środa, 11 stycznia 2017

Ulubieńcy 2016 - kosmetyki do makijażu

2016 rok nie przyniósł jakiegoś trzęsienia ziemi - baza pielęgnacji i ukochane perfumy pozostają bez zmian ;) Ulubiony olejek do twarzy i odżywkę do włosów już mam, a idealnego kremu do rąk nadal nie udało mi się znaleźć. Za to kolorówka to u mnie prawdziwa rewolucja - idealny rozświetlacz, tusze, dobry eyeliner za 2,79zł i kolorowa szminka, która nawilża i pielęgnuje.
Uprzedzam, że ze względu na ilość, skupię się raczej na krótkiej charakterystyce niż pełnej recenzji ;)



Usta
Nie należę do osób malujących się często i mocno, ale jest jeden kosmetyk do makijażu bez którego czuję się co najmniej dziwnie: szminka. Intensywny kolor zdecydowanie dodaje mi energii i po prostu dobrze wygląda (jestem jedną z tych osób, dla których beże i delikatne róże to gwarancja pytań w stylu: ,,dobrze się czujesz?", ,,jesteś chora" itp.) Do tej pory nie sięgałam jednak po ciemne odcienie - aż skusiłam się na odcień 03 Golden Rose Matte Lipstick Crayon - kolor wina. Mam go krótko, ale jest super, jeśli chodzi o trwałość i głębię, no i przy okazji, o kieszeń. Ale absolutnym ulubieńcem ulubieńców jest i tak Creamy Color Lovely - najbardziej komfortowa ze wszystkich kolorowych pomadek, których używałam. Jeśli kogokolwiek do koloru zraża wysuszanie ust, powinien zacząć od tego produktu (chociaż wymagania mu się podniosą ;) To jedyna kolorowa pomadka, o której mogę powiedzieć, że zarazem nawilża i chroni. Mój kolor to złamana czerwień, ciemniejsza od naturalnego koloru ust.

Oczy
Makijaż oczu przez lata ograniczałam do cieni. Tuszu do rzęs zaczęłam używać  po naprawdę długiej przerwie w tym roku i w dodatku znalazłam 2 maskary, na dzień i wieczór! Jeśli ktokolwiek zastanawia się czemu, spieszę z wyjaśnieniem: podrażniały mnie wszystkie tusze, których dotąd próbowałam. Po poszukiwaniach, postawiłam na kupno What's your type? Body Builder od TheBalm - i to jest absolutnie pierwszy tusz, który mnie wcale nie podrażnia i nie uczula. Formuła z drobnymi ,,włoskami" oblepia i ,,buduje masę" rzęs, chociaż całe szczęście jakoś bardzo ich nie skleja. Maluje tuż przy nasadzie, więc oko wygląda jak po zrobieniu tightliningu, a jeśli dorzucić do tego ekstremalną, totalnie matową czerń, od razu widać, że to killer na wieczór (choć nie mówię, że nie używam go też na dzień ;) Mam jednak bardziej dzienny tusz, który od razu przypadł mi do gustu - Volume Reveal Bourjois. Nie skusiłabym się na zakup, gdyby nie możliwość testowania na jednym z portali poświęconych kosmetykom. A tak, bardzo się cieszę, bo po raz kolejny podrażnień brak. Ładnie podkreśla cieniutkie i króciutkie włoski, więc rzęs wydaje się więcej. Nie oblepia przy tym, nie skleja i fajnie rozczesuje, a w dodatku ma na ściance opakowania lusterko. 
Eyeliner za 2,79zł? Tak, w Lidlu to możliwe. Wprawdzie podczas wyprzedaży, ale i cena regularna rozpieszcza, bo nie sięga nawet 5zł. Eyeliner Cien w kolorze Famous Brown jest, jak na moje oko, raczej czarny niż brązowy, chociaż istnieje też wersja kruczoczarna. Linera używam głównie do cienkiej kreski albo optycznego zagęszczenia linii rzęs. Ma sztywny, precyzyjny aplikator, łatwą do naniesienia konsystencję, trzyma się cały dzień i łatwo zmywa każdym produktem do demakijażu. Ten eyeliner naprawdę wprawia mnie w zadumę, jak bardzo jeszcze mogą się obniżyć ceny kosmetyków.
Paleta do brwi Freedom Makeup to cztery cienie, wosk i duże lusterko. Ostatnio tego rodzaju paletek zrobiło się sporo, ta wyróżnia się jednak właśnie woskiem - doskonale utrzymującym włoski na miejscu, lekko koloryzującym i nie dającym okropnego (według mnie) wrażenia wysmarowanych, sztucznych brwi, jak przy maskarze. Przynajmniej moje krzaczaste brwi trzymają się cały dzień uczesane tak, jak powinny, a blizna w jednej z nich jest dzięki temu prawie niewidoczna.

