniu (w końcu nie po to go wyrwaliśmy). Za to pozostaje naskórek, z którego można usunąć więcej martwych komórek warstwy rogowej i tym samym go zmiękczyć. Osiągniemy to, rzecz jasna, za pomocą peelingów. Można sięgnąć po kawę, cukier sól, mąkę migdałową oraz gotowe scruby. Wszystkie równomiernie usuną nadmiar martwych komórek z powierzchni skóry i przyjemnie ją wygładzą. Po peelingu skórę raczymy balsamem lub olejkiem (najlepiej na wilgotne ciało) i podstawowa pielęgnacja skóry po depilacji już za nami. To jednak wystarcza w naprawdę niewielu wypadkach.

Warto zauważyć, że szczególnie chodzi nam o to, żeby dokładnie oczyścić i zmiękczyć okolice samego mieszka włosowego, a tego ziarenka kawy raczej nie zapewnią. Z pomocą przychodzą za to składniki kosmetyków do pielęgnacji.

Co pomoże? 

Konkrety są następujące: kwasy DHA i BHA oraz mocznik. Działanie wszystkich tych substancji jest z grubsza podobne: ułatwiają keratynie nawiązanie bliższej relacji z wodą. W mniejszych stężeniach wpływ na wiązania wodorowe uwidacznia się przede wszystkim w ten sposób, że skóra wiąże w sobie więcej wody, czyli po prostu jest dobrze nawilżona, natomiast we dużych - zaczyna robić się w tej wodzie częściowo rozpuszczalna. Mocznik ułatwia pozbycie się martwych komórek od zawartości ok. 10% w kosmetykach, kwas salicylowy - już od 1%, natomiast kwasy owocowe od 5%, przy jednoczesnym, wyraźnie kwaśnym odczynie (pH na poziomie 3-4,5).
Kosmetykami z kwasami i mocznikiem smarujemy się po wieczornym prysznicu lub kąpieli. Możemy użyć balsamu, ale możemy też serum, nic też nie stoi na przeszkodzie, żeby zrobić kwasowy peeling, taki jak stosujemy na twarz. Ważne jest natomiast to, że trzymamy się najważniejszych reguł, które wyznaczył producent, czyli: spłukujemy te, które producent zaleca spłukiwać, nie wychodzimy z nimi na słońce, chronimy skórę przed UV, odstawiamy w przypadku alergii lub podrażnienia.

A może sprawdzone przykłady?

Kosmetyki złuszczające z mocznikiem i kwasami wcale nie muszą być z definicji przeznaczone do pielęgnacji skóry po depilacji. Powiem więcej: są tak określane raczej rzadko. Z powodzeniem natomiast może do być np. balsam do pielęgnacji atopowej skóry ciała albo do pękających pięt i szorstkich kolan i łokci. W czym można wybierać?

-Olejek salicylowy, własnej roboty lub gotowy (taki, jak np. Salicylol, czyli 5% kwasu salicylowego w naturalnym oleju). Jeśli zdecydujemy się na samodzielne przygotowane, pamiętajmy, żeby kwas wcześniej zważyć. Olejek tego typu jest super wyborem, jeśli ktoś nie ma uczulenia na salicylany (ja niestety od zeszłego roku mam). Polecam przed użyciem rozcieńczyć go tj, wymieszać w proporcjach 1:1 z dowolnym olejkiem roślinnym lub oliwką. Skórę smarować można od razu po depilacji, przed myciem (dobrze usuwa pozostałości wosku na zimno). Szczególnie lubiłam traktować nim obszar po depilacji meszku nad górną wargą. Efekty? Zero czerwonych kropek, zero krostek, zero wrastania.
Problematyczne miejsca, w których włosy lubią nam wrastać, możemy nim traktować też po kąpieli, codziennie lub co 2-3 dni. Warto wyczuć tutaj swoje potrzeby, bo kwas salicylowy stosowany dłuższy czas lubi podrażnić. Obowiązkowo podczas jego stosowania, stosujemy też filtry UV.

-Kremy zmiekczająco-złuszczające z mocznikiem typu Ziaja Med, Kuracja Ultranawilżająca Mocznik 15% lub Acerin Lavendi. Oba mają świetne ceny, a że są do stóp? Nic nie szkodzi! (a gdyby ktoś miał watpliwości, zapraszam do przeczytania tego wpisu) Sprawdzą się przy wrastających włoskach, a stopy też się ucieszą. Krem z mocznikiem po prostu nakładamy na czystą skórę po kąpieli raz na dzień.

-Kremy lub maści zmiekczajaco-złuszczające z mocznikiem i kwasami np. Pilarix albo Hasceral. Kremy tego typu służą do pielęgnacji problematycznej skóry z rogowaceniem przymieszkowym lub atopią. Kultowy Pilarix ma aż 20% mocznika i 2% kwasu salicylowego i po samych opiniach w KWC widać, że to naprawdę skuteczny środek. Również Hasceral, z 10% mocznika i 5% kwasu salicylowego, świetnie sobie radzi ze zrogowaciałym naskórkiem. Skoro już mowa o kwasie salicylowym, do znudzenia powtarzać będę dwa krótką frazę: krem z filtrem.

-Kosmetyki z kwasami AHA i BHA (kremy, serum, toniki i peelingi) np. Tonik lub Serum Bielenda Super Power Mezo (ufff, cóż za nazwa ;) z kwasami migdałowym i laktobionowym, peeling Bielenda Professional z kwasem salicylowym, migdałowym, azelainowym i mlekowym, domowej roboty toniki i peelingi z kwasami itp. Przyznam szczerze, że mimo tego, że kwasy są skuteczne, polecam tą grupę jakby mniej. Przede wszystkim, każdy kosmetyk różni się stężeniem i rodzajem kwasu, więc każdego używa się nieco inaczej (np. jeśli chodzi o czas działania, spłukiwanie, częstość stosowania itd.). Drugą sprawą jest to, że kwasy po prostu są droższe, a do tego lubią podrażnić skórę i wymuszają to, żeby bardzo ostrożnie się z nią potem obchodzić. Nie ukrywam jednak, że jak nic innego radzą sobie w okolicach, gdzie po wrastających włoskach pozostały przebarwienia i blizny lub u osób, które dodatkowo w okolicach, gdzie wrastają włosy, mają też problemy z trądzikiem lub krostkami zapalnymi (np. na ramionach). Wówczas fajnie jest móc zadbać o skórę na ciele równie kompleksowo, jak na twarzy. Pamiętajmy, że ciału nie zaszkodzi pielęgnacja przeznaczona do twarzy, pod warunkiem, że podobnie, jak chronimy buźkę przed UV, nie zapomnimy o wysokim filtrze na resztę skóry.

wtorek, 18 lipca 2017

Dlaczego kosmetyki rzadko bywają bezzapachowe?

Fenomen bezzapachowego kosmetyku jest naprawdę potężny. Z jednej strony, spytani o kosmetyki dla dzieci czy alergików jednym tchem powiemy, że ma być bezpieczny, najlepiej naturalny, nie zawierać kilku określonych składników i być bezzapachowy właśnie. Z drugiej, rzadko spotyka się kosmetyki bez dodatków zapachowych i chyba jeszcze rzadziej - takie, które nie pachną.
Postanowiłam napisać co nieco o przyczynach tego stanu rzeczy. Co sprawia, że kosmetyki mają zapach i po co właściwie dodaje się kompozycji zapachowej?

Źródła zapachu



Najbardziej oczywistym jest kompozycja zapachowa, w składzie kosmetyku występująca jako Parfum lub Fragrance. Co ciekawe, najczęściej nie służy przekształceniu neutralnego kosmetyku w przyjemnie pachnący. Może i dominuje nad pozostałymi źródłami zapachu, nie znaczy to jednak, że kosmetyk pachnie wyłącznie jej składnikami. Mało tego, czasem i tak bardziej zwracamy uwagę na to, co ma zamaskować ;) Co dokładnie? Przedstawię Wam pokrótce składniki kosmetyków, które wodzą nas za nos:

Oleje i masła - zwłaszcza nierafinowane

Oleje i masła to świetne emolienty, więc każdy chętnie wypatruje ich w składzie. Niektóre z nich mocno pachną. Bywa, że błogo i rajsko - np. olej kokosowy lub masło kakaowe, ale są i ciemne oblicza olejów. Zacznijmy łagodnie - olej konopny ma wyczuwalny trawiasty zapaszek. Ten z pestek dyni również pachnie charakterystycznie, kojarząc się lekko z nieświeżym pomieszczeniem. Mnie to osobiście ani trochę nie wadzi, ale... co np. zrobić z takim ,,śmierdzielem" jak olej rokitnikowy? Poza tym, że dostarcza skórze wielu cennych substancji, ma też inne unikalne cechy: jeśli idzie o woń, to jednym osobom kojarzy się z wymiocinami, a innym z rozpuszczalnikiem lub rozkładem.

