wtorek, 16 lutego 2016

Dlaczego pasta do zębów zmienia smak jedzenia?

Zaburzenia odczuwania smaku towarzyszą wielu chorobom i dolegliwościom (i to o całkiem obszernym i różnorodnym podłożu). Są też nieodłącznym elementem sięgania tuż po myciu zębów, po jedzenie albo napój. Najczęściej opisywana zmiana to brak odczuwania słodkiego smaku przy dobrym wyczuwaniu pozostałych – największa różnica dotyczy soków i owoców.

Nasze receptory smakowe to w swojej budowie złożone czujniki chemiczne. Detekcja smaku zależy przede wszystkim od wyspecjalizowanych białek, receptory zawierają jednak także fosfolipidy.
Tu pojawia się pewien zgrzyt – skład typowej pasty do zębów, poza środkami polerującymi, opiera się o środki powierzchniowo czynne, które emulgują i zmywają lipidy różnego typu.

Zmywanie owo dotyka także fosfolipidów z receptorów smakowych naszego własnego języka. W rezultacie receptor odbiera smak inaczej niż zwykle.

Zmianę smaku wiele osób przypisuje także mentolowi (lub olejkowi miętowemu) obecnemu w paście. Mentol, oczywiście, może chwilowo zmieniać odczucie smaku potraw. Nie robi tego jednak w tak silny sposób jak środek powierzchniowo czynny. Całkiem łatwo to sprawdzić. Umycie zębów pastą do zębów dla dzieci (która ma, załóżmy, smak truskawkowy) również spowoduje, że zjedzone tuż po nim jabłko zrobi się na naszym języku ,,niedojrzałe”.

wtorek, 19 stycznia 2016

Macadamia Natural Oil - odżywka Moisturizing Rinse

Postanowiłam napisać kilka słów odżywce, o której opinie są raczej skrajne, i jest ich w sieci stosunkowo niewiele. Spędziłyśmy razem trochę czasu (pojemność 1l), znamy się więc nader dobrze. Znacznie większą popularnością cieszy się maska Macadamia Natural Oil, ale gdyby ktoś zastanawiał się nad kupnem tej odżywki, mam nadzieję, że recenzja pomoże mu stwierdzić, na ile produkt może sprawdzić się na włosach i ułatwi podjęcie decyzji.

Skład przedstawia się następująco:

Water (Aqua), Cetearyl Alcohol, Cyclopentasiloxane, Behentrimonium Methosulfate, Cetyl Alcohol, Stearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Amodimethicone, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Panthenol, Wheat Amino Acids, Macadamia Integrifolia Seed Oil, Hydrolysed Silk, Hydrolysed Barley Protein, Hydrolysed Soy Protein, Glycerin, Glycereth-26, Aminomethyl Propanol, Argania Spinosa Kernel Oil, Dimethiconol, C11-15 Pareth-7, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Hydrolyzed Wheat Protein, Laureth-9, Hydroxyethylcellulose, Polyquaterinium-69, Trideceth-12, Methylisothiazolinone, Phenoxyethanol, Fragrance (parfum), Linalool

Oprócz standardowych emulgatorów (cetyl i stearyl alcohol) oraz kondycjonerów (behentrimonium methosulfate i cetrimonium chloride) w składzie bardzo wysoko znajduje się odparowujący z włosów siloksan, znany głównie z nakładanych po myciu serów do włosów (cyclopentasiloxane). To nadaje odżywce nietypową konsystencję – niby rzadka, ale jednak nie spływa z włosów. W składzie mamy także drugi i trzeci silikon, oraz bardziej ,,konkretne” odżywcze składniki – panthenol, aminokwasy i hydrolizowane proteiny roślinne, hydrolizaty jedwabiu oraz olejki macadamia i arganowy. Ich ilość w składzie jest dla mnie dość trudna do wyczucia (choćby z racji tego, że trend, który widzę u amerykańskich producentów to mieszanie bardzo wielu składników, a składy odżywek europejskich są przy nich nie dość, że krótsze, to łatwiejsze do rozgryzienia ilościowego ze względu na regulacje prawne dotyczące antystatyków i konserwantów – powinnam chyba napisać o tym oddzielnego posta ;). W każdym razie bez dwóch zdań włosy odczują szybko obecność protein. Wbrew otoczce reklamowej, która wprowadzałaby konsumenta w przeświadczenie, że kupuje produkt pełen olejków (nazwa firmy + informacja na etykiecie) lub nawilżający (wszak nazwa odzywki to Moisturizing Rinse), jest to zdecydowanie odżywka silikonowo-proteinowa.

