Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezpieczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezpieczeństwo. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 lipca 2017

Na czym polega tytanowy manicure?

Jak pisałam już kilkukrotnie, mam słabiutkie paznokcie i długie kolorowe pazurki oglądam z przyjemnością tylko u innych kobiet. Czasem wywiązuje się z tego jakaś rozmowa i tak ostatno usłyszałam o tytanowym manicure i obiecałam mały wpis o tym, czy faktycznie jest taki, jak o nim piszą. A piszą bardzo chwytliwymi hasłami! O tytanowym manicure można poczytać, jako o metodzie naturalnej, bezpiecznej i nad wyraz trwałej. Rozgryziemy więc dziś, czy ów tytan ma cokolwiek wspólnego z niebywałą wytrzymałością i czy jest to naturalny manicure ,,bez chemii". Zapraszam.



Tytanowy czyli...

wytrzymały? Zawierający tytan? Inspirowany Tytanem z mitologii? ;)
Typuję, że pierwsze skojarzenie, to trwardość i odporność na pękanie i odpryskiwanie. Bardzo słuszny krok marketingowy, bo dodatek tytanu sprawia, że stal jest jeszcze mocniejsza, do tego sam metaliczny tytan waży niewiele, a sprawuje się pod tym względem godnie. W manicure tytanowym próżno jednak szukać metalicznego tytanu, mamy za to jego związek: Tlenek tytanu TiO2. Z właściwościami metalicznego tytanu nie ma wspólnego nic poza faktem, że jest w nim... pierwiastek tytan. Zerknijmy na jegomościa:



Mhm, to taki niepozorny biały proszek, przypominający nieco transparentny puder albo zasypkę do pupy niemowlaka. Bardzo miękki nie jest (ma twardość szkła), ale za żadne skarby nie utworzy sam z siebie na paznokciach jednolitej, gładkiej, twardej powłoczki. Dzieje się tak właśnie dlatego, że jest bardzo trwały i odporny - mam jednak na myśli trwałość chemiczną i odporność na działanie innych związków: nie rozpuszcza się ani w wodzie ani etanolu ani acetonie. Do tego topnieje w ponad 1800oC, a i same jego reakcje z innymi związkami trochę temperatury potrzebują, co delikatnie mówiąc, przy manicure odpada ;)
A jakieś plusy?
Bieli jak szalony, dlatego chętnie używa się go w kosmetykach kolorowych (i farbach) - świetnie wydobywa jaskrawość koloru, wszystkie barwy wyglądają w jego towarzystwie żywo i o wiele lepiej kryją. To spory atut, bo można używać cieńszej warstwy.
A skoro już jesteśmy przy warstwie, to pora przedstawić głównego kompana tlenku tytanu. Jest to substancja powszechnie znana i lubiana nie od dziś, mianowicie proszek akrylowy. Polimer akrylu to główny składnik proszku, w którym zanurzamy posmarowany bazą paznokieć. Manicure tytanowy jest więc tak naprawdę jedną z akrylowych metod proszkowych.

A jednak nic nowego

Zasadniczo sporo jest w przyrodzie sposobów, w jaki używa się akrylu. Metody proszkowe nie są szczególnie popularne w Polsce, ale nie znaczy to, że nieznane. Panokieć pokrywa się specjalną bazą (monomer z dodatkami), pudruje proszkiem polimeru i dodatków, znowu pokrywa wartwą monomeru z dodatkami do polimeryzacji i voila! Mamy paznokieć twardy jak... pleksi ;)
Akryl oczywiście ma swoje plusy: jest twardy i niezawodny. Sam mani tytanowy także być może prezencję ma dobrą i długo się trzyma, ale podkreślmy: jest to nadal akryl, tylko wykonany inną techniką. Co to ma do ochrony przyrody i wyjątkowej delikatności dla paznokcia? To już chyba wiedzą tylko osoby od reklamy ;)
 