Wyciągi ziołowe i soki 




Sprawa przedstawia się bardzo podobnie, kiedy zastanowić się nad wyciągami i olejkami z ziół. Bywa, że ich zapach jest obiektywnie bardzo przyjemny: sama bardzo lubię rumianek czy miętę. Pewnym wyzwaniem jest jednak komponowanie wyciągów i olejków ze sobą - zestaw, który fantastycznie uzupełnia się w pielęgnacji skóry, nie musi już wcale harmonijnie zgrywać się zapachem. Szczególnie, jeśli w kosmetyku mamy też inne składniki dostarczające wrażeń dla nosa.
Są też składniki o woni, która wprawdzie nie jest ani natarczywa ani przykra, ale zupełnie nie pasuje charakterem do kosmetyku.
Zwróciłyście kiedyś uwagę na charakterystyczny zapach soku z aloesu? Niejednokrotnie kosmetyki z jego zawartością zbierają cięgi za zapach - kwaskowy, lekko sfermentowany, czasem nawet obrywa się mu za ,,chemiczne" konotacje. Albo ekstrakt z brzozy, który ludzie określają jako ,,ziółka na przeczyszczenie", względnie ,,popołudnie spędzone z kosiarką". Pokrzywa, skrzyp, algi morskie... W zasadzie można wyliczać w nieskończoność, a każdy wskazałby swojego antyulubieńca ;)

Związki czynne wyodrębnione z ziół



To jeszcze inna liga. Jeśli destylujemy części roślin lub przyrządzamy z nich ekstrakt, w celu wydobycia jednego konkretnego związku, który ma interesujące pielęgnacyjne lub lecznicze właściwości, to otrzymujemy coś, co pachnie dziwnie i obco. W róslinie mamy wiele związków zapachowych, które mu wtórują, a kiedy jest sam i w znacznie większym stężeniu, potrafi zupełnie zaskoczyć. Konkretny, wydobyty z rośliny terpen potrafi zachwycić perfumeryjnym charakterem, ale też zrazić apteczną surowością. Warto być przygotowanym na to, że nie wszystko, co wzięte z natury urzeka łagodnością i naturalnością olfaktoryczną.

Hydrolizaty białek oraz aminokwasy i peptydy

A to już związki przy których przykry zapach to chleb powszedni. Gdyby jeszcze tak pachniały chlebem... ;) Ale nie, tutaj pojawi się szereg skojarzeń zwierzęcych: z potem, moczem i mięsem oraz nieco łagodniej: przyprawami lub świdrującym zapachem siarki. Do tego zapach jest intensywny, więc żeby zmniejszyć złe wrażenie trzeba się nieźle nastarać.

Konserwanty



Ale w moim osobistym rankingu składników wykręcających nos na samiutkim czele są konserwanty. Związki chemiczne są interesująco skonstruowane: wraz z właściwością zabijania drobnoustrojów, wysyłają też często komunikat zapachowy (w tej książce czytałam o badaniach, które dowiodły występowania związku między ilością pachnących przypraw w tradycyjnych daniach, a średnią temperaturą w kraju ich pochodzenia). Istnieją konserwanty naturalne, szczególnie olejki eterycze - ich zapach przeważnie odbieramy jako przyjemny. Jest też ciemniejsza strona konserwowania kosmetyków - cała reszta. Konserwanty śmierdzą. Śmierdzą tak, że laik od razu użyje sformułowania ,,sama chemia" wąhając którykolwiek z nich ;) W dużym uproszczeniu, czy na warsztat pójdą wyjątkowo nielubiane obecnie parabeny, czy darzony lepszym postrzeganiem alkohol benzylowy lub fenoeksyetanol, poczujemy coś, co porównamy do benzenu (czyli znowu wiele osób określi je ,,rozpuszczalnikiem"). Do tego już w małym stężeniu są wstrętnie intensywne. Wyjątków mamy niewiele, do głowy przychodzi mi w zasadzie tylko sorbinian potasu, z którego chętnie korzysta też przemysł spożywczy, sól i alkohol etylowy. Niestety, mają też wady, które w kosmetykach mocno dają o sobie znać (sorbiniany podrażniają, a sól i alkohol wysuszają skórę). A ponieważ konserwowany jest każdy kosmetyk, zamaskowanie zapachu substancji konserwującej jest bodaj najtrudniejszym zadaniem przed którym staje producent.

Nie pachnieć, czyli...

...zrezygnować z wielu składników? Nie chcę od razu stwierdzić, że tak właśnie jest, ale lwia cześć kosmetyków, które nie pachną, to w telegraficznym skrócie miks parafiny i silikonów, ewentualnie lekko doprawiony masłem shea (tak, piję do marek aptecznych o francuskim pochodzeniu ;) Nie mówię, że nie używam takich kosmetyków, przeciwnie, kilka bardzo sobie chwalę. Podobnie jak chwalę sobie niektóre koncernówki, kosmetyki niszowe, naturalne i z własnej kuchni. Ale jeśli chodzi o zapach, przyznam, że nie umiem się przemóc i wolę jego brak niż kakofoniczny atak olejków eteryczych albo z innej beczki: budyniowej czekolady. Każdy ma jednak inny gust i myślę, że kluczem w podejściu do zapachów jest świadomość skąd one się biorą i że nie każdy z ich świadczy o czymś podejrzanym (np. zepsuciu kosmetyku czy sztucznych dodatkach).




Co jednak lubię najbardziej?
Ano, umiar. Szczególnie umiar w kombinowaniu. Jeśli używam kremu ziołowego, nie musimy robić z niego perfum, niech sobie tymi ziołami (i nawet rokitnikiem ;) pachnie, chciałoby się rzec, na zdrowie ;)

A Wy lubicie zapach czy jego brak? Jaki kosmetyk najbardziej z tego względu lubicie, a który przyprawia Was o ciarki?


sobota, 3 czerwca 2017

Po co alkohol w kosmetykach? Kilka powodów.


Bywa, że wątpliwy z naszego puntu widzenia składnik bardzo przyczynia się do polepszenia efektu działania kosmetyku. Wpływa albo na skuteczność albo chociaż na percepcję.
Bywa też, że kiepski skład kosmetyku pakuje się w luksusowe opakowanie i wzmacnia pożądanie wysoką ceną, słabszą dostępnością (np. tylko apteki) lub ciekawą reklamą.
Który z tych dwóch przypadków dotyczy etanolu i propanolu czyli składników określonego w składzie jako alcohol denat, ethanol, isopropanol lub isopropyl alcohol? Czy jest pożądany i konieczny, akceptowalny czy zbędny, a nawet szkodliwy? Sami zadecydujcie. Ja przedstawię kilka powodów, dla których producenci umieszczają go w swoich wyrobach.

,,Alcohol" to nie zawsze to, co nasuwa się na myśl, jako pierwsze
Pierwsze kosmetyczne skojarzenie ze słowem alkohol? Oczywiście spirytus salicylowy. Czyli wodnista, bardzo szybko odparowująca ciecz, wysuszająca skórę.

Jej głównym składnikiem jest oczywiście etanol (Ethanol, Ethyl alcohol, Alcohol Denat), ale prawie wszystko, co przeczytacie w dalszej części posta, dotyczy też izopropanolu (w kosmetykach jako: Isopropanol, Isopropyl Alcohol)

W produktach do pielęgnacji znajdziemy też mnóstwo innych alkoholi, m.in. : cetylowy (Cetyl Alcohol) , stearylowy (Stearyl Alcohol), ich mieszaninę (Cetearyl Alcohol), alkohol tłuszczowy z nasion kapusty (Brassica Alcohol), kokosa (Coco Alcohol), alkohol oleinowy Oleyl alcohol i inne, które mają duże cząsteczki. Wszystkie wyglądają podobnie po poniżej przedstawionego alkoholu oleinowego, czyli poza grupą hydroksylową, mają sporych rozmiarów łańcuch węglowodorowy.