Makijaż twarzy
I znowu testowy ulubieniec. Jak rzadko łapię się na testowania, tak na tonujący krem seboregulujący Oillan polowałam jak desperatka (no, może nie aż tak, ale bardzo mi zależało) i okazał się strzałem w dziesiątkę. Wyrównuje kolor, nie matowi (ale też nie rozświetla), jest przyjemny w noszeniu zarówno na suchych, jak i tłustych partiach cery, wygląda naturalnie i nie zapycha porów. A dodatkowo dobrze wygląda na mnie i latem i w zimie.
Rozświetlacz Bell Hypoallergenic to może nie produkt, którego używam codziennie, ale sięgam po niego często, bo to jeden z niewielu rozświetlaczy,który mnie nie uczula. Od prasowanego produktu tej samej marki różni się pięknym odcieniem - delikatny beżo-róż. Rozświetla przecudnie, dając wrażenie zwilżonej skóry.
Ale moim absolutnym ulubieńcem jest paleta Cargo Cosmetics o nazwie California Throwback. Upolowałam ją w TkMaxx, gdzie bywa dość często i początkowo myślałam, że to jakaś tańsza ,,inspiracja" TheBalm. Dopóki nie poznałam jakości i nie zobaczyłam ceny regularnej paletek Cargo - ani one gorsze od TheBalm ani tańsze ;) W mojej są 4 cienie do powiek: ciemny, matowy brąz, perłowy przygaszony turkus, cielisty, satynowy beż i metaliczna miedź, róż, bronzer i 4 błyszczyki. Cienie są idealne: mocno napigmentowane, miękkie, aksamitne, nakładają się bez żadnego osypywania i można je w nieskończoność rozcierać i blendować. Do tego rozświetlający róż w odcieniu brzoskwini i świetlisty bronzer idealnie imitujący opaleniznę. Nie zachwycam się jedynie błyszczykami - dwa odcienie odpadają, bo są bardzo ciepłe, a dwa pozostałe to trend przeszłości, jeśli chodzi o błyszczące drobinki. Ale poza ustami mogłabym się nią malować w nieskończoność. Jak ją kiedyś dorwę, to chyba kupię drugą ;)

środa, 28 grudnia 2016

Czy można myć włosy mydłem?

Dość popularne jest mycie włosów żelem do ciała albo płynem do higieny intymnej. Skład tych produktów jest na ogół zbliżony do składu szamponów (pomijając substancje kondycjonujące - nie każdą z nich można stosować na skórę na dużej powierzchni), niezniszczone czy niezbyt wysuszone włosy nie odczują zatem większej różnicy. Ale mydło (prawdziwe mydło, a nie żelowe wariacje z SLSem na pierwszym miejscu w składzie) budzi już większe emocje.