O silikonach wiele pisać nie trzeba – odżywki warto nakładać malutko i poniżej ucha, bo oprócz tego, że włosy nabłyszczą, ochronią przed zniszczeniami i wizualnie podprostują, to przy okazji zjedzą też trochę objętości.
Największym mankamentem jest dla mnie niezbilansowanie działania protein humektantami. Moje włosy proteiny lubią, i to bardzo, ale nawet na nich po użyciu tej odżywki, poza blaskiem i przyjemnym wrażeniem sypkości, wyczuwalna jest też sztywność i wysuszenie. Tymczasem po dodaniu do porcji kilku kropli gliceryny lub kropli kwasu hialuronowego efekt jest piorunujący, a włosy wyglądają i zachowują się jak po solidnym SPA. Producencie, jeśli to czytasz, to po prostu dodaj gliceryny ;)
Warto, bo razem z czymkolwiek nawilżającym (próbowałam z gliceryną, miodem, żelem z siemienia i sokiem z aloesu) włosy są łatwe do rozczesania, błyszczące, i mniej podatne na plątanie i rozdwajanie– czyli takie, jakich nie stworzyła ich natura ;) Układa się je łatwo, a proste rozpuszczone wyglądają dobrze bez dodatkowych starań. Mam jednak wrażenie, że używane jej co mycie bez przerwy i tak by włosy przeproteinowało i oblepiło silikonami (a bez drobnej ingerencji w skład także wysuszyło).
Na dłuższą metę, na przemian z innymi produktami sprawdza się świetnie i przynajmniej mi pomaga ,,zrobić” wyjściowe włosy, kiedy mam mało czasu i rzadziej ciąć zniszczone końce.

Cena odżywki jest zaporowa i pewnie bym nie spróbowała, gdybym nie dostała w prezencie.
Wydajność również określiłabym jako powalającą i sugerowała kupno i testy na najmniejszej objętości. Samo działanie, przynajmniej mnie, nie zwala z nóg, ale zadowala.


Doceniam delikatny, nieinwazyjny zapach, nie doceniam natomiast koszmarnej butelki ze szkaradną termokurczliwą osłonką, za którą stale wlewa się woda i która ładnie wygląda pewnie tylko w internetach ;) Na pociechę jednak dodam, że przynajmniej pompka to dobry pomysł w przypadku tej konsystencji i do końca opakowania dotarła bez szwanku.

piątek, 8 stycznia 2016

Parafina, wazelina, nafta – nie-zło czy raczej nie-konieczne?


Jak okiem sięgnąć, kosmetyki zawierające węglowodory nasycone nie cieszą się dobrą sławą. Nie dość, że otrzymuje się je w wyniku przeróbki ropy naftowej, to jeszcze wieść gminna przypisuje im blokowanie funkcji skóry, powodowanie chorób ogólnych z rakiem na czele i nasilanie problemów z alergią.
Ubolewania na powszechne stosowanie węglowodorów nasyconych w kosmetykach zatoczyły w sieci niejedno koło i pewnie jeszcze trochę potrwają. Na ile argumentacja w rodzaju tej powyżej jest wiarygodna?
Wiemy z pewnością, że węglowodór nasycony ma strukturę jak tu:

czyli zawiera wodór i węgiel połączone w mniej albo bardzie rozgałęziony łańcuch (ew. pierścień lub pierścień połączony z łańcuchem). Wszystkie wiązania są pojedyncze, a fakt, że różnice w elektroujemności obu pierwiastków nie wykazują dużych różnic i energia wiązania jest spora, czyni to z nich związki bardzo trwałe i nieskore do reakcji chemicznych w warunkach typowych dla naszego otoczenia.

Ta cecha jest bezpośrednią przyczyną zaistnienia węglowodorów w formułach kosmetyków: mówiąc najkrócej i najprościej – parafina czy wazelina łatwo się nie zepsują. O ile naturalny olej bogaty w związki nienasycone i pełne grup funkcyjnych, wymaga przechowywania z dala od źródeł ciepła, ochrony przed wilgocią i światłem, o tyle parafina z pewnością nie przereaguje w takich warunkach do drażniących aldehydów czy kwasów. Teoretycznie jest prosta alternatywa – kupujemy świeże produkty z olejem naturalnym, odpowiednio przechowujemy i zużywamy dość szybko. Pozostaje jednak druga strona medalu – jeśli nie korzystamy sami z czystego olejku, producent produktu, który go zawiera, pomyślał już prawdopodobnie za nas i do składu dorzucił konserwant. Dobrze być więc świadomym, że – z jednej strony – bez parafiny jest naturalniej, z drugiej – produkt oparty na parafinie nie musi być równie skwapliwie konserwowany. Warto wziąć to pod uwagę kując np. kolorówkę, której chcemy używać sporadycznie, ale przez dłuższy czas.

Przejdźmy do kolejnej rzeczy: węglowodory, w swojej budowie nie należą do podobnych składem do ludzkiego sebum. Nie są wchłaniane, a jedynie tworzą warstewkę utrudniającą odparowanie wody na powierzchni skóry (warstewka ta, jeśli występuje na dużej powierzchni ciała, może nawet utrudniać termoregulację). Silna hydrofobowość może być dużym atutem: załóżmy, że maść ze składnikiem aktywnym lub krem do opalania ma nie zmywać się łatwo wodą. Wyjątkowo hydrofobowe węglowodory nasycone się w tym wypadku sprawdzą. Wazelina i parafina z podobnych przyczyn wchodzą też w skład specyfików ochronnych przeznaczonych na mróz. Z powodu słabego wnikania, kosmetyki kolorowe z dodatkiem węglowodorów nasyconych będą raczej trzymać się powierzchni skóry niż ,,wchodzić” w naskórek, co moim zdaniem jest sporym atutem, bo idąc tym tropem, przez dłuższy czas nie zmienią na twarzy konsystencji i przyczepności.
Od kosmetyków pielęgnacyjnych zwykle wymaga się jednak ,,czegoś więcej”. Pomysł zastosowania węglowodorów w kremach do twarzy wydaje się raczej dyskusyjny (chyba, że jest to krem przygotowywany na receptę, w którym największą rolę odgrywa składnik aktywny, a pozostałe składniki mają po prostu być możliwie ,,przezroczyste” - bierne i mało kłopotliwe). Węglowodory nie mają żadnych cech odżywczych, więc poza zatrzymaniem wody w naskórku, nie zrobią dla cery nic więcej. Gdybym jednak widziała produkt pielęgnacyjny, który w swoim ogólnie ciekawym składzie ma parafinę troszkę dalej, i tak rozważyłabym kupno.