Faktem jest, że zbiór chemii, jaką mamy w lakierach, akrylach i żelach, uczulić może każdego i o każdej porze dnia i nocy - są wszak polimery, monomery, barwniki, stabilizatory UV, aktywatory, inicjatory polimeryzacji i całe masy wszelkich dodatków. Są osoby, które źle tolerują zwykłe lakiery, takie z uczuleniem na hybrydę i takie, którym nie służy jeszcze co innego - nie da się obiecać z góry, że produkt tego typu będzie bezpieczny (spotyka się przecież nawet uczulenia na plomby, protezy i soczewki kontaktowe, które wykonywane są z tej ,,rodzinki"polimerów)

,,Naturalność" manicure tytanowego pozostawię bez komentarza. Nasuwa mi się za to jedynie jedno porównanie: do stwierdzenia, że silikony to czysta natura uzyskiwana z wody i piasku ;) Owszem, całkiem nieprawdziwe to stwierdzenie nie jest, ale z rzeczywistością wspólnego ma raczej niewiele.

piątek, 12 maja 2017

Subiektywnie - jakich tutoriali unikam

Tekst będzie długi - i zdaję sobie sprawę, że dość ciężki. Myślę jednak, że przy dobrej herbacie da się dotrwać do końca i stać się albo bardziej świadomym producentem kosmetyków w skali mikro albo po prostu bardziej świadomym konsumentem.

Ogółem lubię DIY i zakręcone pomysły osób robiących tutoriale.
Wiecie, płatki na zaskórniki z żelatyny, mieszanie hybrydy i zwykłego lakieru i setki rzeczy, które ktoś wypróbował i pokazał, żeby inni wiedzieli, że jest taka możliwość. Nie, nie mówię teraz, że wszystko to czyste złoto, tylko, że wiele z nich coś przydatnego podpowiada.
Ale czy tylko ja mam wrażenie, że po sieci krąży też mnóstwo bullshitu, na który pomysłów lepiej nie zapożyczać? I wcale nie chodzi tu o zdjęcia robione kalkulatorem albo kiepski efekt końcowy. Być może gdybym była radykalną estetką zwróciłabym uwagę właśnie na to. Mnie jednak razi dramatyczna niewiedza, która dotyczy konsekwencji użycia... no właśnie...czego?

Przemyśl dwa razy, czego używa autor tutorialu
Zapominanie, że artykuł papierniczy, artystyczny czy chemia gospodarcza nie są surowicem kosmetycznym, to moim zdaniem błąd dyskwalifikujący tutorial. Rzekomo ma być taniej i lepiej dla zainteresowanego (i całej Ziemi przy okazji), bo nie wyrzuca, a używa. Jednak, jest pewien truizm: wykorzystać te rzeczy można niekoniecznie do skóry.
Ostatnio wpadłam na przepis użycia kredki świecowej do balsamu do ust i kleju opartego na poli(alkoholu winylowym) w roli maseczki. Sporo osób lubuje się także w barwieniu kredkami np. mydła czy kul kąpielowych. Cóż w tym takiego zdrożnego? Prześledźmy opcję: kredka w kosmetyku.



Dlaczego nie barwić mydła/kul/balsamów kredkami?

Zastanówmy się, czy bloger/jutuber ma wiarygodną listę składników, z których kredka się składa? Niestety, śmiało idę o zakład (o bardzo dobre piwo albo i najnowszą paletkę TooFaced), że osoby odpowiedzialne za ten dość popularny tutorial i jego klony, nie mają o tym zielonego pojęcia. Podobnie, jak bardzo mgliste o prawie w swoim kraju i w kraju, w którym wyprodukowano kredkę. Uargumentuję pokrótce, skąd wziął się mój tok myślenia.

Pisacz tutorialu oznajmia nam z patosem godnym obrońcy świata, że w kosmetykach jest mnóstwo szkodliwej chemii, a tanio, prosto i bezpiecznie możemy użyć kredki, która w przeciwieństwie do ,,chemii", jest nietoksyczna (przecież napisano to na opakowaniu, a tak wgl. to te kredki są dla dzieci, więc szkodliwe być nie mogą).
Zajmijmy się ,,chemią". W kosmetykach, jak rzecze statystyczny użytkownik sieci, mnóstwo jest dziś ,,chemii", włączając pomadki do ust. Z tym się zgadzam, chemia jest wszędzie, bo jest to nauka o substancjach: dalekich i bliskich też ;) Jemy chemię, składamy się z chemii i tak się składa, że jedyna strefa naszego życia wolna to od chemii to życie duchowe.