W związku z taką budową, są najcześciej ciałami stałymi. Zalicza się je do alkoholi tłuszczowych i zgodnie z tą nazwą zachowują się raczej jak tłuszcz niż wspomniany spirytus. Używa się ich często jako emulgatorów, są też emolientami. Ale nie o nich dziś. W tym poście poruszymy temat kontrowersyjnych, ,,spirytusopodobnych" alkoholi ;)




Wydaje Ci się, że świetnie czujesz, jak Twój krem nawilża? A może to tylko alkohol?
Trick stary jak świat. Już przy aplikacji czujesz chłód, orzeźwienie, to, jak ,,spragniona skóra pije wodę". Jeśli chodzi o najpopularniejsze obecnie lekkie kremy, które zawierają 70 - 80% wody, naszą perepcję oszukuje w nich najczęściej etanol (czasem także dodatkowo mentol). Szybciutko odparowując ze skóry, delikatnie schładza jej powierzchnię i daje uczucie orzeźwienia. Jeśli macie około trzydziestki, być może pamiętacie wprowadzenie na rynek kremu Nivea Soft? Reklamowany był przez skojarzenie z letnim deszczem. Dziś, w czasach zwiększonej świadomości, skład wydaje się taki sobie. Ale uczucie ,,WOW! Ale nawilża!", które odczuwało się po aplikacji spowodowało, że stał się hitem i przez wiele lat utrzymał tą pozycję.

Lśniące włosy. Ale tylko raz.
Zazwyczaj włos porównuje się do rośliny. Jest cebulka, jest łodyga, sa łuski, które kojarzymy z otwieraniem się i zamykaniem się, jak u żyjącego kwiatu.  Zgrabny opis, ale jeśli chodzi o same łuski, nie do końca prawdziwy: samymi kosmetykami pielęgnacyjnymi nie jest wcale tak łatwo sterować ich przepuszczalnością (czyli mitycznym otwieraniem i zamykaniem się).
Ale do rzeczy. Łuski są bardzo odporne na wodę i chemikalia. Dlatego właśnie chronią miękki i chłonny rdzeń włosa przed zniszczeniem. Wyobraźmy je sobie, jak płytki na ścianie. Kiedy lśnią najbardziej? Wysmarowane czymś tłustym czy solidnie odtłuszczone i umyte? Tak właśnie działa etanol w kosmetykach nabłyszczających - odtłuszcza powierzchnię łusek i sprawia, że wszystko, co na nich pozostało, jest równomiernie rozprowadzone. Niestety, przy tym wysusza i stosowany częściej (szczególnie na włosach, w których naturalny kształt łuski i ich ułożenie nie do końca chroni rdzeń) może sprawić, że włosy będą suche i kruche. Podobnie z włosami zniszczonymi.

Czy alkohol przełamuje bariery? Barierę ochronną skóry na pewno
Jeżeli stosujemy na skórę jakiś wyciąg ziołowy lub płyn kosmetyczny/leczniczy z konkretnym składnikiem, który ma dotrzeć do głębszych, żywych warstw naskórka, to tak naprawdę walczymy trochę z własną barierą ochronną. Etanol w tym pomaga.
Skórę, która ma przyjąć aktywny składnik można również przygotować peelingiem, usuwając część warstwy rogowej (czyli martwych komórek zlepionych sebum). Nie rozwiązuje to jednak problemu całej bariery hydrolipidowej, którą cieżko sforsować. Można to trochę porównać do leczenia rany przez plaster. Lek aplikowany na plaster, a nie na ranę jest mniej skuteczny. Stąd w kosmetykach etanol, który rozluźnia nasz naturalny ,,plaster" i pomaga czynnej substancji przez niego przejść.
Ponieważ rana bez plastra jest znacznie bardziej narażona na niebezpieczeństwa, pojawiają się natychmiast inne pytania: Czy skóra jest wystarczająco chroniona przed czynnikami z zewnątrz? Czy bardziej jej taką kuracją pomagam czy szkodzę? Oczywiście, równocześnie do np. kuracji ziołowej z etanolem, można stosować kosmetyki, które pomogą odbudować barierę. Osoby z cerą wrażliwą, alergiczną lub atopową wiedzą jednak, że nie jest to takie proste. Osobiście sama skupiam się raczej na uszczelnianiu bariery lipidowej niż docieraniu z aktywnymi składnikami w głąb naskórka.

Bakterie nie przepadają za alkoholem
Alkohol wysusza skórę i narusza barierę ochronną, ale jedno trzeba mu przyznać - jest chyba najłagodniejszym i najbardziej nieszkodliwym dla człowieka konserwantem. To znaczy, ogranicza rozwój mikroorganizmów, bo np. substancji czynnych przed utlenieniem nie ochroni. Znacznie wyprzedza pod tym względem także naturalne olejki eteryczne, które zawierają sporo toksycznych substancji. Spójrzmy prawdzie w oczy: wątrobie szkodzi dopiero po regularnym używaniu dużej ilości (nawiasem mówiąc, wprowadzić się w stan upojenia alkoholowego można także drogą wziewną i przez skórę, ale kosmetyki nie stwarzają raczej ryzyka pod tym względem), nie kumuluje się w organizmie... Wada jest taka, że trzeba wlać go do kosmetyku na tyle dużo, że wpływa silnie na jego działanie.

Alkohol w bazie kosmetyku
Baza czyli to, co ma rozpuścić składniki i ułatwić ich połączenie. Alkohol rozpuszczalnikiem świetnym jest (to taka chemiczna parafraza: ,,Słowacki wielkim poetą był" ;). To, czego nie rusza sama woda, a niekoniecznie chcemy rozpuszczać to w tłuszczu, ma szansę polubić się z alkoholem.
Co na przykład? Roślinne substancje czynne (np. sporo terpenów), rozmaite olejki eteryczne i ogólnie związki zapachowe. Perfumy nie bez przyczyny są oparte na alkoholu - dzięki niemu udaje się zachować przejrzystość płynu i jednolity zapach bez konieczności wstrząsania flakonikiem. Podobnie z ziołowymi płynami antyseptycznymi, odstraszającymi owady czy pobudzającymi wzrost włosów - dzięki alkoholowi używa się ich łatwiej i stanowczo lepiej wyglądają.

Przyznam szczerze, że poza perfumami i mgiełkami na owady, raczej staram się unikać kosmetyków zawierających alkohol. Nie służą mojej dość wrażliwej cerze, nie mówiąc już nawet o włosach. Za to nie mogę się napatrzyć na zdrowe włosy mojej mamy potraktowane maseczką z zółtka i koniaku. A jak jest u Was?

środa, 24 maja 2017

DLACZEGO nie moczyć hybrydy w wodzie?


 
moje skromne zbiory hybrydowe - polecam szczególnie bazę Indigo i ,,lusterko" Silcare

Czasem zdarza się, że ktoś zadaje mi ciekawe i wnikliwe pytania dotyczące kosmetyków, których nie używam/używam rzadko albo z którymi nie mam zbyt wiele do czynienia. Tak właśnie jest w przypadku lakierów hybrydowych, hybrydowych preparatów do przedłużania paznokci czy żeli.
Sama miałam je na dłoniach zaledwie kilka razy i o ile efekt potrafi być imponujący, o tyle u mnie jest też na tyle krótkotrwały, by demotywować zarówno do regularnego robienia we własnym zakresie (czas) i u profesjonalisty (pieniądze ;).
Wróćmy jednak do tematu lakierów hybrydowych i ich moczenia w wodzie. Zdarza mi się usłyszeć lub przeczytać, że można z nimi robić dosłownie wszystko i nawet nie drgną, jak i liczne ostrzeżenia przed długotrwałym kontaktem z wodą. Moje doświadczenie wskazywałoby raczej na to, że długo moczyć absolutnie nie warto, ale koleżanka spytała mnie też ostatnio: ,,a niby dlaczego?"
Spójrzmy na to z punktu widzenia chemika:

Z czego zrobiony jest lakier hybrydowy
W przeciwieństwie do klasycznych lakierów do paznokci, za tworzenie powłoki i jej trwałość odpowiadają w hybrydzie głównie akrylany i metakrylany. Przemawia za tym fakt, że są tanie oraz pięknie i szybciutko polimeryzują w UV.
W lakierze mamy trochę większych, częściowo spolimeryzowanych (tłumacząc na polski: zbitych w dłuższy łańcuch powtarzających się fragmentów) cząsteczek i trochę małych, które mogą się z nimi połączyć.
Te większe nazwalibyśmy oligomerem. W popularnym Semilacu jest to oligomer uretano-akrylanu (podobne można pooglądać sobie w TYM patencie).
Teraz czas na mniejsze. Są bardzo ważne, bo to one ,,chwytają" długie, przesuwające się łańcuchy oligomerów i tworzą z nich pod wpływem światła trójwymiarową sieć.  Szczególnie popularny jest HEMA czyli 2-hydroksyetylo metakrylan.