Inny środek myjący, inna konsystencja, wysokie (zasadowe) pH - słowem, można się zastanawiać:

Zaszkodzi włosom czy nie?
Przede wszystkim warto wspomnieć o roli pH kosmetyku. Bardzo popularne (i uważane za oczywistą prawdę) jest to, że zasadowe pH bardzo silnie rozchyla łuskę włosa. Jak to jednak czasem bywa z tego typu stwierdzeniami, prawdy jest w nich niewiele (super wpis na ten temat, ze źródłami, znajdziecie tutaj). Łuska włosa staje się ,,rozchylona", czyli bardziej przepuszczalna po prostu we wodzie, przy czym pH w przedziale 4-9 nie robi jej wielkiej różnicy.
Zasadowe pH nie jest jednak ulubionym środowiskiem keratyny - innymi słowy, zniszczonym włosom, mydło (szczególnie nałożone na dłużej) może pomóc zhydrolizować część wiązań w keratynie i zniszczyć się jeszcze bardziej.
Do tego, warto dodać, że prawdziwie mydło, o ile nie ma dodanej ekstra nadmiarowej porcji olejku, bardzo mocno wysusza, bo po prostu jest silnym detergentem.
Włosy umyte mydłem najprawdopodobniej będą też matowe, no, chyba, że używamy do mycia demineralizowanej wody. Produkt nie spłukuje się łatwo, a do tego w zwykłej, twardej wodzie, część mydła po prostu wymienia kation ze swoim otoczeniem i osadza się na włosach w postaci trwałych, nierozpuszczalnych w wodzie i trudnych do usunięcia soli wapnia lub magnezu. Osady te odbierają blask włosom i utrudniają czesanie.
Jeśli więc mydło, to tylko z miękką wodą, albo remedium - kwasową płukanką. Woda z kwaskiem cytrynowym, owocowym lub octem pomoże pozbyć się niechcianego osadu mydła wapniowego z fryzury.

Skoro tyle z tym zachodu, to po co kombinować z mydłem?
Myślę, że skoro tylu ludzi pyta i próbuje, to coś w tym musi być ;) Mnie osobiście mydełko nie kusi (suche włosy), ale rozumiem np. ból osób uczulonych na Cocamidopropyl betaine, składnik obecny w większości szamponów. Mydło jest znacznie prostsze w przyrządzeniu od szamponu, łatwiej też znaleźć gotowe o krótkim składzie.



środa, 21 grudnia 2016

Garstka wspomnień

Dziś filozoficznie. Ostatnio było o nostalgii, dziś o wspomnieniach kosmetycznych. Blogi pełne linków afiliacyjnych, bilboardy - reklam, a centa handlowe wrzą tak, że wolę zapłacić dwa razy tyle i wybrać się do osiedlowego. Tymczasem ja wspominam przedmioty, których w większości dawno już nie ma i przy okazji czasy, które minęły. Dzieciństwo. Dorastanie. Pierwsze doświadczenia z kosmetykami. Zapachy. Opakowania. Naiwne odbieranie reklam, spełnione (albo i nie) obietnice. Może i przy okazji mocniej spojrzałam na to, że niegdysiejsze must-have dziś nic nie znaczy ;) 
Jakie kosmetyki zapamiętałam najmocniej? Rzecz jasna te, które najmocniej pachniały i miały najładniejsze opakowania lub najbardziej ,,wypasioną" reklamę ;)

Krem półtłusty Pani Walewska

Absolutnie pierwsze wspomnienie z dzieciństwa. Półeczka mojej mamy na początku lat 90-tych. Jest bardzo skromnie: pomadka Celia w intensywnie różowym kolorze (mama wyglądała w tej barwie autentycznie przepięknie), krem Nivea, szampon Eva Natura pokrzywowy... i właśnie Pani Walewska. Oczywiście nie używałam tego kremu, podobnie zresztą, jak moja mama, która ma wrażliwą skórę, ale produkt wrył mi się w pamięć jako przeogromny luksus. Najsilniej zadecydowało o tym prawdopodobnie piękne, jak na tamte czasy, opakowanie. Kobaltowe szkło, fikuśny słoiczek, wyczuwalnie ciężki, szczególnie w małej dłoni. Do tego, krem był wściekle, nieznośnie wręcz perfumowany. Jedynie to budowało we mnie jakiś hamulec do wypróbowania. W końcu jednak podebrałam, co skończyło się burą (wspinaczka po szafie) i wysypką. Moja mała główka przyswoiła wówczas raz, a dobrze, informację, że substancje, które silnie pachną powinny trzymać się z dala od twarzy ;)