Czy jest to chemia szkodliwa, o tym można podyskutować, najlepiej mając jakieś dowody. Nie czepiając się już dłużej języka potocznego, w którym ,,chemia" tożsama jest z tym, co najczęściej truje lub uczula, czy też szkodzi w inny sposób. W fachowy sposób ujęlibyśmy to prawdopodobnie jako konserwanty, stabilizatory, barwniki czy aromaty.  Konserwantów i aromatu w kredce nie znajdziemy, ale barwnik i stabilizator (chroni przed blaknięciem barwnika na słońcu) już tak.
Idźmy dalej i zabierzmy się więc za to, jaki to barwnik i czy z taką pewnością możemy nazwać go nieszkodliwym.
Trudno bronić kredki, która różni się od ,,chemii" w kosmetykach tym, że ma na opakowaniu napis ,,non-toxic". Toksyczność to w uproszczeniu taka cecha związku, która polega na powodowaniu zaburzeń funkcji lub śmierci komórek żywych/organizmów po dostaniu się w ich pobliże. Związek toksyczny może dostać się do organizmu przez wdychanie, połknięcie lub przez skórę. Nie jest to jedynie potoczne określenie, ale także konkretna, mierzalna wartość. Określa się ją, podając po jakiej ilości związku (mg tajemniczej substancji / kg masy ciała) połowa osób z próby przypuszczalnie umrze. Toksyczny, to ściśle rzecz biorąc, taki, któremu wystarczy 25-200mg/kg masy ciała, a szkodliwy obejmuje substancje, których organizm zniesie trochę więcej, pomiędzy 200-2000mg/kg masy ciała. Tłumacząc to na polski, substancja, która formalnie toksyczna nie jest, może uśmiercić nas, kiedy połkniemy jej, załóżmy, lekko powyżej 10g (dla osoby ważącej 50kg). Jak więc widzimy, niekoniecznie stwierdzenie, że coś jest nietoksyczne, oznacza też, że jest korzystne dla zdrowia i nie stanowi dla niego żadnego ryzyka.
To byłby pierwszy powód, dla którego myję ręce po skończeniu działań artystycznych i nie nakładam kredek na swoją skórę (ale nie jedyny).
Warto dodać, że wymagania prawne wobec kosmetyków są znacznie ostrzejsze - dopuszcza się do użytku niewiele z substancji szkodliwych, a tym, które trafią do kosmetyku, ogranicza się (aktem prawnym) zawartość, dopasowując ją do norm, które ma spełniać żywność (!).

Dodajmy jeszcze coś: składniki kosmetyków badane są bardzo skrupulatnie pod kątem szkodliwości przez Komitet Naukowy do Spraw Bezpieczeństwa Konsumentów (SCCS). Uwzględnia się w niej np. działanie długofalowe i sceptycznie traktuje nowości. Dla kontrastu podam przykład ,,celebryty" wśród barwników - pięknego, nasyconego niebieskiego YInMn (nazwa pochodzi od itru, indu i manganu), który zsyntezowano w 2016 roku, a już w 2017 Crayola wypuści go na rynek w swoich kredkach.

Ciekawy jest też fakt, że w przypadku kosmetyków obowiązuje jawność składników, które zawiera produkt. W przypadku kredek, producent nie jest zobowiązany podać nam dokładnego INCI (przynajmniej nie w wielu krajach). Polegamy na tym, co ujawnia przy wprowadzeniu ich na rynek, pamiętajmy jednak, że opracowuje skład dla czegoś, co nie ma dłuższego kontaktu ze skórą i nie spełnia tych samych norm, jakie obowiązują dla kosmetyków. Stąd sądzę, że poznanie składu kredek aż łatwe nie będzie.
Załóżmy jednak, że nasz producent nie ma zamiaru niczego ukrywać i podał skład, był tak dobry, że przechodzimy z szyfru ,kolor-numerek" na numer CAS i na upragniony wzór chemiczny.
I tak bez większego wysiłku nie da się ,,od ręki" powiedzieć czegoś konkretnego o szkodliwości, tym bardziej komuś, kto nie ma dostępu do jakiejkolwiek naukowej bazy (czytanie artykułów naukowych dla osoby, która nie pracuje w tej branży, jest dość kosztownym hobby). Pewności nie mam, ale jakoś nie widzę, żeby tutorialowiec grzebał w sieci przez dwa dni, mając o temacie jakieś pojęcie i wiedząc, że szansa na niską szkodliwość jest niewielka. Na poparcie swojej tezy mam to, że w sumie nikt nie poleca konkretnej, bezpiecznej marki i linii kredek.