Co to właściwie ma do wody? 
To, że zarówno akrylany, jak i metaktylany tworzą eleganckie hydrożele o dużej zawartości wody. Materiał uzyskany w wyniku polimeryzacji HEMA na ten przykład, potrafi nagromadzić aż 38% wody. Niestety, po wciągnięciu jej, ma znacznie gorsze właściwości mechaniczne. To znaczy, gorsze, jeśli malujemy nimi paznokcie. Polimer HEMA jest bowiem dość dobrze poznany ze względu na to, że produkuje się z niego miękkie soczewki kontaktowe. Nasza ozdoba paznokcia, po wymoczeniu w wodzie staje się do nich coraz bardziej podobna: coraz miększa, coraz łatwiejsza do rozerwania, coraz bardziej giętka. Im więcej jest wody w polimerze, tym łatwiejsze przenikanie jonów, wody i gazów przez lakier.
Nie dziwi więc, że większe jest ryzyko tego, że hybryda po prostu zacznie odchodzić płatami lub wręcz się odklejać od płytki paznokcia.


A może primer? 
Jeśli chodzi o samo wiązanie samej wody, to niewłaściwy trop ;) Primer zawiera najcześciej kwas metakrylowy, który, jak się okazuje... pozwala nagromadzić jeszcze więcej wody w polimerze. Dodatek kwasu metakrylowego do polimeryzacji poprawia jednak właściwości mechaniczne wielu polimerów, więc są one, ogólnie mówiąc, bardziej wytrzymałe. Lakier leżący na nieco twardszym primerze i częściowo z nim zespojony może dłużej utrzymać się na paznokciu.
Mimo wszystko jednak, całość jest znacznie słabsza po zażyciu sporej dawki wilgoci. Przy sprzątaniu lepiej więc sięgnąć po rękawiczki, zmywarkę i innych mieszkańców naszego domu, a dłonie moczyć tylko na basenie i nad morzem. Skoro lakier odpadnie, to przynajmniej w miłych okolicznościach ;)

piątek, 12 maja 2017

Subiektywnie - jakich tutoriali unikam

Tekst będzie długi - i zdaję sobie sprawę, że dość ciężki. Myślę jednak, że przy dobrej herbacie da się dotrwać do końca i stać się albo bardziej świadomym producentem kosmetyków w skali mikro albo po prostu bardziej świadomym konsumentem.

Ogółem lubię DIY i zakręcone pomysły osób robiących tutoriale.
Wiecie, płatki na zaskórniki z żelatyny, mieszanie hybrydy i zwykłego lakieru i setki rzeczy, które ktoś wypróbował i pokazał, żeby inni wiedzieli, że jest taka możliwość. Nie, nie mówię teraz, że wszystko to czyste złoto, tylko, że wiele z nich coś przydatnego podpowiada.
Ale czy tylko ja mam wrażenie, że po sieci krąży też mnóstwo bullshitu, na który pomysłów lepiej nie zapożyczać? I wcale nie chodzi tu o zdjęcia robione kalkulatorem albo kiepski efekt końcowy. Być może gdybym była radykalną estetką zwróciłabym uwagę właśnie na to. Mnie jednak razi dramatyczna niewiedza, która dotyczy konsekwencji użycia... no właśnie...czego?

Przemyśl dwa razy, czego używa autor tutorialu
Zapominanie, że artykuł papierniczy, artystyczny czy chemia gospodarcza nie są surowicem kosmetycznym, to moim zdaniem błąd dyskwalifikujący tutorial. Rzekomo ma być taniej i lepiej dla zainteresowanego (i całej Ziemi przy okazji), bo nie wyrzuca, a używa. Jednak, jest pewien truizm: wykorzystać te rzeczy można niekoniecznie do skóry.
Ostatnio wpadłam na przepis użycia kredki świecowej do balsamu do ust i kleju opartego na poli(alkoholu winylowym) w roli maseczki. Sporo osób lubuje się także w barwieniu kredkami np. mydła czy kul kąpielowych. Cóż w tym takiego zdrożnego? Prześledźmy opcję: kredka w kosmetyku.



Dlaczego nie barwić mydła/kul/balsamów kredkami?

Zastanówmy się, czy bloger/jutuber ma wiarygodną listę składników, z których kredka się składa? Niestety, śmiało idę o zakład (o bardzo dobre piwo albo i najnowszą paletkę TooFaced), że osoby odpowiedzialne za ten dość popularny tutorial i jego klony, nie mają o tym zielonego pojęcia. Podobnie, jak bardzo mgliste o prawie w swoim kraju i w kraju, w którym wyprodukowano kredkę. Uargumentuję pokrótce, skąd wziął się mój tok myślenia.

Pisacz tutorialu oznajmia nam z patosem godnym obrońcy świata, że w kosmetykach jest mnóstwo szkodliwej chemii, a tanio, prosto i bezpiecznie możemy użyć kredki, która w przeciwieństwie do ,,chemii", jest nietoksyczna (przecież napisano to na opakowaniu, a tak wgl. to te kredki są dla dzieci, więc szkodliwe być nie mogą).
Zajmijmy się ,,chemią". W kosmetykach, jak rzecze statystyczny użytkownik sieci, mnóstwo jest dziś ,,chemii", włączając pomadki do ust. Z tym się zgadzam, chemia jest wszędzie, bo jest to nauka o substancjach: dalekich i bliskich też ;) Jemy chemię, składamy się z chemii i tak się składa, że jedyna strefa naszego życia wolna to od chemii to życie duchowe.

Czy jest to chemia szkodliwa, o tym można podyskutować, najlepiej mając jakieś dowody. Nie czepiając się już dłużej języka potocznego, w którym ,,chemia" tożsama jest z tym, co najczęściej truje lub uczula, czy też szkodzi w inny sposób. W fachowy sposób ujęlibyśmy to prawdopodobnie jako konserwanty, stabilizatory, barwniki czy aromaty.  Konserwantów i aromatu w kredce nie znajdziemy, ale barwnik i stabilizator (chroni przed blaknięciem barwnika na słońcu) już tak.
Idźmy dalej i zabierzmy się więc za to, jaki to barwnik i czy z taką pewnością możemy nazwać go nieszkodliwym.
Trudno bronić kredki, która różni się od ,,chemii" w kosmetykach tym, że ma na opakowaniu napis ,,non-toxic". Toksyczność to w uproszczeniu taka cecha związku, która polega na powodowaniu zaburzeń funkcji lub śmierci komórek żywych/organizmów po dostaniu się w ich pobliże. Związek toksyczny może dostać się do organizmu przez wdychanie, połknięcie lub przez skórę. Nie jest to jedynie potoczne określenie, ale także konkretna, mierzalna wartość. Określa się ją, podając po jakiej ilości związku (mg tajemniczej substancji / kg masy ciała) połowa osób z próby przypuszczalnie umrze. Toksyczny, to ściśle rzecz biorąc, taki, któremu wystarczy 25-200mg/kg masy ciała, a szkodliwy obejmuje substancje, których organizm zniesie trochę więcej, pomiędzy 200-2000mg/kg masy ciała. Tłumacząc to na polski, substancja, która formalnie toksyczna nie jest, może uśmiercić nas, kiedy połkniemy jej, załóżmy, lekko powyżej 10g (dla osoby ważącej 50kg). Jak więc widzimy, niekoniecznie stwierdzenie, że coś jest nietoksyczne, oznacza też, że jest korzystne dla zdrowia i nie stanowi dla niego żadnego ryzyka.
To byłby pierwszy powód, dla którego myję ręce po skończeniu działań artystycznych i nie nakładam kredek na swoją skórę (ale nie jedyny).
Warto dodać, że wymagania prawne wobec kosmetyków są znacznie ostrzejsze - dopuszcza się do użytku niewiele z substancji szkodliwych, a tym, które trafią do kosmetyku, ogranicza się (aktem prawnym) zawartość, dopasowując ją do norm, które ma spełniać żywność (!).

Dodajmy jeszcze coś: składniki kosmetyków badane są bardzo skrupulatnie pod kątem szkodliwości przez Komitet Naukowy do Spraw Bezpieczeństwa Konsumentów (SCCS). Uwzględnia się w niej np. działanie długofalowe i sceptycznie traktuje nowości. Dla kontrastu podam przykład ,,celebryty" wśród barwników - pięknego, nasyconego niebieskiego YInMn (nazwa pochodzi od itru, indu i manganu), który zsyntezowano w 2016 roku, a już w 2017 Crayola wypuści go na rynek w swoich kredkach.