Produkty Pond's

O ile się nie mylę, pierwsza marka, która tak mocno próbowała podkreślić zasadność zmywania makijażu mleczkiem zamiast wodą i mydłem. Do tego tonik. I krem. Oczywiście długo się z tak śmiałą wizją na polskim rynku nie utrzymali ;)
Pamiętam, jak mama dostała zestawik trzech produktów (zielona wersja) pod choinkę od taty. O ile mleczko i tonik nie przypadły jej do gustu, o tyle krem już tak. Opakowania były proste, lekkie, plastikowe, z taką urzekająco spójną i prostą (jak na tamte czasy) szatą graficzną. Mama już raczej się nie przerazi, kiedy publicznie przyznam się, że owszem, podbierałam i wspominam tonik, mleczko i krem jako delikatne, ,,normalne" produkty o całkiem ładnym, choć syntetycznym i silnym, zapachu. Ogólnie zastanawiam się, ile prawdy jest w stwierdzeniu, że kosmetyki pielęgnacyjne pachniały kiedyś (mam na myśli lata 90-te) znacznie mocniej. Być może po prostu mam dziś słabszy węch. Dzieciństwo to dla mnie jednak raczej wielkie morze zapachów, z których kosmetyki wybijają się z ogromną siłą, czasem przerażającą.

Dezodorant w sztyfcie Mennen
Wspomniałam już o przerażających zapachach. Tak się składa, że woda ,,Być może...", dezodorant ,,Currara" i popularne męskie wody po goleniu, odrzucały mnie w równym stopniu, co i moich rodzicieli. Ogólnie wszelkie wody i dezodoranty służyły w domu za ozdobę lub prezent przechodni ;) 
Jako, że po obojgu rodzicach odziedziczyłam wrażliwą skórę i raczej wybredny nosek, to wraz z rozwojem rynku pachnideł niskiego lotu, dość szybko wyłapywałam, co byliby w stanie zaakceptować, a co nie ;) Powyższy dezodorant w szyfcie mój tata dostał kiedyś na urodziny i z nostalgią wspomina, że jako jeden z niewielu nie wykręcał nosa ;) Mi również podobał się jego zapach, chociaż raczej była to ,,chemia gospodarcza", tyle, że w miarę dyskretnym wydaniu.

Exclamation I

Tu już coś bardziej ,,perfumeryjnego" - mój pierwszy zapach, kupiony w piątej (!) klasie podstawówki! Zapach zna prawie każda moja rówieśniczka, to mnóstwo słodkich owoców, osmantus i delikatne waniliowo-sadałowo-piżmowe tło. Używanie go było takim przeżyciem, że buteleczkę mam do tej pory ( i swoją drogą, myślę, że jej projekt jest bardzo fajny :)

The Healing Garden

A to już coś, co podoba mi się do tej pory. Wszystkie cztery dostępne w Polsce serie były świetne: lekkie, naturalne i faktycznie aromaterapeutyczne. Szczególnie wspominam zieloną herbatę - zapach niby prosty, ale robił, to, co miał - wyciszał i dodawał pogody ducha. I kosztował tylko dwie dyszki! Naprawdę ubolewam, że seria jest do kupienia tylko w sieci.