Wiem, że są alergicy, którzy nie znoszą balsamów i kremów opartych na parafinie i tacy, którzy ją kochają. Warto jednak wiedzieć, że parafina sama w sobie, uczula niezmiernie rzadko i obok silikonów, jest emolientem dość przyjaznym alergikom. Niekoniecznie sprawdza się zawsze i przy wszystkich zmianach skórnych, jednak jeśli nie ma się złych doświadczeń na własnej skórze, nie warto wpadać w przerażenie, że produkt do lub po kąpieli zawiera parafiny. Mam alergię na pyłki roślin i moja skóra latem bywa swędząca i zaczerwieniona po dłuższym spacerze po lesie. Łyżka parafiny do kąpieli zwykle radzi sobie z załagodzeniem tych objawów i nigdy nie miałam z jej powodu dodatkowych nieprzyjemności.

Co do szkodliwości parafiny – węglowodory nasycone o wyższej masie cząsteczkowej (czyli stała wazelina i płynny olej parafinowy) nie są szkodliwe dla organizmu. Proces rozdzielania węglowodorów nasyconych od domieszek węglowodorów aromatycznych jest od wielu lat znany i opanowany technologicznie - owych szkodliwych związków w kosmetykach z pewnego źródła po prostu nie znajdziemy.


Do opracowania posłużyła mi książka ,,Zarys kosmetyki lekarskiej" Anny Koźmińskiej-Kubarskiej. (Wyd. 2 zm. i uzup. - Warszawa : Państwowy Zakład Wydawnictw Lekarskich, 1984)

środa, 30 grudnia 2015

Kosmetyczni ulubieńcy 2015

Rok 2015 był pod względem poszukiwań kosmetyków idealnych i prawie idealnych, bardzo owocny. Nieczęsto zdarza mi się porzucać stare przyzwyczajenia i wymieniać produkty, do których się przywiązałam, na inne, tym razem jednak kilku starych ulubieńców musiało ustąpić miejsca przegenialnym następcom.



Rossmann,Wellness & Beauty, Olejek do kąpieli

Dobry wcale nie dlatego, że tani, choć tani jest faktycznie (7,5 zł za 150 ml). Używam go nie tylko do kąpieli, ale także sporadycznie do OCM, dodaję do mydła i olejuję włosy. W składzie przeważa olej z krokosza barwierskiego i słonecznika. Olej krokoszowy to jeden z lepszych dla moich włosów. Są po nim znacznie miększe i bardziej zdyscyplinowane (proste i dociążone). Demakijaż olejkiem polecam, o ile oczywiście lubicie OCM. Pory są zwężone, makijaż skutecznie usunięty, a suche partie mieszanej cery nie buntują się tak, jak przy klasycznym oczyszczaniu.
W kąpieli sprawdza się również nieźle (pozostawia pielęgnującą warstewkę), ale nie jest moim ulubieńcem. Wiele osób chwali jego zapach (zarówno waniliowej, jak i lawendowej wersji), ja jednak lawendę lubię z czymś wymieszać, a wanilię wolę w bardziej charakternym, a mniej budyniowym wydaniu.

Skład: Carthamus TinktoriusSeed Oil, Helianthus Annus Seed Oil, Olea Europea Fruit Oil, Plysorbate 20, Lavandula Angustifolia Herb Oil, Parfum, Tocopherol, Tocopheryl Acetate, Lycopin, CI 60725

Nacomi, Masło shea

Kupione przypadkiem, w rekordowej cenie (7 zł) w Dayli. Masło shea oczywiście w każdym wydaniu działa po prostu świetnie i kocham je wielką miłością, ale to ma dodatkową zaletę - jest drobno zmielone i dobrze wymieszane, dzięki czemu łatwo nabrać taką ilość, jaką się zamierza (moja mała córcia naciera się nim po kąpieli, więc konsystencja faktycznie obsługiwalna dla każdego ;) Szczególnie zimą polecam je każdej osobie pracującej w rękawiczkach lub z chemikaliami – koi ręce spierzchnięte, popękane i z objawami uczulenia kontaktowego. Obok lanoliny to mój ulubiony krem do rąk oraz pomadka ochronna. I niezbędnik na podrażnioną lub swędzącą skórę w sezonie grzewczym – kiedy nałożę go po prysznicu czy kąpieli, czuję, że jest na skórze i działa przez cały dzień.
Na włosy i twarz nakładam sporadycznie, ale włosy mojej mamy wyglądają po nim świetnie.