Ciekawy jest też fakt, że w przypadku kosmetyków obowiązuje jawność składników, które zawiera produkt. W przypadku kredek, producent nie jest zobowiązany podać nam dokładnego INCI (przynajmniej nie w wielu krajach). Polegamy na tym, co ujawnia przy wprowadzeniu ich na rynek, pamiętajmy jednak, że opracowuje skład dla czegoś, co nie ma dłuższego kontaktu ze skórą i nie spełnia tych samych norm, jakie obowiązują dla kosmetyków. Stąd sądzę, że poznanie składu kredek aż łatwe nie będzie.
Załóżmy jednak, że nasz producent nie ma zamiaru niczego ukrywać i podał skład, był tak dobry, że przechodzimy z szyfru ,kolor-numerek" na numer CAS i na upragniony wzór chemiczny.
I tak bez większego wysiłku nie da się ,,od ręki" powiedzieć czegoś konkretnego o szkodliwości, tym bardziej komuś, kto nie ma dostępu do jakiejkolwiek naukowej bazy (czytanie artykułów naukowych dla osoby, która nie pracuje w tej branży, jest dość kosztownym hobby). Pewności nie mam, ale jakoś nie widzę, żeby tutorialowiec grzebał w sieci przez dwa dni, mając o temacie jakieś pojęcie i wiedząc, że szansa na niską szkodliwość jest niewielka. Na poparcie swojej tezy mam to, że w sumie nikt nie poleca konkretnej, bezpiecznej marki i linii kredek.

Gdyby tego było mało - jedynym dobrodziejcą, który zabierze się za sprawdzenie zgodności deklaracji kredek hulających po rynku będzie prawdopodobnie jakaś organizacja konsumencka. W przypadku kosmetyków bezpieczeństwo składu bada najpierw safety assesor, a warunki i same produkty nadzoruje się w miejscu ich wytwarzania oraz miejscu sprzedaży. Dla nas także sama dostępność informacji o składach oraz możliwości zgłoszenia działań niepożądanych są nieporównanie większe.






piątek, 5 maja 2017

Czy domowe sposoby działają? CYNAMON


Cynamonowi przypisuje się naprawdę sporo. Według popularnych stron możemy zwalczyć nim cellulit, przyspieszyć wzrost włosów oraz pokonać trądzik. Ale sami wiemy, ile ,,dobroci" można się tam czasem naczytać ;) Co na temat cynamonu mówią publikacje naukowe?

Po pierwsze, antybakteryjny i przeciwgrzybiczy
Warto wiedzieć, że kora cynamonu zawiera sporo olejku oraz żywic. Olejek to kompozycja 13 związków, natomiast w żywicach znajdziemy ich już sporo więcej, ale tak w jednym, jak i drugim przypadku w przewadze mamy aldehyd cynamonowy. Związek wygląda tak:

Aldehyd cynamonowy [Wikipedia]


i odpowiada za sporą cześć przeciwgrzybiczch właściwości cynamonu. Ma na tyle dużą aktywność, a przy tym niską toksyczność, że stosuje się go nawet przy uprawach jako fungicyd.
W przypadku trądziku, bardziej niż zdolność do wybijania grzybów, ciekawiłaby nas aktywność przeciwbakteryjna. Jak się okazuje, zarówno olejek, jak i żywice kory (szczególnie żywice) są pogromcami bakterii, będąc bardziej aktywne np. od amplicyliny. Oczywiście, sama przyprawa, czyli sproszkowana kora aż tak silnego działania nie wykazuje, ale warto wspomnieć, że zawartość aktywnych żywic w korze sięga ok. 7-10%, a olejku ok. 2,5%. To całkiem dużo, ładując więc cynamon na twarz, możemy śmiało liczyć na zdziesiątkowanie bakterii.
Warto wiedzieć, że wśród związków o działaniu dezynfekującym, w cynamonie obecny jest także kwas salicylowy, który może być sprzymierzeńcem w walce z trądzikiem, ponieważ dodatkowo działa keratolitycznie, czyli lekko złuszcza martwy naskórek.

Po drugie, moc przeciwutleniaczy
Przyprawy są bogate na ogół nie tylko w aromat, ale także w związki o działaniu przeciwutleniającym (genialne połączenie - dodając jedzeniu smaku, przedłużamy zarazem jego czas przydatności do spożycia). Cynamon ma całkiem sporą zawartość przeciwutleniaczy, na poziomie 77mmol/100g, a w badaniach wybranych 27 przypraw zajął zaszczytne 4 miejsce. Czyni to z niego z ciekawy suplement (ale bez przesady, w nadmiarze zdrowiu nie posłuży), pozwalający zachować organizm, więc i skórę w dobrym stanie przez dłuższy czas, jak również materiał na maseczki anti-age. Co ciekawe, antyoksydacyjną aktywność wykazują nie tylko pieczołowicie przygotowane wyciągi czy olejek, ale również sama sproszkowana przyprawa.

Przeciwzapalny...
Cynamon może ciekawić posiadaczy cery trądzikowej z jeszcze jednego powodu - w różnych kulturach stosuje się go przeciwzapalnie, więc mógłby w ten sposób zadziałać również wobec zapalnych, czerwonych zmian na skórze.

...i szalenie podrażniający
Nie sposób jednak wobec tych wszystkich bonusów nie zauważyć sporej wady. ,,Szalenie" to może lekka przesada, ale zważywszy na to, że mówimy o twarzy, wypadałoby wspomnieć, że cynamon podrażnia. Aldehyd cynamonowy stwarza spore ryzyko podrażnienia dla naszych tkanek - na tyle, że wspomina się o nim w arkuszach bezpieczeństwa. Osoby pracujące w sortowniach lub paczkarniach przypraw i mające do czynienia z cynamonem, doświadczały alergii i podrażnień już od dawna - między innymi stąd ciemne strony działania cynamonu są tak dobrze znane. Wrażliwym cerom raczej nie sposób go polecać, podobnie jak podrażnionej i problematycznej skórze głowy.

Co z tym cellulitem?
Wydaje się, że to już raczej miejska legenda niż coś, co wynika z wiedzy (choćby tradycyjnej, zielarskiej). Z pewnością cynamon rozgrzewa i pobudza krążenie. Być może dzięki temu inne składniki, które się z nim łączy (np. kawa) mogą działać skuteczniej?

A z przyspieszeniem wzrostu włosów?
Co do przyspieszenia wzrostu, trzeba zaznaczyć, że ma cynamon trochę tych terpenów, terpenoidów i innych osobliwości... Żadnych konkretnych badań nie udało mi się nigdy wyszukać, chociaż jestem w stanie uwierzyć, że to może działać. Za to z pewnością nie zaszkodzi dodać cynamonu do maski lub przygotować płukankę. Zawartość polisacharydów, w tym tworzących śluzy, sprawia, że włosy są nawilżone i pokryte cienką warstwą zapobiegającą odparowaniu naturalnej wilgoci. Czyli innymi słowy: miękkie, gładkie, lśniące. Cynamonowa płukankę robiłam nie raz i efekt jest podobny do np. płukanki z lnu.

Podsumowując: 
Ciekawy przypadek z tego cynamonu. Tak wewnętrznie, jak i zewnętrznie stosowany ma potencjał, ale może działać odwrotnie niż sobie tego życzymy.


Ciekawostka: do czego cynamon pasuje najlepiej? 
Do miodu :) I bynajmniej, nie mam na myśli gustu kulinarnego: okazuje się, że razem skuteczniej zwalczają bakterie.

piątek, 3 lutego 2017

Czy maseczka w płachcie jest lepsza od zwykłej? Czy maseczka hydrożelowa działa skuteczniej?

Popularność ,,maseczkowych" filmów na YouTube w poprzednim roku zadziwia. Testy Glamglow albo maski magnetycznej - całkiem do zrozumienia, ale żeby nakładać na twarz klej z poli(alkoholu winylowego) w imię usunięcia zaskórników? Z drugiej strony, co kto lubi, istnieją wszakże skóry niewrażliwe i pancerne ;) 
Moją uwagę przykuła jednak znacznie większa niż kilka lat temu popularność maseczek - płacht materiału i maseczek hydrożelowych. Są właściwie wszędzie, a sporo osób pyta mnie o to:

Czy maseczka na płachcie materiału lub hydrożelowy płat są skuteczniejsze od zwykłej, nakładanej na twarz? 
Na to pytanie, jak domyśla się bardziej otrzaskany w temacie składów konsument, nie ma jednoznaczniej odpowiedzi. Maseczka na płachcie materiału to nic innego jak po prostu okład, chociaż można go zwać na różne sposoby.