Szampon Timotei
Pamięta ktoś tą buteleczkę? Oprócz tego ze zdjęcia pamiętam jeszcze miodowo-jajeczny, z minerałami (mój ulubiony!) i grejpfrutowy. Już jako dziecko miałam suche włosy i szybko zauważyłam, że po Timotei znacznie łatwiej je rozczesać niż po szamponie z kaczuszką ;)

Cement-ceramid
A to już był szał! Zawsze miałam delikatnie mówiąc, kiepskie włosy, ale najgorsze jako nastolatka: kruszyły się podczas czesania, nie potrzebując do tego farbowania ani prostownicy. Szampon musiałam mieć więc od razu, kiedy go wprowadzono. Jako bomba silikonów, był ulubieńcem moich włosów, niestety gorzej tolerowała go skóra głowy.

Hydrafresh

Krem-legenda. Swego czasu miały go w łazience prawie wszystkie młode kobiety. Jest to jeden z tych kosmetyków, których używa się tak przyjemnie, że stają się niedoścignionym ideałem, do którego równa się całą resztę. Ładny, przyjemnie ciążący w dłoni, szklany słoiczek, delikatny kolor, owocowy zapach i świetna konsystencja. Do tego mocne wrażenie orzeźwienia tuż po nałożeniu. Otoczka produktu na szóstkę. A w kategorii lekkich kremożeli nawilżających dla mieszanej cery po prostu niezły, nieprzekombinowany krem.

Lipidiose Mains
Wycofany kilkanaście lat temu krem do rąk za którym bardzo tęsknię. I zdumiewa mnie, że inne osoby nie wspominają go dobrze, bo to ja najbardziej wybrzydzam w kwestii kremów do rąk. Dobrze sprawdzał się na podrażnionej, piekącej, łuszczącej się skórze. Zaognione zmiany fajnie się po nim goiły i chociaż ostatnio smarowałam nim ręce kilkanaście lat temu, czasem mam nadzieję, że producent go wznowi ;) 

A jak tam Wasze wspomnienia? 

Życzę Wesołych Świąt!




czwartek, 1 grudnia 2016

Zapach nostalgii - Bois Farine



Nie będzie szczególnie trudno wyobrazić sobie, jak przyjemny jest powrót ze spaceru po mieście ogarniętym śniegiem, pluchą i wszelką ponurością do domu, w którym pełno drewnianych mebli, a na stole czeka ciasto z orzechami. Zdejmuje się mokre buty i kurtkę, ciało ogarnia przyjemne ciepło. Jeszcze niesie się w sobie trochę niepokoju dnia, ale powoli rozpoczyna się domowa błogość. Jako pierwszy powracający domownik, widzi się porozrzucane rankiem w pośpiechu rzeczy, mimochodem zerka na wspólne zdjęcie, zastanawia, jaki jest w tym wszystkim sens. W nozdrza uderza woń drewna, a zaraz potem aromat wypieków. A może odwrotnie? Nieważne.
Bois Farine L'Artisan Parfumeur to właśnie zapachowy odpowiednik tego wrażenia. Z jednej strony ciepło i bezpieczeństwo - z drugiej - nostalgia, może lekki niepokój.
Perfumy to chemiczna zagadka - bardzo, bardzo różnią się w zależności od skóry. Kiedy użyje ich mój mąż, pachnie ciastem z olejkiem migdałowym, a kiedy zapach gaśnie - pudrem i chlebem. Zapach jest na nim trwały i dość silny.
U mnie jest inaczej. Przeważa suche, rozgrzane drewno: zapas przy kominku, meble. To nie są meble staroświeckie, tylko świeże, z jasnego drewna. Dalej pojawiają się tłuczone migdały, orzechy, naturalny, dobry marcepan. Gdzieś brzmi drzewo sandałowe i gwajakowe. Po chwili do akcji wkraczają domowe ciasta i chleb - niekoniecznie bardzo świeże, ale bardzo prawdziwe. Ich motyw jest nader wyraźny, więc chcąc nie chcąc, ląduje się w krainie wspomnień. Na koniec po zupełnym przejedzeniu wypiekami, herbatka z korzenia lukrecji. Zapach powoli gaśnie, zapada w sen.
Trwa na skórze mniej więcej 4 godziny.
Dzieło Jean-Claude'a Elleny. Uczta dla nosa i zarazem, dzięki sporej dawce ciepła bez nadmiernej słodyczy, moje ulubione perfumy na zimę.