Skład: Shea Butter

Sukin, Odżywka Nourishing Conditioner

Odżywka napakowana konkretami (sok z aloesu, gliceryna, oleje: sezamowy, jojoba, z pszenicy, awokado i dzikiej róży, wyciągi ze skrzypu, pokrzywy i łopianu, a do tego proteiny roślinne). Skład olejów podobał mi się wybitnie, ale długo zwlekałam z przetestowaniem ze względu na nawilżacze. Dostrzegam prawidłowość, że zawsze ciężko jest mi dobrać dla siebie odżywkę z większą zawartością humektantów, po której włosy wyglądałyby dobrze. Chciałabym spodziewać się mięsistości i sprężystości, niestety, najczęściej widzę je tylko kilka godzin po myciu, po czym następuje puch i sztywność (takie uroki wysokoporowatych włosów, myślę). Tymczasem sok z aloesu (bardzo wysoko w INCI) i gliceryna są tu tak ładnie zrównoważone olejkami, które lubią moje włosy i proteinami, że o żadnym puchu nie ma mowy! Włosy po użyciu tej odżywki są bajeczne: gładkie, miękkie, nawilżone i sprężyste. Połysk (który nieczęsto u siebie widzę) powala, a do tego nie zauważam żadnych strat w objętości. Mogłabym jej wypominać drobne mankamenty – średnią wydajność i zbyt intensywny (choć naturalny) zapach, ale zalety są przy nich powalające. Polecam rozejrzeć się w najbliższym TK Maxx.

Skład: Aqua, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Cetyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Sesamum Indicum (Sesame) Seed Oil, Glycerin, Hydrolyzed WheatProtein, Triticum Vulgare (Wheat) Germ Oil, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Rosa Canina Fruit Oil (Rose Hip), Tocopherol (Vitamin E), Urtica Dioica (Nettle) Extract, Arctium Lappa (Burdock) Extract, Equisetum Arvense (Horsetail) Extract, Phenoxyethanol, Benzyl Alcohol, Citrus Tangerina (Tangerine) Peel Oil, Citrus Nobilis (Mandarin Orange) Peel Oil Lavandula Angustifolia (Lavender) Oil, Vanillin,Vanilla Planifolia Extract, Citrus Paradisi (Grapefruit) Seed Extract, Linalool Limonene.

FranWilson, MoodMatcher – pomadka w kredce

Pomadka, która zmienia na ustach kolor z zielonego na czerwony/różowy. Czegoś takiego nie mogłam przepuścić ;) Producent obiecuje, że pomadka pielęgnuje, kolor dopasowuje się do nastroju, i jeszcze trzyma 12 godzin, co brzmi razem jak silny poryw fantazji. I o ile fenomen utleniającego się na ustach związku mnie specjalnie nie zdziwił, to fakt, że faktycznie trzyma się kilka godzin jest nie do przeoczenia dla każdej osoby, która lubi intensywny kolor na ustach, natomiast nie lubi ciągłych poprawek i przesuszenia przez mocno napigmentowane szminki. Wprawdzie MoodMatcher nie nawilża (tu, uważam, producenta faktycznie poniosło przy opisie), ale też nie wysusza. 15 minut po aplikacji robi się niewyczuwalny na ustach i spokojnie można nałożyć na niego pomadkę ochronną, a z kolorem nic się nie stanie. Buziaki, jedzenie, picie i mówienie go nie ruszają. Czy odcień pasuje do nastroju? Nie stwierdziłam, ale czuję w nim się dobrze, bo odcień ma zimny i na pewno pasuje do mojego typu urody.

Składu nie podam, bo w sieci nie mogę znaleźć, a kartonik poszedł do kosza daaaaawno temu ;)

Olej z pestek dzikiej róży (tu: Rosehip Plus)

Najlepszy przyjaciel mojej twarzy. Mam mieszaną cerę i ogółem nie przepadam za tym, ile czasu muszę poświęcać jej pielęgnacji, kiedy staram się używać osobnych kosmetyków do suchych i tłustych jej partii. Za to jeszcze bardziej nie lubię tego, co czuję i widzę w lustrze, kiedy używam jednego do całej twarzy. Z małym wyjątkiem: stosuję dwie krople tego olejku codziennie zamiast kremu i muszę przyznać, że działanie jest cudowne: łagodzi suche policzki, pomaga w gojeniu się drobnym wypryskom, pory w strefie T są zwężone, a w dodatku wchłania się szybko do matu. Systematyczne stosowanie zmniejszyło u mnie widoczność zmarszczek mimicznych pod oczami. Jak na razie zużyłam dwa opakowania tego firmy Rosehip Plus, ale myślę, że pewnie większość olejków z pestek róży tłoczonych na zimno będzie działać podobnie. Dopóki moja cera nie zmieni nagle swoich potrzeb, z pewnością pozostanie stałym elementem mojej codziennej pielęgnacji.

Skład: Organic Rosa Canina Seed Oil, Tocopheral

czwartek, 19 listopada 2015

Dwa fenomenalne produkty – polecam spróbować na włosy


Oczywiście nic w tym dziwnego, że polecam, bo oba są dosyć znane i mają sporo zastosowań. Producenci wprawdzie nie wspominają o nakładaniu na włosy, ale u mnie używane solo i do tuningowania masek, odżywek i wcierek, przyniosły świetne efekty. Składy są dość krótkie i przejrzyste, co typowe dla produktów aptecznych.