Gdyby tego było mało - jedynym dobrodziejcą, który zabierze się za sprawdzenie zgodności deklaracji kredek hulających po rynku będzie prawdopodobnie jakaś organizacja konsumencka. W przypadku kosmetyków bezpieczeństwo składu bada najpierw safety assesor, a warunki i same produkty nadzoruje się w miejscu ich wytwarzania oraz miejscu sprzedaży. Dla nas także sama dostępność informacji o składach oraz możliwości zgłoszenia działań niepożądanych są nieporównanie większe.






sobota, 8 kwietnia 2017

Jakich składników kosmetyków najlepiej z sobą nie łączyć?

Wprawdzie łączenie składników nie jest ziemią nieznaną, jednak z racji, że nie z wszystkim, co można znaleźć na popularnych stronach się zgadzam, a i trochę bym tę wiedzę uzupełniła, postanowiłam dodać coś od siebie, uzasadnić wybór i wzbogacić tekst o dwa popularne leki stosowane na skórę.

Zacznę może od tego, co rozumiem przez stosowanie razem. Przyjrzyjmy się sytuacji, w której stosujemy podczas jednego rytuału pielęgnacyjnego różne produkty. Może być tak, że chcemy jedynie, by np. hydrolat czy tonik odświeżył nam twarz i nie pokładamy wielkich nadziei w odmładzających właściwości wyciągów w nim zawartych. Zdarza nam się jednak używać także serum, kremu, ochrony przeciwsłonecznej lub maści po kolei, na tę samą partię skóry, z nadzieją na to, że wszystkie będą zachowywały się zgodnie z tym, co czytamy na ulotce. Bywa również, że na partię skóry dokładamy coś w ciągu dnia. Według mnie i jedna i druga sytuacja to łączne stosowanie.
Zacznijmy od tego, które składniki nie lubią łączenia:



Przeciwutleniacze z utleniaczami.

Temat jest szeroki, a pierwsza grupa dodatkowo bardzo obszerna. Spróbujmy jednak jakoś to wszystko rozszyfrować.
Utleniaczy nie stosowałabym właściwie z niczym poza najprostszym kremem nawilżającym lub natłuszczającym. Poza tym, że utrudniają namnażanie bakterii i złuszczają skórę, destabilizują wiele składników aktywnych. Przykładowo nadtlenek benzoilu stosowany w preparatach na trądzik od razu sprawi, że witamina C w serum będzie nieaktywna, ,,unieszkodliwi" bogate w przeciwutleniacze wyciągi oraz zmniejszy aktywność przeciwbakteryjną olejku z drzewka herbacianego. Podobnie z retinolem. Lepiej będzie stosować je oddzielnie (np. rano i wieczorem), bo tylko wówczas wykorzystamy ich pełen potencjał. Co ciekawe, widziałam na rynku preparaty łączące retinoidy z nadtlenkami, uważam jednak, że producent strzelił w tym wypadku klientowi w kostkę - witamina A jest wrażliwa na obecność tlenu [TU źródło]

Przykładowe przeciwutleniacze: witamina C, retinol, karotenoidy, wyciągi z ziół np. nagietka, czystka, jagód acai, wina, zielonej herbaty etc.
Przykładowe utleniacze: nadtlenek benzoilu, nadboran sodu, nadtlenek wodoru (woda utleniona)

Maści z tlenkiem cynku z kwasami

Nie powinniśmy zapobiegliwie nakładać łagodzącej maści z tym tlenkiem (Sudocrem, białe maści dziecięce, krem Bambino) na skórę, którą właśnie przetarłyśmy tonikiem lub serum z kwasami AHA np. glikolowym, migdałowym czy mlekowym. Przynajmniej nie wówczas, gdy chcemy w pełni cieszyć się ich działaniem, ponieważ tlenek cynku wchodzi w reakcję z kwasami i neutralizuje ich działanie. Podobnie jest w przypadku witaminy C.