piątek, 11 listopada 2016

Czy domowe sposoby działają? KAWA

Smak i zapach kawy jakoś nigdy mnie nie nęciły. Działanie na skórę - zdecydowanie tak. Peeling kawowy zna niemal każda osoba i ze względu na fantastyczne ścierne i masujące właściwości drobinek nie sposób stwierdzić, że nie robi tego, co powinien.
Ale czy zwykła,mocna kawa może mieć jakieś konkretne i wymierne właściwości dla skóry? Teoretycznie powinna, zawiera przecież kofeinę i sporo przeciwutleniaczy. Te na pewno znajdą się w  wyciągach otrzymanych ,,profesjonalnymi metodami" - ze zwiększeniem kontaktu między fazami, intensywnym mieszaniem, w starannie dobranym rozpuszczalniku. Pytanie, na ile uświadczamy ich obecność w naparze (który z chemicznego punktu widzenia jest tylko produktem pobieżnie wykonanej ekstrakcji gorąca wodą).
Interesują nas przede wszystkim kwestie rozpuszczalności i działania miejscowego.


Skóra na stymulantach
Jeśli chodzi o kofeinę, sprawa jest z grubsza prosta. Kofeina stosunkowo dobrze rozpuszcza się w wodzie - im woda gorętsza, tym lepiej. Jeśli wyciągamy maksimum tzn. zaparzamy drobno zmieloną kawę w kawiarce lub ekspresie, możemy spodziewać się napoju o zawartości kofeiny 212 mg/100g napoju (wg USDA).
Pozytywne skutki działania kofeiny można zauważyć w postaci pobudzenia mikrokrążenia, a więc np.  likwidacji obrzeków pod oczami i redukcji cellulitu. Przyda się zatem także, żeby polepszyć ukrwienie skóry głowy czy miejsc, w których skóra wyraźnie traci jędrność.
Kofeina, jak na związek dość nieźle rozpuszczalny w wodzie, całkiem nieźle radzi sobie z penetrowaniem skóry.
Wykres absorpcji składników stosowanych na skórę (na podstawie wykrywania ich metabolitów w moczu) [źródło]


Swoją drogą, to całkiem dobrze, że związek wchłania się do krwioobiegu - wg najnowszych badań to metabolity kofeiny, nie sama kofeina zapobiegają starzeniu się tkanek skóry i oczu spowodowanych stresem oksydacyjnym. Z tego samego powodu nie tylko kawa wcierana, ale też wypita, może się nam przysłużyć :)

Bogactwo przeciwutleniaczy?
Owszem, kawa zawiera ich całkiem sporo. Problem w tym, że przeciwutleniacze jako spora grupa związków o różnych właściwościach potrafią świetnie rozpuszczać się w wodzie (jak na przykład kwas galusowy), ale też nie rozpuszczać się niemal wcale (jak flawon). W naparze będziemy mieć te rozpuszczalne - z kwasem chlorogenowym na czele (i w przewadze). Mimo, że nie jest to szeroki wachlarz przeciwutleniaczy, to i tak posiada ciekawe właściwości - najbardziej interesującą, poza oczywiście spowalnianiem utleniania jest stymulacja syntezy kolagenu. Co ciekawsze, wyniki uzyskano podczas stosowania na skórę (a przecież związki dobrze rozpuszczalne w wodzie zwykle są dla niej słabo dostępne).