Linomag maść, Ziołolek
Jest jeszcze krem, ale to maść zdobyła moje uznanie.
Skład prezentuje się tak:


Lini oleum virginale to nic innego, jak olej lniany z pierwszego tłoczenia – znakomite źródło nienasyconych kwasów tłuszczowych, świetnych dla skóry i dla wiecznie suchych, wysokoporowatych, zniszczonych włosów

Lanolina bezwodna jest mieszaniną tłuszczy i cholesterolu pochodzenia zwierzęcego. Domyślam się, że to zdanie nie ma wielkiej mocy zachęcającej ;) A jednak! Lanolina jest bardzo dobrze wchłaniana przez skórę, bo wykazuje duże powinowactwo do sebum. Jakby tego było mało, wiąże wodę, więc przyczyni się do nawilżenia włosów, robiąc to znacznie delikatniej niż typowe humektanty (osoby dla których puch jest dużym problemem pewnie zwrócą na to uwagę). Poza tym, to dobry emolient o małej lotności.

Wazelina biała – mieszanina węglowodorów parafinowych (zawierających ok. 20-25 atomów węgla w cząsteczce). Emolient dobrze zabezpieczający przed wyparowaniem wody z naskórka lub włosów, jeden z najmniej uczulających.

Maści linomag używam jako zamiennika oleju (głównie przed myciem lub w małej ilości do maski). Niewielka ilość, rozgrzana w dłoniach rozprowadza się na włosach bezproblemowo. Co mi on daje i dlaczego po prostu nie użyję samego oleju lnianego (który przecież sam w sobie jest super)?
Powinnam chyba kiedyś pokazać różnicę ;)
Najprościej można określić to tak: ten specyfik to wizualne obniżenie porowatości. Czyli: dociążone końcówki, brak przesuszenia drugiego dnia po myciu, mniejsze odkształcenia po nocnej fryzurze, niesamowity połysk.

Kupienie w aptece to żadne ryzyko, jest tani i w razie czego posłuży jako krem do rąk. A jeśli macie na stanie Małego Człowieka, to polecam sposób konwencjonalny ;)

Panthenol żel Gorvita

Nie wdawajmy się w szczegóły i przejrzyjmy skład:


Panthenol to jeden ze składników witaminy B5, biologicznie czynny: przyspiesza gojenie ran i bierze udział w regeneracji komórek. Wiąże wodę i utrudnia jej odparowanie, jest więc humektantem i emolientem.

Aloe Vera Extract – ekstrakt z aloesu. Przypisuje się mu wiele właściwości (które najczęściej mają tylko niektóre gatunki, a spora część z nich naukowo nie została potwierdzona wcale), za to z pewnością nawilża.

Propylene Glycol (na zdjęciu widzimy przecinek tuż za Propylene, który uznaję za błąd w druku, ponieważ zapis w przypadku tego typu produktu nie miałby najmniejszego sensu) to substancja o działaniu nawilżającym. Kosmetycznie podobny we właściwościach do gliceryny, swojej bliskiej koleżanki (mającej w cząsteczce jedną grupę hydroksylową więcej).

Gliceryna – nawilżacz (humektant)

Carbomer , często z podaną cyferką, to hydrofilowy polimer będący pochodną kwasu akrylowego. Jest zagęszczaczem. Odpowiada za żelową konsystencję żeli do włosów lub utrzymującą się powłokę nawilżającą w kroplach do oczu.

Trietanolamine – trietanoloamina, zwykle używana jako środek emulgujący oraz powierzchniowo czynny lub regulator pH (ma pH zasadowe). Może podrażniać, jednak nadal jest często stosowana, szczególnie w produktach do włosów, detergentach, i kosmetykach kolorowych.

Allantoin (alantoina) – pochodna mocznika, pH ma jednak kwasowe. Używana w maściach i kosmetykach (szczególnie dla dzieci) ze względu na swoje łagodzące i przeciwzapalne działanie. Dla niektórych osób bywa jednak czynnikiem podrażniającym.

Menthol – alkohol terpenowy, chłodzi, pachnie, lekko znieczula.

Polysorbate 20 (Polisorbat 20) – etoksylowana pochodna estrów kwasu laurynowego i sorbitolu; związek o kosmicznej budowie, który wiąże wodę (może w kosmetyku być humektantem), zagęszcza, zmniejsza napięcie powierzchniowe na granicach faz (więc bywa emulgatorem, detergentem lub środkiem ułatwiającym zwilżenie powierzchni) a ponadto zwiększa rozpuszczalność olejków eterycznych i terpenów w kosmetyku.

PEG-20 – kolejny etoksylowany związek, używany w charakterze nawilżacza, emulgatora i rozpuszczalnika oraz zagęszczacza

Glyceryl laurate (monogliceryd kwasu laurynowego) - zmiękczacz, surfaktant, emolient i konserwant

Tocopherol – tokoferol, składnik wykazujący czynność biologiczną (wit. E), przeciwutleniacz spowalniający psucie się fazy tłuszczowej kosmetyku

Linoleic acid (kwas linolowy) to wolny nienasycony kwas tłuszczowy, trochę nawilża i dobrze zatrzymuje nawilżenie.

Retinyl Palmitate – jedna z form witaminy A. Stymulator odnowy skóry. Warto pamiętać o tym, że jest jedną z substancji bardziej szkodliwych podczas ciąży.

DMDM Hydantoin – konserwant. Niestety, jak to większość konserwantów, niektóre osoby podrażnia.