Dodajmy do listy jeszcze leki:

Tretynoina z nadtlenkiem benzoilu

Tretynoina to obecnie rzadko stosowany lek na trądzik. Sytuacja w tym wypadku jest bardzo prosta - nadtlenek sprawia, że tretynoina się rozpada i traci aktywność. Do tego rośnie ryzyko podrażnień i nadwrażliwości skóry na światło, które już przy samej tretynoinie już bywają sporym problemem.

Hydrokortizon z witaminą C lub ketokonazolem

Hydrokortyzon, czyli maść sterydowa na wysypki alergiczne, nie powinien być stosowany na skórę razem z preparatami z witaminą C, która pojawia się nawet w liście leków wchodzących z nim w interakcje (np. zwiększa ryzyko wysypki). Pół biedy, jeśli witamina szoruje koniec składu jako jedna z substancji stabilizujących, ale jeśli ma być składnikiem aktywnym, zróbmy między preparatami przerwę.
Warto także zagadnąć lekarza(y), jeśli mamy zamiar stosować hydrokortyzon razem z przeciwgrzybicznym ketokonazolem na większej powierzchni ciała. Stosowane miejscowe nie grozi wprawdzie niczym poważnym, ale być może maści będziemy używać rzadziej, ponieważ ketokonazol zwalnia czas metabolizowania leku.




A CO DO MITÓW...

Witamina C z witaminą A - jak najbardziej!

Mit oparty jest na przekonaniu, że witamina A (retinoidy) destabilizują się w niższym pH, więc tracą aktywność w obecności kwasów. Owszem, witamina A jest lekko wrażliwa na niskie pH, ale nadal znaaaacznie mniej niż na temperaturę i tlen. Nie udowodniono, żeby prekursory witaminy A przestały wykazywać działanie w zakresach skali pH typowych dla roztworów witaminy C. Nawiasem mówiąc, duet witamina C/witamina A często jest używany w kosmetykach (i nie tylko), by stabilizować jedną z witamin.

Retinoidy z kwasami AHA - jeśli skóra nie protestuje, nie ma powodów do obaw

Ktoś kiedyś stwierdził, że razem nie działają skutecznie. Nie ma na to jednak żadnych naukowych dowodów. Problemu upatrywałabym raczej w tym, że silne działanie obu substancji na skórę może prowadzić do podrażnień. Sama bym się nie zdecydowała, ale jeśli ktoś potrzebuje uderzeniowej kuracji złuszczającej, nie ma powodu do obaw o jej skuteczność [więcej np. tutaj].

Niacynamid z witaminą C - raczej tak


Ten duet prawdopodobnie najwięcej namieszał na anglojęzycznych stronach. Tyle domysłów czy i jak witamina B3 i C wchodzą w interakcje... Pierwszą obawą jest oczywiście spadek aktywności składników. Drugą - tworzenie się kwasu nikotynowego i ewentualnych podrażnień, natomiast trzecią - powstawanie żółtego kompleksu. Zasadniczo kwas nikotynowy powstaje wolno i w niewielkiej ilości, nie ma więc większego ryzyka podrażnień. Z żółtym kompleksem mamy do czynienia przy określonym pH (wystarczy raz sprawdzić, czy pojawia się niechciany kolor). co do aktywności... niacynamid naprawdę trudno spieprzyć. Jest odporny na światło, temperaturę, tlen i pH (gorzej bywa z witaminą C). Sama używam ich akurat o różnych porach dnia, ale razem też można, a gdyby ktoś nie czuł się przekonany, zachęcam zajrzeć jeszcze tutaj.

czwartek, 27 października 2016

Jak rozczesać włosy... kiedy wszystko zawiodło

lub jak rozczesać kołtun.
Powinnam dać temu bardzo krótkiemu wpisowi etykietę ,,dla desperaty", bo w istocie jest to porada jedynie dla mega zdesperowanych posiadaczek wysokoporowatych lub zniszczonych włosów. Kiedy okazało się, że fryzura z lakierem po imprezie nie chce ruszyć się z miejsca, czupryna na wietrze zamieniła się w filc albo po farbowaniu w domu grzebień/szczotka utknęły we włosach i po wysuszeniu nie jest lepiej - ten sposób da radę.