Jest przypadek, kiedy wilgotny okład, szczególnie taki, który długo utrzymuje wilgoć, ma większy sens od zwykłej maseczki. Jest tak wówczas, kiedy chcemy dać głębszym warstwom naskórka substancje nie rozpuszczające się w tłuszczach np. niektóre przeciwutleniacze rozpuszczalne w wodzie (jak antocyjany lub polifenole). Zwykle warstwa rogowa naskórka jest dla nich barierą nie do pokonania. 
Materiał w okładzie ma za zadanie jak najdłużej zatrzymać wilgoć i ciepło, przydatne, kiedy chcemy zwiększyć przepuszczalność wierzchniej warstwy naskórka. Dzieje się tak ze względu na to, że martwe komórki warstwy rogowej, jak na komórki zbudowane z białek przystało, pęcznieją pod wpływem długotrwałego działania wody i w strukturze warstwy rogowej powstaje pewne ,,zamieszanie". Bariera naskórka wzbogaca się nie tylko w wodę, ale przy okazji w pożądane przez nas, substancje aktywne. Podobnie jest z hydrożelem - bardzo długo utrzymuje wilgoć, pod której dłuższym wpływem naskórek robi się bardziej przepuszczalny, szczególnie, kiedy w składzie maski znajdzie się też np. glikol propylenowy lub alkohol. Także - jeśli wysoko w składzie mamy ekstrakt z wina, kawy, nagietka lub zielonej herbaty - można używać życia, maska-okład to dla nich świetna forma stosowania w domowym zaciszu. Zwróćmy przy okazji uwagę na zestaw konserwantów i wybierzmy maseczkę, którą jest w stanie zaakceptować nasz rozsądek - okład zwiększa też przenikalność niepożądanych składników.
Bardzo fajnie w maskach hydrożelowych działa kwas hialuronowy czy kolagen- już niewielkie stężenie, razem z woda dokładnie zwilżającą naskórek, cudownie wygładza skórę. Wprawdzie kwas i kolagen świetnie wygładzają także w zwykłych warunkach, kiedy na przenikanie nie ma szans, jednak jeśli tylko dostaną się odrobinę głębiej (z akcentem na ,,odrobinę" ;), efekt jest znacznie bardziej spektakularny.

Myślę jednak, że są też substancje czynne, które sprawdzą się tak samo lub lepiej w klasycznej maseczce nakładanej na twarz i spłukiwanej wodą. Lepiej nie pokładać nadziei w doskonalszym działaniu masek hydrożelowych i płatów, w których substancjami czynnymi mają być:
- oleje np. słonecznikowy lub masło shea - w zwykłej maseczce, zadziałają tak samo
- glinki - do uzyskania oczekiwanego efektu wystarczy im sama woda, ponieważ najwięcej dobrego robią w ujściu gruczołu łojowego
- pantenol - i bez specjalnego wspomagania ma dobrą przenikalność
- gliceryna - jest jednym z nielicznych składników, które również radzą sobie z barierą naskórka




środa, 28 grudnia 2016

Czy można myć włosy mydłem?

Dość popularne jest mycie włosów żelem do ciała albo płynem do higieny intymnej. Skład tych produktów jest na ogół zbliżony do składu szamponów (pomijając substancje kondycjonujące - nie każdą z nich można stosować na skórę na dużej powierzchni), niezniszczone czy niezbyt wysuszone włosy nie odczują zatem większej różnicy. Ale mydło (prawdziwe mydło, a nie żelowe wariacje z SLSem na pierwszym miejscu w składzie) budzi już większe emocje.


Inny środek myjący, inna konsystencja, wysokie (zasadowe) pH - słowem, można się zastanawiać:

Zaszkodzi włosom czy nie?
Przede wszystkim warto wspomnieć o roli pH kosmetyku. Bardzo popularne (i uważane za oczywistą prawdę) jest to, że zasadowe pH bardzo silnie rozchyla łuskę włosa. Jak to jednak czasem bywa z tego typu stwierdzeniami, prawdy jest w nich niewiele (super wpis na ten temat, ze źródłami, znajdziecie tutaj). Łuska włosa staje się ,,rozchylona", czyli bardziej przepuszczalna po prostu we wodzie, przy czym pH w przedziale 4-9 nie robi jej wielkiej różnicy.
Zasadowe pH nie jest jednak ulubionym środowiskiem keratyny - innymi słowy, zniszczonym włosom, mydło (szczególnie nałożone na dłużej) może pomóc zhydrolizować część wiązań w keratynie i zniszczyć się jeszcze bardziej.
Do tego, warto dodać, że prawdziwie mydło, o ile nie ma dodanej ekstra nadmiarowej porcji olejku, bardzo mocno wysusza, bo po prostu jest silnym detergentem.
Włosy umyte mydłem najprawdopodobniej będą też matowe, no, chyba, że używamy do mycia demineralizowanej wody. Produkt nie spłukuje się łatwo, a do tego w zwykłej, twardej wodzie, część mydła po prostu wymienia kation ze swoim otoczeniem i osadza się na włosach w postaci trwałych, nierozpuszczalnych w wodzie i trudnych do usunięcia soli wapnia lub magnezu. Osady te odbierają blask włosom i utrudniają czesanie.
Jeśli więc mydło, to tylko z miękką wodą, albo remedium - kwasową płukanką. Woda z kwaskiem cytrynowym, owocowym lub octem pomoże pozbyć się niechcianego osadu mydła wapniowego z fryzury.

Skoro tyle z tym zachodu, to po co kombinować z mydłem?
Myślę, że skoro tylu ludzi pyta i próbuje, to coś w tym musi być ;) Mnie osobiście mydełko nie kusi (suche włosy), ale rozumiem np. ból osób uczulonych na Cocamidopropyl betaine, składnik obecny w większości szamponów. Mydło jest znacznie prostsze w przyrządzeniu od szamponu, łatwiej też znaleźć gotowe o krótkim składzie.



sobota, 30 lipca 2016

Czemu mentol chłodzi (i kosmetyki na upał)

Nie należałam nigdy do rzeszy ludzi cierpiących w upały, a mój ulubiony odpoczynek to - mniej więcej - śródziemnomorska temperatura i jazda rowerem w samo południe ;) Chyba takie upodobania nie zmieniają się znacznie z wiekiem, bo moja mama również jest w stanie porządnie zmarznąć przy 20oC ;) Czasami jednak nawet my lubimy wrażenie chłodzenia (szczególnie stóp i szczególnie w ciąży). Rozumiem też, że niekiedy do dyskomfortu doprowadza np. samo uczucie bycia nieświeżym albo nasilający się w wyższej temperaturze świąd skóry atopowej.
Z każdej z tych sytuacji można odrobinę sobie pomóc kosmetykami.

Oszukać receptory
Najłatwiej i stosunkowo najtrwalej (na około ok. 40 minut) można schłodzić się po prostu kosmetykiem chłodzącym. W składzie większości takich kosmetyków znajdziemy mentol albo wyciągi z roślin będące jego źródłem (nie jest to jedyny związek o takim działaniu, ale z pewnością najpopularniejszy). Mentol, w uproszczeniu, działa w ten sposób, że pobudza receptory zimna (aktywuje proteiny TRPM 8 i TRPM1), co sprawia, że nasz układ nerwowy reaguje, jak byśmy odczuwali chłód. Jest ,,przyjaznym oszustem” jeszcze z jednego powodu – działa lekko przeciwbólowo i przeciwświądowo.
jeden z izomerów mentolu [Wikipedia]

Jeśli mamy swoje ulubione kosmetyki, a chciałybyśmy, żeby choć trochę chłodziły, warto pokusić się o dodanie mentolu lub olejku z mięty (kosztuje w aptekach grosze) lub eukaliptusa. Szczególnie polecam do żelu pod prysznic i szamponu.
Jeśli dysponujemy czystym krystalicznym mentolem, warto pamiętać o tym, że lepiej rozpuszcza się alkoholu niż wodzie i żeby sprawdzić, jaka zawartość nas urządza (zaczynamy od ok. 0,1%) - dodany w nadmiarze działa dokładnie odwrotnie, a że każdy jest wrażliwy w innym stopniu...