Niektóre składniki brzmią świetnie, inne przerażająco (trzeba mieć jednak świadomość, że często występują w kosmetykach drogeryjnych oraz aptecznych). Mnie żel Gorvity przydaje się do skalpu oraz do tuningowania masek. Mam alergię kontaktową na wiele ziół, a wypadanie włosów czasem chciałabym jednak trochę ograniczyć. Jakiś czas temu zauważyłam, że w moim przypadku w walce z wypadaniem i w walce o pobudzanie wzrostu włosów, dają radę się kosmetyki z pantenolem, stąd pomysł sięgnięcia po ten żel.
Zawiedziona nie jestem. Żel ląduje na skórze, podtuningowana nim maska na włosach, po spłukaniu całość głowy jest zadowolona, a włosów w odpływie znacznie mniej.

Macie jakieś typy jeśli chodzi o nie-włosowe produkty, których używacie do włosów?



środa, 4 listopada 2015

Białe szaleństwo vol. 3

Wybielanie zębów przedstawiane jest najczęściej jako zupełnie bezpieczne, ewentualnie różnicowane na bezpieczne salonowe i niebezpieczne w domu. Wiele, wieeeeele razy czytałamm o metodzie x, która nie powoduje żadnych skutków ubocznych. Niestety, strony na których można poczytać o wszystkim, jak i te prowadzone przez przybytki zarabiające na wybielaniu cudzych zębów nie są aż tak rzeczowe, jak same twierdzą. Efekty uboczne nie są najczęściej duże, ale niewątpliwie występują.

Nie zależy mi na tym, żeby kogokolwiek odwieść od wybielania zębów, o nie. Jasne, że każdy ma prawo do tego, żeby ustalać swoje granice tolerancji, priorytety i zrobić, co uzna za słuszne. Uważam jednak, że dobrze jest mieć dostęp do informacji i wiedzieć, o co pytać wcześniej, z czym (niekoniecznie chcianym) można się spotkać w efekcie, i jak sobie poradzić, ot po prostu.

Nie da się wbić kolczyka ani rozjaśnić włosów bez żadnych zmian i pewnego ryzyka. Czasem to ryzyko jest mniejsze, czasem większe. W każdym razie coś w ciele się dzieje i dotyczy to również zębów.

Alergia
Szczęśliwie, skład produktów wybielających (tych używanych u dentysty i tych do stosowania w domu) jest zwykle dość prosty:
-utleniacze (nadtlenek wodoru lub nadtlenek karbamidu)
-substancje zagęszczające (najczęściej karbopol, najprościej mówiąc kwas poliakrylowy w wodzie – jest szeroko używany w medycynie)
-rozcieńczalniki i nawilżacze – zwykle gliceryna lub glikol propylenowy, znane z wielu kosmetyków – tu pomagają w rozpuszczaniu składników i ponownym nawilżeniu tkanek
-surfaktanty – rozpraszają środek wybielający, pomagając w równomiernym działaniu
-konserwanty – najczęściej parabeny albo benzoesan sodu
-dodatki smakowo-zapachowe

Osoby uczulone powinny zwrócić szczególną uwagę na konserwant i dodatki, ponieważ pozostałe składniki raczej nie będą niebezpieczne. Skład warto poznać w każdym przypadku, bo nie istnieją stuprocentowo bezpieczne formuły (także przy salonowym wybielaniu) i jeśli coś budzi niepokój, warto pytać.

Inne objawy ze strony narządów i tkanek
Zdarzają się na tyle sporadycznie, że prasa fachowa wspomina o nich rzadko i zdawkowo. Niemniej, może przydarzyć się rozstrój żołądka, ból gardła i podrażnienie dziąseł. Kiedy dziąsła lubią sprawiać problem, warto odżałować i wydać nieco więcej na przygotowanie spersonalizowanych gumowych nakładek ochronnych. Warto także przemyśleć, czy decydować się na najsilniejszy preparat – dziąsła podrażnia z pewnością sam utleniacz.

Ból i nadwrażliwość
Pojawiające się masowo, a także skrupulatnie pomijane. Wprawdzie preparat wybielający kojarzy się z działaniem na powierzchni zęba, w praktyce penetruje jednak substancję organiczną, spokojnie docierając do zębiny. Pod wpływem utleniacza składniki organiczne, znacznie bardziej podatne na utlenianie niż mineralna część zębów, zmieniają nieco właściwości. Bodziec może więc docierać do zakończeń nerwowych łatwiej i być odbierany jako bardziej intensywny. Tkanki zęba, poza szkliwem, odnawiają się. To dobra wiadomość, oznacza bowiem, że po krótszym lub dłuższym czasie, nadwrażliwość straci na sile. Ból będzie raczej nieodłączną częścią wybielania preparatami zawierającymi np. 35% nadtlenku wodoru. Chcąc zmniejszyć ból, warto popytać stomatologa o preparaty o niższym stężeniu.

Drobne ,,ale"
Niestety, produkty wybielające osłabiają przyczepność substancji polimerowych do zębów. Oznacza to, że jeśli mamy zęby plombowane lub klejone, to musimy porozmawiać o problemie z lekarzem. Co więcej, trzeba mieć świadomość, że kolor wypełnienia czy spoiny nie dostosuje się do barwy wybielonego zęba.