Starając się podsumować całe rozważanie - zarówno picie (niewielkich ilości) kawy, jak i stosowanie na skórę dla urody jest jak najbardziej uzasadnione.
Trochę mi ulżyło, zważywszy, że podczas mojej krótkiej pracy naukowej, wypiłam jej całe morze ;)
Jakże prawdziwy obraz spożywczej strony robienia doktoratu ;) [źródło]

czwartek, 27 października 2016

Jak rozczesać włosy... kiedy wszystko zawiodło

lub jak rozczesać kołtun.
Powinnam dać temu bardzo krótkiemu wpisowi etykietę ,,dla desperaty", bo w istocie jest to porada jedynie dla mega zdesperowanych posiadaczek wysokoporowatych lub zniszczonych włosów. Kiedy okazało się, że fryzura z lakierem po imprezie nie chce ruszyć się z miejsca, czupryna na wietrze zamieniła się w filc albo po farbowaniu w domu grzebień/szczotka utknęły we włosach i po wysuszeniu nie jest lepiej - ten sposób da radę.

Wiecie, co jest substancją, która powoduje, że odżywki ułatwiają rozczesywanie? To kationowe środki powierzchniowo czynne, pośród których najpopularniejsze są chlorki (albo siarczany) cetrymoniowy i dokozylotrójmetyloamoniowy (cetrimonium chloride/methosulfate i (behentrimmonium chloride/methosulfate). Przeciętna odżywka do spłukiwania może zawierać do 5% tych związków (więcej nie dopuszcza kultowe rozporządzenie UE). Tak się ciekawie składa, że używa się ich nie tylko po to, żeby kondycjonować nasze włosy. Znacznie więcej (5-15%) znajdziemy w... płynie do płukania tkanin (pod hasłem ,,kationowe środki powierzchniowo czynne").

Tajna metoda rozplątywania to po prostu zamoczenie włosów (NIE dotykajcie tym SKÓRY*) w płynie albo rozprowadzenie go dłonią, delikatne rozplątanie kołtunka palcami i dokładne spłukanie. Potem proponuję pójście do drogerii po dużą ilość kosmetyków z silikonami (szczególnie szamponu), które ułatwią czesanie i sprawią, że nigdy więcej (a przynajmniej w najbliższym czasie) nie będziecie potrzebować powyższego triku.

Aha - uwaga! - trik jest do głowy, więc trzeba go też z głową stosować -  czyli zlewamy płynem sporadycznie, uważamy na skórę (to działanie drażniące powoduje, że nie mamy 15% kationowych środków w odżywkach) i nie traktujemy tego, że działa jako zachęty do częstszego niszczenia włosów.

*poza IV-rzędowymi solami amoniowymi, mają zestaw substancji konserwujących lub ich zawartość nieadekwatną dla skóry

Przyznam szczerze, że przypomniałam sobie o tym tricku ostatnio, po rozjaśnianiu sprayem, którego gorąco nie polecam. Całe szczęście końcówki podcięte, reszta włosów uratowana i jako tako żyje.
Zdjęcie włosowej kraksy: lewa - z lampą, prawa - bez. Po kilogramie siloksanów i oleju końcówki przeszły same siebie, jeśli chodzi o suchość, sztywność i puch.



piątek, 21 października 2016

Superplants - niezwykłe rośliny w świecie kosmetyków

Zainteresowanie superfoods przechodzi samo siebie. W zasadzie, kiedy tylko zajrzę na jakiegoś kulinarnego bloga, prędzej czy później znajdę próby ożenienia tego, co tłuste i smaczne z nasionami chia, komosą ryżową albo chociaż kaszą jaglaną. Komosę i kaszę trudno komukolwiek odradzać – nie sposób odmówić im korzystnego działania na organizm.
Postanowiłam jednak napisać o dwóch roślinach, które według mnie są takim odpowiednikiem superfoods w świecie kosmetyków – wyróżniają się zawartością niezwykłych składników, aktywnym działaniem dla dobra skóry i niemal każdemu mają szansę się przydać. W każdym razie, świetnie by było, gdyby były równie super-popularne.