Ciekawostka – porażające uczucie nawilżenia, takiej ,,chłodnej wody wnikającej w skórę”, które towarzyszy aplikacji kremów nawilżających, również jest sztuczką osiąganą przez dodanie niewielkiej ilości mentolu do składu. Nawilżenie skóry nie daje aż tak spektakularnego odczucia ;)

Osuszyć (i złagodzić)

Kąpiel w płatkach owsianych i mące ziemniaczanej to nie tylko sztuczki dla atopików i małych dzieci. Owszem, wydatnie zmniejszają poziom marudzenia obu grup podczas upału (sprawdzone na ludziach i ludzikach), ale poza łagodzeniem świądu mają jeszcze dwa atuty:
  • chronią przed wysuszeniem (tj. utratą wody z naskórka)
  • zmniejszają wrażenie ,,lepkiej od potu” skóry
Od biedy może być też woda pozostała po gotowaniu produktów zbożowych (ryżu, makaronu, kaszy) albo ziemniaków. Sama najczęściej używam po prostu mąki ziemniaczanej - nie gotuję krochmalu, tylko wrzucam 4 czubate łyżki do letniej kąpieli. Na skórze pozostaje cienka warstwa ,,pudru”, która absorbuje wilgoć i sprawia, że skóra jest matowa i mniej kleista.
Mąka daje radę także, kiedy ,,przypudrować się” nią na sucho. Mam ją zawsze (w małym słoiczku, rzecz jasna ;) w torebce i nie jeden raz uratowała mi skórę przed otarciem. W chwili kryzysu wolę oprószyć nią stopy niż założyć plaster (który i tak przesunie się po niecałym kilometrze ;).

,,Zamglone” działanie mgiełki
Odparowanie potu umożliwia schłodzenie się. Mniejszy, ale również odczuwalny efekt daje odparowanie z powierzchni skóry czego innego – mgiełki. Ciecz, żeby zmienić się w gaz, ,,zabiera" nam trochę energii, czyli ciepełka. Już sama aplikacja jest przyjemna, a zważywszy na to, że nanosimy w ten sposób bardzo cieniutką warstewkę, parowanie przebiega błyskawicznie i błyskawicznie przynosi chwilę ulgi.
moje ulubione letnie mgiełki: woda różana, Apis z wodą z gałązek oliwnych i woda-panthenol


Zmysły a percepcja

Spójrzcie kiedyś na kosmetyki, reklamowane jako letnie, które mają kojarzyć się z chłodzeniem – wiele z nich jest przezroczystych jak kostki lodu albo podbarwionych na kolory chłodnego morza albo zieleni (jak liście dające cień). Częściej mają przenikliwy zapach ziół i cytrusów. Ich konsystencje są raczej wodniste lub suche niż kremowe i bogate. Widocznie stosunkowo łatwo wykorzystać zmysły jako naszego sprzymierzeńca , żeby czuć się chłodniej i bardziej świeżo. I chyba coś w tym jest, skoro w letnim sezonie z półek perfumerii masowo znikają orzeźwiające cytrusy niż słodkie i ciepłe otulające wonie. 
przyjemnie użyć ich latem: żel pod prysznic Crabtree & Evelyn Indian Lime, rozmarynowy szampon Garnier, normalizujący balsam do włosów EcoLab

środa, 20 lipca 2016

Czy opalenizna schodzi pod wpływem szorowania?

Kiedy byłam młodsza, panowała moda na intensywną opaleniznę. Pamiętam, jak moje koleżanki potrafiły godzinami rozprawiać o tym, do jakiego solarium warto pójść, na ile minut etc. - wszystko w imię najbardziej ekonomicznego uzyskania (i zachowania) jak najmocniejszej opalenizny ;)
Wśród całego tego szału, najbardziej bawiło mnie udzielanie sobie rad typu ,,nie myj się szorstką gąbką, bo zetrzesz opaleniznę” i ,,nie noś szorstkich ubrań, bo opalenizna szybciej zejdzie”. Czas, który koleżanki poświęcały trosce o brąz, ja poświęcałam podśmiewaniu się ze zmywania opalenizny gąbką ;)

Po paru latach załapałam jednak, że przynajmniej w tej mądrości spod strzechy jest jednak ziarenko (małe) prawdy.

Jak to?
Za efekt opalenizny odpowiada promieniowanie UVA i UVB, pobudzające obecne w skórze komórki, nazywane melanocytami, do syntezy czynnika ochronnego, a zarazem barwnika – melaniny. Melanina wydzielona i uwolniona do komórek naskórka zabarwia je na ciemniejszy kolor.
Naskórek jest najbardziej zewnętrzną warstwą całej skóry i składa się z pięciu warstw. Wierzchnia, całkowicie martwa, to warstwa rogowa. Tuż pod nią znajdują się warstwy: jasna i ziarnista – zbudowane również w większości z martwych komórek. Te żywe znajdują się jeszcze głębiej – w warstwie kolczystej i warstwie podstawnej. To w tej ostatniej powstają młodziutkie komórki naskórka, tutaj też powstaje melanina, nadająca im kolor opalenizny. Życie komórek jest dość krótkie – są wypychane ku górze przez młodsze pokolenie, spłaszczają się, obumierają i zostają złuszczone – a cały ten cykl zajmuje im jedynie 28 dni.

Cykl życia naskórka może jednak zostać przyspieszony przez czynniki zewnętrzne – i jednym z nich jest właśnie bardzo intensywne złuszczanie. Osoby lubujące się w częstych i intensywnych peelingach (a więc szorstkich gąbkach również ;) powinny się więc przygotować na to, że szybciej usuną ze swojej skóry także... opaleniznę.

wtorek, 28 czerwca 2016

Czy można używać kosmetyków niezgodnie z przeznaczeniem?

...czyli porozmawiajmy o tabu. Niewiele osób o tym mówi, ale wiele z nas to robi.
Czy kosmetyku o jednym przeznaczeniu można użyć w innym celu? Oczywiście, że można. Ważne, żeby wiedzieć, co się robi. Kosmetyk do rąk czy twarzy może posłużyć do całego ciała, a tego do ust można użyć do włosów. Ale jest też pewne ryzyko: czasem takie, że tylko efekt rozczarowuje, czasem – takie, że można przypłacić zdrowiem albo trwałym uszczerbkiem na urodzie. 



Trzeba:
- albo znać dokładny spis wszystkich składników, a do tego na temat każdego posiadać jakąś wiedzę (lub przynajmniej wiedzieć, gdzie ją wiarygodnie zwiększyć)
- albo trzymać się kilku prostych zasad

plus oczywiście mieć dobre oko do obserwacji, że coś nam nie służy (ale dotyczy to wszystkich kosmetyków, także tych, które stosujemy ,,prawomyślnie”, czyli zgodnie z opisem producenta.

Z użyciem kosmetyku nie warto ryzykować, kiedy:

-ten nie do skóry nakładamy na skórę
Kosmetyki do wytworów skóry (włosów lub paznokci) mają składy komponowane na bazie faktu, że i jedno i drugie jest martwe. W związku z tym, w myśl zasady, że nie ma kontaktu przez skórę, pozwala się na znacznie większą zawartość niektórych substancji. 
Przykład: chlorek cetrymoniowy – powodujący podrażnienia - w produktach bez spłukiwania do skóry np. kremach do twarzy i ciała, nie znajdziemy go więcej niż 0,5 %, podczas gdy w produktach bez spłukiwania przeznaczonych do włosów, jego zawartość może być dwukrotnie wyższa [1, str.4]. Dlatego, nawet jeśli widzimy na opakowaniu mgiełki do włosów skład, który kusi nas kilkoma naturalnymi olejkami czy wyciągami ziołowymi, nie próbujmy zastąpić nią balsamu do ciała (w odwrotną stronę jest ok i warto spróbować!)

-nakładamy go na znacznie większą powierzchnię skóry niż jest przeznaczony (lub znacznie częściej)
Istnieją związki, dla których skóra nie jest wystarczającą barierą i przedostają się do organizmu, wywołując działanie ogólne. Ilość, która znajdzie się wewnątrz naszego ciała jest zależna od powierzchni, przez którą się wchłania. Skutki mogą być opłakane, jeśli jeszcze dodatkowo mamy na taki składnik alergię.
Przykład: jeśli więc użyjemy peelingu z kwasem salicylowym, który miał służyć do twarzy, także na całe plecy, szyję i dekolt jednocześnie, możemy odczuć skutki działania salicylanów, z objawami zatrucia włącznie. Załóżmy, że katar nas złapał i dodatkowo bierzemy aspirynę – lepiej poczytać o maksymalnej dziennej dawce i oszacować, czy nie ryzykujemy jej przekroczeniem (akurat w przypadku kwasu salicylowego i salicylanów, zatrucia nie są rzadkim przypadkiem, szczególnie jeśli chodzi o dzieci [2])