Czy to niszczy szkliwo?
Mimo licznych zaprzeczań, zdania są podzielone. Nie mam na myśli opinii skrajnych entuzjastów i skrajnych przeciwników, tylko badania naukowe, których przeprowadzono całe mnóstwo. Dobra (albo i zła, zależnie od interpretacji) wiadomość jest taka, że szkliwo znacznie bardziej ucierpi na częstym regularnym kontakcie z napojami typu cola, kwaśnymi sokami i owocami niż na wybielaniu dostępnymi preparatami.
Wyniki w dużej mierze zalezą od tego w jaki sposób przygotowano i przeprowadzono testy. Rzeczywiście, sporo wyników uzyskanych z użyciem procedury wybielającej na martwych, usuniętych zębach wskazuje na większe zniszczenia niż badania in vivo. Przypisuję się to ochronnemu i zmniejszającemu szkodliwy wpływ ,,wybielacza” działaniu śliny.
Jednak rzeczywistość nie jest aż tak różowa. Szkliwo ulega bowiem zmianom i ciężko uznać je za korzystne – zwiększa się porowatość, pojawiają drobne wżery na powierzchni zębów (oczywiście niewidoczne dla naszego nieuzbrojonego oka), zmiana składu chemicznego i zmiana właściwości mechanicznych. Takie ,,podniszczone” szkliwo można sobie pooglądać np. w TEJ publikacji. Co ciekawe, podobne zmiany obserwowano również w testach przeprowadzonych z użyciem preparatów z 10% nadtlenku karbamidu in vivo (czyli mimo obecności ,,ochronnej” śliny. Nieco mniej jest doniesień o wżerach i zwiększeniu porowatości szkliwa w odniesieniu do nadtlenku wodoru. Obawy o preparaty stosowane w domu są więc pod tym względem nieco uzasadnione, ich składnikiem aktywnym jest bowiem właśnie nadtlenek karbamidu.
Wobec roztworów nadtlenku wodoru kwestia bywa też zrzucana na życiowego pecha, ale większe znaczenie ma z pewnością pH preparatu. Obserwowano pod tym względem dość duże różnice w powodowaniu erozji szkliwa – od mało znaczącego dla preparatów obojętnych i zasadowych do widocznego wprzypadku roztworu wybielającego z pH wynoszącym 3.

Niezależnie od tego wszystkiego...
...zawsze przydadzą się miękka szczoteczka i pasta o jak najniższej ścieralności wyrażonej wskaźnikiem RDA. Zewnętrzna warstwa naszych zębów, wybielona czy nie, jest nam dana raz na całe życie i już się nie zregeneruje.


Serdecznie polecam też TEN artykuł przeglądowy, z którego pochodzą podane informacje.

wtorek, 27 października 2015

Białe szaleństwo vol.2

Właściwie dzisiejszy post mógłby spokojnie nosić tytuł ,,off-white", bo dotyczy głównie offowych (tj. alternatywnych do salonowego) sposobów na wybielanie, a i słowna zbieżność kolorystyczna nie jest do końca przypadkowa ;)

Utleniacze w domu
Paski i żele z nakładkami do stosowania w domu, mogą być oczywiście skuteczne, o ile zawierają nadtlenki. Nauka nie może odmówić im działania wybielającego, chociaż zarówno zabieg profesjonalny, jak i domowy, budzi pewne kontrowersje w kontekście zniszczeń szkliwa, o których napiszę w kolejnym poście. Dużą rolę w ostatecznym efekcie wybielania gra preparat użyty do wybielania. Szczególnie ważne jest to, jakiego rodzaju substancji aktywnej użyto (i w jakim stężeniu), ile i jakie substancje pomocnicze mu towarzyszą i jakie jest jego pH.
Wiele osób uważa, że zabieg przeprowadzony u dentysty jest skuteczniejszy niż w domu i myślę, że coś w tym może być. Nie mam tu, bynajmniej, na myśli udziału gadżetów science-fiction (typu lampa UV), tylko uprzednie usunięcie kamienia nazębnego, które ułatwi równomierne rozjaśnienie lub przygotowanie spersonalizowanych nakładek. To drugie ułatwia życie także (bardzo delikatnym) dziąsłom.

Wybielanie cytryną – bez kwasów
Sposób, biorąc pod uwagę wyłącznie chemię ma szansę być skuteczny, bo kwasy organiczne mogą pomóc usunąć kamień nazębny lub nawet przereagować z niektórymi cząsteczkami organicznymi. Problem pojawia się jednak, kiedy rozważymy rozpuszczalność fosforanów (do których należy główny budulec szkliwa-hydroksyapatyt) w kwasach [klik] ,[klik]. Zważywszy na to, że szkliwo się nie regeneruje, a im robi się cieńsze, tym ciemniejszy ząb, gra nie jest warta świeczki.

Wybielanie sodą – jakie wybielanie?
Zdarzyło mi się czasem przeczytać, że stomatolodzy odradzają wybielanie zębów sodą oczyszczoną w domu, ponieważ proszek może zetrzeć szkliwo. To stwierdzenie należy jednak włożyć między bajki - w skali Mohsa (dziesięciostopniowej skali, w której wyższa cyfra oznacza większą twardość) szkliwo zębów ma aż 5 punktów, podczas kiedy twardość sody wynosi jedynie 2,5. Soda oczyszczona nie ma silnie ściernego działania (nawiasem mówiąc, jest mniej ściernym materiałem niż zawarte w obecnych pastach krzemionki).
Szkliwo zębów jest znacznie bardziej odporne na pH zasadowe (generowane przez sodę) niż kwaśne. Większość hydroksyapatytów jest prawie nierozpuszczalna wzasadach.
Czy soda jest zatem bezpiecznym wybielaczem zębów?
Niespecjalnie, ponieważ właściwie, to nie wybiela, tylko usuwa płytkę nazębną i kamień. Zęby mogą więc rozjaśnić się jedynie o tę cieniutką warstewkę. Częstego mycia sodą nie polubią też dziąsła. Mimo wszystko, sama czasem używam.