Wiecie, co jest substancją, która powoduje, że odżywki ułatwiają rozczesywanie? To kationowe środki powierzchniowo czynne, pośród których najpopularniejsze są chlorki (albo siarczany) cetrymoniowy i dokozylotrójmetyloamoniowy (cetrimonium chloride/methosulfate i (behentrimmonium chloride/methosulfate). Przeciętna odżywka do spłukiwania może zawierać do 5% tych związków (więcej nie dopuszcza kultowe rozporządzenie UE). Tak się ciekawie składa, że używa się ich nie tylko po to, żeby kondycjonować nasze włosy. Znacznie więcej (5-15%) znajdziemy w... płynie do płukania tkanin (pod hasłem ,,kationowe środki powierzchniowo czynne").

Tajna metoda rozplątywania to po prostu zamoczenie włosów (NIE dotykajcie tym SKÓRY*) w płynie albo rozprowadzenie go dłonią, delikatne rozplątanie kołtunka palcami i dokładne spłukanie. Potem proponuję pójście do drogerii po dużą ilość kosmetyków z silikonami (szczególnie szamponu), które ułatwią czesanie i sprawią, że nigdy więcej (a przynajmniej w najbliższym czasie) nie będziecie potrzebować powyższego triku.

Aha - uwaga! - trik jest do głowy, więc trzeba go też z głową stosować -  czyli zlewamy płynem sporadycznie, uważamy na skórę (to działanie drażniące powoduje, że nie mamy 15% kationowych środków w odżywkach) i nie traktujemy tego, że działa jako zachęty do częstszego niszczenia włosów.

*poza IV-rzędowymi solami amoniowymi, mają zestaw substancji konserwujących lub ich zawartość nieadekwatną dla skóry

Przyznam szczerze, że przypomniałam sobie o tym tricku ostatnio, po rozjaśnianiu sprayem, którego gorąco nie polecam. Całe szczęście końcówki podcięte, reszta włosów uratowana i jako tako żyje.
Zdjęcie włosowej kraksy: lewa - z lampą, prawa - bez. Po kilogramie siloksanów i oleju końcówki przeszły same siebie, jeśli chodzi o suchość, sztywność i puch.



wtorek, 28 czerwca 2016

Czy można używać kosmetyków niezgodnie z przeznaczeniem?

...czyli porozmawiajmy o tabu. Niewiele osób o tym mówi, ale wiele z nas to robi.
Czy kosmetyku o jednym przeznaczeniu można użyć w innym celu? Oczywiście, że można. Ważne, żeby wiedzieć, co się robi. Kosmetyk do rąk czy twarzy może posłużyć do całego ciała, a tego do ust można użyć do włosów. Ale jest też pewne ryzyko: czasem takie, że tylko efekt rozczarowuje, czasem – takie, że można przypłacić zdrowiem albo trwałym uszczerbkiem na urodzie. 



Trzeba:
- albo znać dokładny spis wszystkich składników, a do tego na temat każdego posiadać jakąś wiedzę (lub przynajmniej wiedzieć, gdzie ją wiarygodnie zwiększyć)
- albo trzymać się kilku prostych zasad

plus oczywiście mieć dobre oko do obserwacji, że coś nam nie służy (ale dotyczy to wszystkich kosmetyków, także tych, które stosujemy ,,prawomyślnie”, czyli zgodnie z opisem producenta.