Nagietek lekarski (Calendula officinalis)

Nagietkowe pole [Wikipedia]

Mhm, te niepozorne pomarańczowe kwiatuszki. Wprawdzie są zachwalane głównie przez starsze panie przyrządzajace maść z kwiatów nietrendy-staropolską metodą macerowania w smalcu, za to jakie mają działanie!
Gdybym miała pisać o ilości składników aktywnych, to nie zasnęli by bodaj tylko specjaliści z dziedziny farmakologii. Poprzestańmy zatem na tym, że zawartość polisacharydów tworzacych śluz, triterpenów i flawonoidów powoduje, że koszyczki (kwiatki) nagietka mają nieprzeciętne zdolności do stymulowania skóry. 
Nagietek wykazuje działanie błonotwórcze i leczy rany. Triterpeny i flawonoidy w nim zawarte wpływają na metabolizm glikoprotein w skórze. Stwierdzono, że krem z 5% zawartoscią wyciągu z kwiatów nagietka działa na włókna kolagenu, a w efekcie przyspiesza regenerację uszkodzonej tkanki. Tak, on w przeciwieństwie do różnych super-hiper kompleksów ,,wygładzających zmarszczki w jeden dzień", naprawdę stymuluje skórę do odnowy.
Gdyby tego był mało, roślina wykazuje też działanie przeciwzapalne i przyspiesza mikrounaczynianie. Dobrze adsorbuje się na błonach śluzowych, więc łagodzi ich podrażnienia, a do tego, dzięki zawartości naprawdę licznych przeciwutleniaczy, spowalnia procesy starzenia oksydacyjnego. Bukiet akurat tych kwiatów, nawet w postaci herbatki, powinien mieć w domu każdy – aktywność wykazuje już zwykły napar, a nie tylko technologicznie zaawansowane wyciągi z ekstrakcji nadkrytycznej czy tradycyjno-czasochłonne maceraty olejowe*.

*Macerat warto jednak przyrządzić – moja babcia i znajoma mamy smarowały sobie maścią z nagietka żylaki – nie sposób uwierzyć, jak goi, dopóki się tego nie zobaczy. Ja mam w planach użyć go do podkurczenia skóry na brzuchu i walki z pierwszymi zmarszczkami.
Niedawno też widziałam, że w sprzedaży pojawił się olejek nagietkowy i z pewnością po przejściu mojego jesiennego planu pielęgnacji cery, przetestuję go na własnej skórze.

,,Drzewko herbaciane”

Okazałe drzewo herbaciane [Wikipedia]

Olejek z liści tej rośliny, z herbatą mającej niewiele wspólnego (poza tym, ze można go zaparzyć), wykazuje działanie antybakteryjne, przeciwwirusowe i przeciwgrzybiczne. Jest napakowany rozmaitymi terpenami, z których część ma unikalną w świecie roślin, budowę.
Olejek to ogólnie kwintesencja antybakteryjności. W porządku, nie on jedyny ma właściwości antybakteryjne. Ale przyznacie, że nie każdy olejek wykazuje aktywność wobec 75% przebadanych szczepów bakteryjnych (!), a gdyby tego było mało, doskonale rozpuszcza się w wydzielinie gruczołów łojowych i łatwo penetruje zewnętrzne warstwy skóry? Brzmi jak idealny opis antybiotyku do miejscowego leczenia trądziku? Mnie przynajmniej wiele razy pomógł, a cera znosiła go znacznie lepiej od maści z antybiotykiem. Jest zresztą stosowany w leczeniu ran i rozmaitych schorzeń dermatologicznych (i nie tylko*), a także jako konserwant kosmetyków. 

*skuteczność zawdzięczają mu także płyny do płukania ust stosowane przy problemach z dziąsłami lub dobre tabletki na gardło