No to może i soda i cytryna?
Skoro i cytryna wybiela i soda wybiela, to najlepiej obie naraz – niestety, nie. Intensywna, ,,bąbelkująca” reakcja skłania do szukania analogii z musującą, wybielającą wodą utlenioną. Podczas reakcji nie tworzy się jednak upragniony nadtlenek wodoru, tylko cytrynian sodu, woda i ,,musujący” w tym wszystkim CO2 (który utleniaczem jest bardzo, bardzo łagodnym, więc wybielenia nie zapewni). W zależności od proporcji sody i cytryny/kwasku, ryzykujemy utworzeniem kwaśnego pH, które niszczy szkliwo. Jeśli chcemy więc usuwać w domu kamień, sięgnijmy po samą sodę oczyszczoną, a połączenie sody z kwaskiem lepiej zarezerwujmy do produkcji domowych kul do kąpieli.
Lub soda i truskawki?
To, co udało mi się wyczytać, zakłada, że patent działa jak cytryna z sodą. Najpierw jemy truskawki, potem szczotkujemy sodą. Czyli nie ma podstaw, żeby pokładać w nim nadzieję.

Wybielanie... kurkumą ;)
Prywatnie jestem chyba największą wielbicielką mycia zębów kurkumą, niestety, nie mam twardej wiedzy, jak to działa ;). Większość kurkuminoidów ma bowiem działanie nie utleniające, ale wprost przeciwne. Wprawdzie wśród substancji wybielających zęby znajdują się nie tylko utleniacze. Wybielać może każdy związek, który przereaguje z barwnym zanieczyszczeniem i zmieni tym samym układ sprzężonych wiązań odpowiadających za kolor (o czym można poczytać tutaj). Kurkuma zawiera związków całe mnóstwo i nie była pod tym kątem rzeczowo zbadana (a przynajmniej wyniki takich badań nie zostały opublikowane). Z pewnością przyprawa ma w sobie sporo olejku eterycznego o właściwościach antybakteryjnych, który znakomicie odświeża oddech i spowalnia powstawanie kamienia (i która to właściwość skłania mnie do codziennego używania, mimo konieczności częstego mycia umywalki ;)

Wybielanie węglem aktywnym
Skoro można żółtym, można nawet... czarnym ;) Jest nietoksyczny, względnie tani i również nie tak twardy, aby niepokoić o większe niż w przypadku klasycznej wybielającej pasty, ścieranie szkliwa. Podobnie jak soda, może usunąć płytkę nazębną i kamień. Jest też przy okazji powszechnie używany w przemyśle, aby wiązać związki organiczne i nie można wykluczyć, że w ten sposób także może działać na powierzchniowe zanieczyszczenia zębów.

Płukanie jamy ustnej wodą utlenioną
Chociaż stężenie nadtlenku w aptecznie dostępnej wodzie utlenionej jest niskie, jest to bezsprzecznie substancja skuteczna w wybielaniu zębów. Stosowana z umiarem, tak, żeby nie podrażnić dziąseł, ma szansę się sprawdzić zamiast wybielającej pasty

Co z tą pastą?
Wiadomo, że mycie zębów to nasza codzienna higiena, więc intensywna reklama łatwo sprzedaje ideę dodatkowego bonusu w postaci śnieżnej bieli. Warto zwrócić uwagę, jaki właściwie składnik pasty ma być aktywny. Opis producentów nie zna granic, jeśli chodzi o finezję, najczęściej poczytamy więc o ,,specjalnych kompleksach”, wyselekcjonowanych składnikach polerujących, rozjaśniającyh, enzymach, wyciągach z roślin, itd.. Z pomocą przyjdzie INCI, które najczęściej obnaży istotę owego zaawansowanego kompleksu. W paście możemy znaleźć np. nadtlenki lub ich prekursory, które rozjaśniają odcień zęba przez utlenianie barwnych związków organicznych lub środki ścierne: krzemionki węgiel aktywny, sodę oczyszczoną, pirofosforan sodowy etc. Do stosowanych w pastach prekursorów nadtlenków należą niekiedy enzymy np. oksydaza glukozy – napotkawszy glukozę przy udziale wody i tlenu, utlenia ją do kwasu glukonowego, natomiast wodę – do nadtlenku wodoru (na reakcję można zerknąć tu, pierwsza od góry). Zważywszy jednak na to, na którym miejscu w składzie występują oksydazy, oraz ile warunków musi być spełnione, aby uzyskać z nich nadtlenek, powinniśmy nie pokładać w paście wielkich nadziei. Przeciętne będzie ona bowiem kompozycją składników myjących i delikatnie ściernych, podobnie, jak... prawie każda pasta.
Dość popularne jest też stosowanie wyciągów roślinnych, które najczęściej mają pozytywny wkład w higienę jamy ustnej i spowalniając rozmnażanie się bakterii, zmniejszają skłonność do osadzania się kamienia nazębnego.


Wybielacie zęby? Znacie jakieś inne metody? Jak Wasze wrażenia? Jeśli macie ochotę, podzielcie się tym w komentarzu.