Z użyciem kosmetyku nie warto ryzykować, kiedy:

-ten nie do skóry nakładamy na skórę
Kosmetyki do wytworów skóry (włosów lub paznokci) mają składy komponowane na bazie faktu, że i jedno i drugie jest martwe. W związku z tym, w myśl zasady, że nie ma kontaktu przez skórę, pozwala się na znacznie większą zawartość niektórych substancji. 
Przykład: chlorek cetrymoniowy – powodujący podrażnienia - w produktach bez spłukiwania do skóry np. kremach do twarzy i ciała, nie znajdziemy go więcej niż 0,5 %, podczas gdy w produktach bez spłukiwania przeznaczonych do włosów, jego zawartość może być dwukrotnie wyższa [1, str.4]. Dlatego, nawet jeśli widzimy na opakowaniu mgiełki do włosów skład, który kusi nas kilkoma naturalnymi olejkami czy wyciągami ziołowymi, nie próbujmy zastąpić nią balsamu do ciała (w odwrotną stronę jest ok i warto spróbować!)

-nakładamy go na znacznie większą powierzchnię skóry niż jest przeznaczony (lub znacznie częściej)
Istnieją związki, dla których skóra nie jest wystarczającą barierą i przedostają się do organizmu, wywołując działanie ogólne. Ilość, która znajdzie się wewnątrz naszego ciała jest zależna od powierzchni, przez którą się wchłania. Skutki mogą być opłakane, jeśli jeszcze dodatkowo mamy na taki składnik alergię.
Przykład: jeśli więc użyjemy peelingu z kwasem salicylowym, który miał służyć do twarzy, także na całe plecy, szyję i dekolt jednocześnie, możemy odczuć skutki działania salicylanów, z objawami zatrucia włącznie. Załóżmy, że katar nas złapał i dodatkowo bierzemy aspirynę – lepiej poczytać o maksymalnej dziennej dawce i oszacować, czy nie ryzykujemy jej przekroczeniem (akurat w przypadku kwasu salicylowego i salicylanów, zatrucia nie są rzadkim przypadkiem, szczególnie jeśli chodzi o dzieci [2])

-kiedy ten do spłukania nakładamy bez spłukiwania (lub na znacznie dłuższy czas)
Poza związkami dobrze wchłaniającymi się przez skórę (czyli np. salicylanami z punktu wyżej) musimy też pamiętać, że zawartość wybranych składników w preparatach do spłukiwania, może znacznie różnić się od tej dozwolonej w przypadku kosmetyków, których nie spłukujemy, ba, niektórych składników w ogóle  nie można stosować w produktach bez spłukiwania. Dłuższa ekspozycja skóry na jakiś składnik może wiązać się z ryzykiem działania ogólnego na organizm (szczególnie niebezpieczne dla alergików), a mniej drastycznie np. rosnącym ryzykiem podrażnienia. 
Przykład 1: Mieszanina methylchloroisothiazolinone, methylisothiazolinone (3 i  4) – jest zakazana do konserwacji produktów niespłukiwanych, ale dopuszczalne stężenie w produktach spłukiwanych wynosi 0,0015% [5]. Oba związki mają potencjał uczulający i drażniący, ale drugi jest przy okazji cytotoksyczny i właściwie do tej pory trwa burza, jakie stężenie (zbliżone do tych, które nadal dopuszcza się w kosmetykach do spłukiwania) mogłoby być bezpieczne. 
Przykład 2: Peeling do skóry głowy nałożony na skórę na czas podany przez producenta, prawdopodobnie elegancko usunie martwe komórki naskórka, ale nie naruszy, znacznie mniej podatnej na hydrolizę, keratyny włosa. Kiedy jednak nałożymy go na czas, załóżmy, cztery razy dłuższy, musimy liczyć się z tym, że jeśli mam cienkie lub podniszczone włosy, to zastaniemy je w stanie gorszym niż przed.

-ten nie do twarzy, nakładamy na twarz.
W większości przypadków nic nie stoi na przeszkodzie, żeby balsam czy olejek do ciała wykorzystać jako krem do twarzy. Trzeba jednak być ostrożnym, jeśli chodzi o składniki fotouczulające.
Przykład: olejki eteryczne. Krem z ich dodatkiem może spowodować, że nabawimy się przebarwień. Twarz wystawiamy na działanie promieni słonecznych przez cały rok, natomiast większość ciała jest wówczas zakryta ubraniami, stąd nie stanowi to dla niej większego ryzyka.