-kiedy ten do spłukania nakładamy bez spłukiwania (lub na znacznie dłuższy czas)
Poza związkami dobrze wchłaniającymi się przez skórę (czyli np. salicylanami z punktu wyżej) musimy też pamiętać, że zawartość wybranych składników w preparatach do spłukiwania, może znacznie różnić się od tej dozwolonej w przypadku kosmetyków, których nie spłukujemy, ba, niektórych składników w ogóle  nie można stosować w produktach bez spłukiwania. Dłuższa ekspozycja skóry na jakiś składnik może wiązać się z ryzykiem działania ogólnego na organizm (szczególnie niebezpieczne dla alergików), a mniej drastycznie np. rosnącym ryzykiem podrażnienia. 
Przykład 1: Mieszanina methylchloroisothiazolinone, methylisothiazolinone (3 i  4) – jest zakazana do konserwacji produktów niespłukiwanych, ale dopuszczalne stężenie w produktach spłukiwanych wynosi 0,0015% [5]. Oba związki mają potencjał uczulający i drażniący, ale drugi jest przy okazji cytotoksyczny i właściwie do tej pory trwa burza, jakie stężenie (zbliżone do tych, które nadal dopuszcza się w kosmetykach do spłukiwania) mogłoby być bezpieczne. 
Przykład 2: Peeling do skóry głowy nałożony na skórę na czas podany przez producenta, prawdopodobnie elegancko usunie martwe komórki naskórka, ale nie naruszy, znacznie mniej podatnej na hydrolizę, keratyny włosa. Kiedy jednak nałożymy go na czas, załóżmy, cztery razy dłuższy, musimy liczyć się z tym, że jeśli mam cienkie lub podniszczone włosy, to zastaniemy je w stanie gorszym niż przed.

-ten nie do twarzy, nakładamy na twarz.
W większości przypadków nic nie stoi na przeszkodzie, żeby balsam czy olejek do ciała wykorzystać jako krem do twarzy. Trzeba jednak być ostrożnym, jeśli chodzi o składniki fotouczulające.
Przykład: olejki eteryczne. Krem z ich dodatkiem może spowodować, że nabawimy się przebarwień. Twarz wystawiamy na działanie promieni słonecznych przez cały rok, natomiast większość ciała jest wówczas zakryta ubraniami, stąd nie stanowi to dla niej większego ryzyka.

sobota, 18 czerwca 2016

Przyspieszacz opalania - jak (i czy) to działa?

Zastanawialiście się kiedyś, czy obietnice, że krem lub olejek z filtrem przyspieszą opalanie, to prawda czy fałsz? Ja tak, ale sprawa interesowała mnie na tyle mało (opalam się łatwo, i tak mi na tym szczególnie nie zależy w żadną stronę), że nie usiłowałam rozwiać wątpliwości i pomyślałam, że pewnie po prostu producent zastosował skrót myślowy, i do samego kremu dodał samoopalacza. Aż do momentu, kiedy przejrzałam opakowanie, nie znajdując w składzie DHA (dihydroksyceton, który odpowiada za brązowienie naskórka i zarazem średnio przyjemny zapach w większości samoopalających produktów ;) ani wyciągów z orzecha czy henny.

Znalazłam za to...
portret tyrozyny z Wikipedii


...tyrozynę, która jak dotąd... kojarzyła mi się z odżywkami białkowymi, depresją i fenyloketonurią, a kosmetycznie, no cóż, z niczym ;) Okazuje się natomiast, że tyrozyna jest zużywana przez organizm do syntezy naszej opalenizny, a właściwie barwnika skóry – melaniny. Podobnie zachowuje się również 2,3-dihydroksyfenyloalanina. Znalazłam informację, jakoby pod ich wpływem melanina powstała 3-5 razy krócej (niestety, autorzy nie wspomnieli o tym, w jaki dokładnie sposób podprowadzili ją do skóry) Oczywiście, melanina powstająca w ten sposób, jest pełnowartościowa i stanowi naturalny czynnik obronny skóry przed promieniowaniem. Skóra nie tylko wygląda więc, ale i działa, jak ta opalona bez wspomagacza (w przeciwieństwie do ,,opalonej” samoopalaczem, w którego przypadku ciemne zabarwienie nie ma większej wartości w obronie przed słońcem).
Co ciekawe, podobne do tyrozyny właściwości wykazują też niektóre olejki eteryczne (np. z bergamotki). Przyjęło się jednak uważać, że opalenizna uzyskana pod wpływem ich działania nie jest równomierna i często powstają przebarwienia.


Informacje, o których wspominam, pochodzą z książki: ,,Chemia środków bioaktywnych i kosmetyków”, autorstwa E. Sitarz – Palczak, E. Woźnickiej i L. Zapały, wydanej przez Oficynę Wydawniczą Politechniki Rzeszowskiej w 2014 roku.

sobota, 4 czerwca 2016

Co dzieje się z włosami pod wpływem słońca? Dlaczego chronić włosy?

Z grubsza wszyscy jesteśmy zapoznani z faktem, że nadmiar słońca szkodzi skórze. Mocnej opalenizny nie uważa się już za oznakę zdrowia, a zwyczaj używania kosmetyków z filtrem na dobre rozgościł się w naszej kulturze. Skóra pokazuje, że ma dosyć słońca dość szybko – potrafi zaczerwienić się, wytworzyć pęcherze, niemiłosiernie piec i w dłuższej perspektywie przerażać przesuszeniem czy przebarwieniami. Czy zmiany zachodzące we włosach pod wpływem słonecznych promieni również są tak widoczne? Co właściwie dzieje się z naszymi włosami pod wpływem silnego światła?

Przede wszystkim, pomijając perspektywę przegrzania sobie głowy, nie chroniąc włosów, nie ryzykujemy zdrowia organizmu. Wygląd włosów natomiast - jak najbardziej.

Promieniowanie UV przekazuje swoją energię naszym włosom. Pod jej wpływem, struktury obecne we włosach ulegają przemianom. Ponieważ energii jest sporo, tworzą się wolne rodniki (to taki twór z pojedynczym elektronem, który nie może usiedzieć w miejscu i chce reagować dalej, natychmiast). Rodniki są wyjątkowo naenergetyzowane i reaktywne, więc reagują z czym się da (w reakcjach dysproporcjonowania, rekombinacji lub przeniesienia pojedynczego elektronu). Jest też więcej scenariuszy – wszak w środowisku reakcji, którym tym razem są włosy ludzkie na upale, znajduje się tlen. On także, mając charakter dirodnika, chętnie przyłącza się do zabawy.

Wróćmy do samego włosa i jego natury. Składa się głównie z keratyny, ta natomiast z różnych aminokwasów. Między innymi z cysteiny. Cysteina zawiera grupę tiolową SH, której obecność odpowiada za zdolność do tworzenia mostków siarczkowych. Wspomniane mostki są ważne, bo odpowiadając za trzeciorzędową strukturę białka – a więc za strukturę i wytrzymałość włosów. Niestety, cysteina dość ochoczo utlenia się pod wpływem światła do kwasu cysteinowego:

u góry - cysteina, na dole - kwas cysteinowy [źródło obu: Wikipedia]

Cierpi na tym ogólna kondycja włosów, zwłaszcza wytrzymałość. Spora grupa funkcyjna z kilkoma tlenami sprawia też, że włosy są bardziej polarne, co w praktyce oznacza, że łatwiej chłoną wilgoć z otoczenia, pęcznieją i zaczynają niemiłosiernie się puszyć.
Oczywiście, nie tylko tiolowa grupa cysteiny może ulegać fotooksydacji. Podobne problemy dotyczą np. fenolowej grupy tyrozyny lub disiarczkowej obecnej w cystynie. Skutki dla oka i grzebienia są jednak z grubsza podobne.

Fotochemicznej degradacji ulega także barwnik włosów – melanina. Tutaj skutkiem jest rozjaśnienie lub przynajmniej, wrażenie utraty nasycenia koloru włosów. Niestety, pigmenty wprowadzone z farbą do włosa, również bywają bardzo podatne na fotoutlenianie i często okazują się jeszcze mniej trwałe niż ich naturalny barwnik.

Ochrona włosów przed zgubnymi skutkami nadmiaru słonka polega na dostarczeniu substancji, które przereagują z wolnymi rodnikami powstającymi w keratynie i utworzą rodniki stabilniejsze, reagujące znacznie wolniej. Takim sposobem wolniej zajdą wszystkie reakcje, niechcianych produktów (czyli w tym wypadku zmian w strukturze włosa), powstanie mniej, a fryzura po wakacjach będzie bardziej przypominać tę, z którą się na nie wybieraliśmy.
Przykładami takich ,,strażników” jest witamina E (hojnie dodawana do wielu kosmetyków) lub chlorek trimetyloaminocynamidopropylu.

Włosom przysłuży się też to, co wprawdzie nie wychwytuje rodników, ale zawsze najskuteczniej chroni głowę – jej zawartość ;)